wtorek, 31 lipca 2012

EPILOG

EPILOG

     Dryfuję w snach. Moja dusza przebywa w jakiejś innej krainie. Moja dusza rozmawia z Dobrem i Złem. Teraz już wiem, że Istota może odejść. Że oto nadszedł koniec. Teraz będzie dobrze. Koniec chorób genetycznych, zabójstw, koniec gwałtów i kradzieży. Świat jest nagi. Oto człowiek znów jest nagi. Dostał drugą szansę. Być może wcale jej nie zmarnuje. A może zrobi dokładnie to, co wcześniej. Może sprowadzi na ziemię kłamstwo, pychę, chciwość. Może znów stanie się warty mniej niż zwierzę. Może. Ale ja już nie będę się tym przejmować. O wszystkim zapomnę. Nie wiem już nic o Sferach. Kim była Noche? W mojej pamięci powoli zaciera się obraz martwego Pera. Czysta karta. Nowy start. Tylko serce wciąż tak samo gorące.



ALICJA MAZUREK










19. Jest dobrze

Rozdział 19
"Jest dobrze"

    -Żyje...
-Koniec...
-Nareszcie... tak... zwyciężyliśmy...
-Daliśmy radę...
Słyszę strzępy rozmów, głosy, które zlewają się w jedno. Nie potrafię rozpoznać, do kogo należą. Próbuję unieść powieki, ale wciąż widzę tylko ciemność. Poruszam palcami. Wyczuwam czyjąś dłoń i próbuję ją złapać.
-Córciu, córeczko, kochanie! Obudziła się!- krzyczy jakaś kobieta. Ktoś dotyka mojej twarzy i wtedy z oczu jakby spadają mi zasłony. Leżę na wielkim łożu, wokół mnie tłoczą się ludzie. Rozpoznaję wśród nich mamę, braci, Krzyśka, kilku widzianych wcześniej magów, a także moje dwie 'ludzkie' przyjaciółki. Czuję pulsujący ból w dole brzucha. Zerkam tam i dostrzegam opatrunek przesiąknięty zieloną cieczą. Ach tak.
-Kochanie, jak się czujesz?- mama nachyla się nade mną i gładzi mnie po policzku. Ma szorstką, ciepłą dłoń. Zwyczajnie ciepłą. Jak człowiek. Zwyczajny człowiek. Miłe uczucie. Zostać dotkniętą przez człowieka. Przez mamę. Prawdziwą mamę. Moja mama. Wygląda na dużo starszą, niż wtedy, gdy ją ostatnio widziałam. Zapadnięte policzki, szara cera, oczy duże, pełne strachu, głęboko osadzone. Czuję łzy, ale nie mogę płakać. Przecież to ja jestem tą najsilniejszą. Ponoć.
-Dobrze się czuję, mamusiu. Co... co się stało? Wiesz o Sferach? O Noche? Wiesz kim jestem? Opowiedz mi wszystko!
-Tak, wiem o wszystkim. Niewiele pamiętam. Mój umysł zaczął znowu funkcjonować dopiero, gdy ta kobieta... Kadma? Tak, gdy Kadma zgromadziła nas w wielkiej sali. Byłam zdezorientowana, nie wiedziałam, gdzie jestem. Pamiętałam tylko moment, w którym kładłam się do łóżka. A tu nagle podziemne pomieszczenie, tłumy ludzi, dziwnych ludzi... Tak, teraz już wiem, że to nie ludzie. Kadma opowiedziała nam o Sferach, Istocie, magach... Na początku niezbyt jej wierzyliśmy, ale potem w nasze umysły wkradł się obraz tego wszystkiego i poczuliśmy, że to prawda, że to historia świata. Powiedziała, że musimy walczyć, bo córka Noche chce przejąć władzę. Córka Noche... Wtedy gdzieś w sercu zobaczyłam ciebie. Zobaczyłam wszystko to, co cię spotkało. Och, córeczko... To nie prawda, nie prawda, że jesteś jej! To ja cię wychowałam, ja! Tak, to prawda, że znalazłam cię pewnego dnia na ulicy, ale... ale jesteś moją córką! - mama płacze, a ja przygarniam ją do siebie.
-Mamo, przecież wiem, że jestem twoja, kocham cię.
-Tak... Wiedziałam, że nie mogę o tym nikomu powiedzieć. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że zaufać mogę tylko Krzyśkowi. Zaufałam. 
-A co...przecież Krzysiek był z Noche!- wybucham i piorunuję go wzrokiem.
-Tak, był, ale tylko po to, żeby zdobyć informacje. Był szpiegiem. Szukaliśmy zwolenników i znaleźliśmy. Kochanie, wszystko jest już dobrze! Miałam wizję. Wizję, w której tajemniczy głos powiedział, że masz tak wielką moc nie dlatego, że Zło cię spłodziło, nie, to nieprawda! Nie jest za to odpowiedzialny nawet twój ojciec, mag Bueno. Jesteś silna, bo masz dobre, czyste serce pełne miłości. Nie dałaś się wciągnąć w wir pędzący ku przejęciu władzy, twoja dusza nie jest skażona grzechem. Jesteś... jesteś nieskazitelna. Tak prawdziwa. Och córeczko!- mama płacze i tuli mnie do siebie. Ja też szlocham. A moja dusza unosi się ku górze.


Alicja Mazurek









poniedziałek, 30 lipca 2012

18. Władza

 Rozdział XVIII

"Władza"


    Przede mną leży Pero. Martwy Pero. Nie porusza się. Grymas na twarzy. Otwarte oczy. Przekrwione źrenice. W tęczówka maluje się strach i przerażenie. Zasłużył na to. Zdradził mnie. Wydał mnie Noche. Wydał mnie Złu. Teraz jestem zła. Przez niego jestem zła. Silna. Tak silna, jak nikt inny. Spoglądam w oczy Noche. Śmieje się, jej oczy się śmieją. Widzę, że jest ze mnie dumna, że tego właśnie pragnęła.
-Jesteś głupia- mówię i puszczam do niej oczko, a następnie pstrykam palcami i znikam. Zanoszę się śmiechem. To było prostsze, niż myślałam.
         Jestem na polanie pokrytej złotym pyłem. Wiem, czego szukam, kogo szukam. Doskonale zdaję sobie sprawę, że oto nadszedł czas na ostateczną konfrontację. Wołam ją. Wzywam po imieniu. Zjawia się. Przybrana w srebrną suknię plecioną jakby pajęczą nicią. Wykrzywia twarz w okrutnym uśmiechu. Wiedziałam. Wiedziałam, że to wszystko jest ohydną intrygą. Ale teraz to ja jestem górą. Chcieli mnie posiąść dla siebie, teraz to ja posiądę ich. Zniszczę ten obłudny świat. Libertad nie zdawała sobie sprawy, że stanę się taka silna. Że Istota naprawdę do mnie przemówi. Że to ja stanę się Istotą. Libertad… Głupia Libertad. A wydawała się taka miła. Nie mogę uwierzyć, że dałam się omamić. Przecież ponoć od początku miałam jakąś moc. Mam tego dosyć. Dosyć Zła i Dobra, które ciągle próbują przeciągnąć mnie na swoją stronę. To bez sensu. Jakby nie mogły żyć w zgodzie. Co to za człowiek, w którym nie ma krzty dobra lub zła? Czy jesteśmy w stanie funkcjonować będąc chodzącymi ideałami? Bądź istnymi szatanami? Nie ma Dobra bez Zła, nie ma Zła bez Dobra. Szkoda, że ani Libertad ani Noche tego nie rozumiały. Trudno. Teraz już za późno. Już nie zrozumieją. Przykro mi, ale z drugiej strony cieszę się. Na świecie panuje zbyt duży bałagan. Potop. Tak, właśnie tak. Potopu świat potrzebuje. Stworzenia na nowo. Równowagi. Zgody wśród wszystkich pięciu Sfer. Lśniąca srebrzyście Kadma podchodzi do mnie. Lśniąca srebrzyście Kadma. Dlaczego jej zaufałam? Ale przecież wydawała się taka prawdziwa. Sługus Libertad. Libertad, która zatraciła się w swojej władzy. Istota powiedziała, że mam sprawić, aby Dobro wiodło prym. Właśnie. Dobro, nie Libertad.
-Skąd wiedziałaś, że mnie tu znajdziesz? I co tu robisz? Kim… kim ty jesteś? – pyta Kadma, ale ja nie daję się zwieść.
-Dobrze wiesz, kim jestem. Jestem Istotą. Istotą, która sprawi, że na świecie w końcu będzie tak, jak miało być od początku. Raczej powiedz mi, kim ty jesteś? Co takiego przekazała ci Libertad w testamencie? No, mów! – przestaję nad sobą panować. Zaciskam silną dłoń na szyi Kadmy. Przerażająco gorącej szyi Kadmy.
-Puść mnie! Libertad… Libertad wiedziała, co robi! I ja też wiem! Nie ty powinnaś zostać Istotą! Ehhh, żałuję, że ona wcześniej cię nie zniszczyła. Tak, miała za mało siły, wiem, ale przecież na początku byłaś słaba, niczego nieświadoma… Nieważne, teraz to ja zniszczę ciebie. Wiem, że nie poddasz się bez walki. Ale ty jesteś sama. A ja… - Kadma urywa. Moja dłoń już jej nie dusi. Ziemia rozstępuje się i ukazuje widok, który mrozi mi krew w żyłach. Krew w żyłach… Nawet nie wiem czy ona wciąż tam płynie. Tłumy magów. Oczy płonące nienawiścią. Nogi mocno ugięte. Wargi obnażające zęby. Warczenie wydobywające się z gardeł. To już nie są zwykli magowie.
-Co… co ty im zrobiłaś? – pytam gardłowym szeptem. Boję się i nie potrafię nad tym zapanować.
-Hahaha! Libertad wiedziała, jak nas odpowiednio zabezpieczyć. Zresztą, ty nic o nas nie wiesz! Znasz historię Istoty, która już od dawna bała się patrzeć na to, co stworzyła. Jej dzieło zaczęło wymykać się jej spod kontroli. Mutacje, zmiany, mieszanie ras. I tak oto powstaliśmy MY. Nie zwykli magowie, jesteśmy kimś więcej. Nie mamy nazwy, ale po co? Wkrótce tylko my będziemy chodzić po świecie. Staniemy się królami. Władcami. Właśnie. Może powinniśmy nazywać się... – Kadma nie kończy, bo ciskam w nią zaklęciem. Rozkładam szeroko ręce i wykrzykuję śmiertelne słowa. Dziewczyna nie spodziewa się tego, ale zdąża się uchylić. Ryk wściekłości.
-Zabijcie sukę!!!!!!! – krzyczy, a echo jej słów wypełnia całe otaczające nas powietrze. Czuje, że przygniata mnie jego ciężar. Magowie pędzący w moją stronę. Zaklęcia rzucane raz za razem. Próbuję stworzyć tarczę ochronną. Obrywam. Kilkanaście razy. Boję się. Nie wiem, co mam robić. Na ślepo wykrzykuję wszystkie zaklęcia, jakie tylko przychodzą mi do głowy. Czuję, że słabnę. Błękitny płyn sączy się z mego boku.
Przede mną roztacza się prawdziwe pole bitwy. Magowie, a raczej zmutowane istoty, zwracają się przeciwko sobie. Kadma krzyczy, że mają mnie zabić, ale oni jakby w amoku słyszą tylko swoje własne myśli. Złociste poler coraz bardziej pokrywa się różnokolorowymi cieczami. To krew, krew tych straszliwych mutantów. Nagle zdaję sobie sprawę, że to właśnie moja szansa. Że właśnie teraz mogę zadać śmiertelny cios Kadmie. Raz na zawsze zlikwidować władzę. Sprawić, aby na świecie panowało prawdziwe Dobro, a prawdziwie Zło stało u Jego boku. Szukam jej wzrokiem i w końcu ją znajduję. Jej srebrna suknia teraz przypomina raczej porwany łachman żebraka. Mnóstwo ran na ciele. Ciele…? Teraz dostrzegam, że to jakby smuga dymu, Kadma to raczej duch, jak zabić ducha? Ale skoro tamci potrafili zadać jej takie ciosy, dlaczego ja mam tego nie zrobić? Ale zaraz. Przecież nikt w nią nie uderza, nikt jej nie atakuje, a na jej twarzy wciąż widnieje ból, z gardła wydobywa się szloch, a ciałem wstrząsają torsje. To zdrada… Tak, to zdrada podwładnych ją niszczy. A więc z tego powodu umarła też Libertad. Tak naprawdę zdradzona i opuszczona. Zbliżam się do Kadmy. Znika. Już prawie jej nie widać. A więc pozwolę, aby zginęła bez mojej pomocy. Patrzy na mnie. W jej oczach dostrzegam łzy. Skruchę? Nie, wydaje mi się. Kadma nie jest istotą, która może panować. Nikt z ludzi, magów czy zwierząt nie może panować. Takie prawo ma tylko Dobro, Miłość, Przyjaźń, Wiara, Nadzieja… Nawet Istota może tylko tworzyć i bronić tego, co stworzyła. Ostatni raz spoglądam na cień Kadmy. Po chwili nie ma już nawet cienia. Nic w związku z tym nie czuję. Może Istota nic nie czuje?
Walczący magowie. A więc zapomnieli, po co została wszczęta wojna. Nikt już nie celuje we mnie. Na polu więcej trupów niż żywych. Powybijają się dla władzy. Pozwolę im na to. Niech zapłacą za błędy. Tamta kobieta jest bardzo podobna do mojej mamy. O, a tamten facet to istny Krzysiek. Jego spojrzenie na chwile spotyka się z moim. Przecież był z Noche. Wraca. Czas się zatrzymuje. Przecież był z Noche! To Krzysiek. A tamta kobieta to moja matka. Nie mogę pozwolić, aby zginęli, nie oni… Ale przecież Krzysiek mnie zdradził. Przecież nic do niego nie czułam. Nie prawda. Czułam. I nadal czuję. Biegnę w ich stronę. Teraz mutanty nagle przypominają sobie o mnie. Muszę się bronić.
Nie wszyscy są bestiami. Wielu wśród nich zwykłych magów. Zwykłych ludzi. Bronią mnie. Tak, bronią mnie! A więc sprzeciwili się Kadmie, aby mi pomóc. Ogarnia mnie tak wielka fala radości, że nie zauważam lecącej w moją stronę zielonej smugi. Padam, a moje ciało przeszywają dreszcze. Robi mi się nieziemsko zimno. Jakby całe moje wnętrze nagle zamarzło. Widzę pędzącego w moją stronę Krzyśka. Jego oczy. Usta. Tak blisko moich ust. Niemy krzyk. A może wcale nie niemy. Bo nagle wszystko ucichło. Ktoś wyłączył dźwięk. I powoli wyłącza światło. Powoli, powolutku…


Alicja Mazurek




niedziela, 27 maja 2012

Gość

   Witajcie, kochani Czytelnicy. Długo nie pisałam. Nawał zajęć. Szkoła. Lekcje. Dom. A gdy znajdę chwilę wolnego, po prostu idę spać. Ewentualnie biegnę do mojego drugiego domu- mieszkania znajdującego się zaledwie kilka metrów od mojego, domu mojej przyjaciółki.
   Dzisiaj dodam coś innego. W głowie krąży mi tyle pomysłów, że nie jestem w stanie ich zapisać. Nie potrafię ich zatrzymać, gdy już zaczną wylewać się na 'papier'. 


"Szczęście"

Zatrzymane w spojrzeniu brązowych oczu
w silnym uścisku mocnych ramion
w palącym pocałunku rozgrzanych warg
w uśmiechu oczu ust i policzków
w długich rzęsach zabawnie łaskoczących skórę
w delikatnie silnych dłoniach poznających mapę ciała
w gorącym szepcie omiatającym różowy płatek ucha
w czułym objęciu dającym poczucie bezpieczeństwa
w oszałamiającym oddechu smaku zapachu wypełniającym całą przestrzeń

Szczęście zatrzymane w Tobie
ukryte w naszym małym świecie
pełnym wielu kilometrów
zmęczenia ciała
tęsknoty

pewności


    Nawet nie wiem, jak to nazwać. Wiersz? Raczej zlepek myśli. Rozbieganych. Emocji. Drżenia. Delikatności. Uczuć. Trwamy w tym związku już od 23 lipca 2009 roku. To bardzo długo. Bardzo długo, a jednocześnie tak krótko. Wiemy o sobie tak wiele, a jednocześnie wciąż dowiadujemy się czegoś nowego. Prawie każdy dzień wygląda tak samo, a jednak nie ma w tym rutyny. Tyle razem przeszliśmy. Mimo tych 200 km, które nas dzielą.
    Tęsknota. Nieodłączna część tego związku. Jest mi już tak bliska, że powoli przestaję ją zauważać. Chyba, że przychodzą takie dni. Tak długo się nie widzimy. Nie rozmawiamy. Każde z nas gna w swoją stronę. Pędzimy sami nie wiedząc, gdzie, próbujemy uciec od tego, co tak bardzo nas boli, z czym już nie potrafimy sobie radzić. Zaszywamy się w ciemnym kącie, mame pewność, że tutaj nas to nie dopadnie.
    A jednak. Przyszła. Za bardzo się jej baliśmy. Przyszła i już szybko nas nie opuści. Najpierw powoli zatacza koła wokół naszych ciał. Spogląda na nas nieśmiało, jakby próbowała nas jakoś do siebie przekonać. Ale my wciąż nieugięcie próbujemy powiedzieć jej 'stop!'. Nie obchodzi jej nasze zdanie. Zaczyna być coraz bardziej odważna. Dotyka nas. Zaczepia. Delikatnie szczypie. To wszystko boli, ale da się z tym żyć, normalnie funkcjonować, nawet uśmiechać się. Ale już czujemy jej obecność. I wcale nie jest nam z tym dobrze.
    Kolejny etap. Zaczyna szeptać do ucha. Przypomina wszystkie wspaniałe chwile. Ale przy tym wciąż zadaje ból. Łokieć w brzuch. Pstryk w ucho. W dodatku pojawiają się jakieś głupie myśli. A co, jeśli nie jestem wystarczająco dobra/dobry? Przecież są lepsze/lepsi ode mnie. Pojawiają się pierwsze łzy. Coraz trudniej jest utrzymać uśmiech, ale jeszcze można, trzeba się tylko postarać.
    Ale nadchodzi kolejna noc. Noc jest najgorsza. Ciemna i głucha. Pusta. A przecież moglibyśmy być tu razem. Wyobraźnia. Fantazje. To tylko pogorsza sprawę. Kolejne łzy. Tak bardzo chcę do ciebie! Ale nie mogę, nie mamy jak, musimy wytrzymać. Damy radę. Damy? Przecież jesteśmy tylko ludźmi. Tak bardzo potrzebuję ciepła twojego ciała. Twojego uśmiechu.
    I wtedy ona zadaje kolejny cios. Wchodzi do twojego umysłu. Serca. Przesiąkasz nią. Czujesz ją w każdej komórce swojego ciała. Nie chcesz już jeść. Pić. Chodzić. Myśleć. Nie chcesz spać. Nie chcesz żyć. Nie chcesz nic. Tylko do niego/niej. Leżysz w łóżku całymi dniami. W niczym nie widzisz sensu. Przestajesz go dostrzegać już nawet w miłości. Przecież miłość przynosi tylko ból. Naprawdę? Dobrze wiesz, że tak nie jest, ale gość twojego umysłu spełnia swoje zadanie. Chcesz coś zrobić. Ale co? Nic nie możesz. A może by tak zastąpić ból psychiczny fizycznym? I robisz to. Dłuższe paznokcie, ostre narzędzia, a może po prostu ćwiczenia, po których mdlejesz. Cokolwiek. Aby zapomnieć o gościu. Pojawiają się używki. Ale i one nie potrafią wypędzić gościa z twojego świata.
    Gość. Zadaje ból. Odbiera chęć do życia. Odbiera uśmiech. Radość z oczu. Zainteresowanie światem. Niszczy cię. Twoje marzenia. Utrudnia oddychanie. Przełykanie. Otwieranie oczu. Utrudnia życie. Gość, którym jest tęsknota. Tęsknota tak silna, że przestajesz wierzyć, że ten związek ma sens.
    Aż rzychodzi ten wspaniały dzień. Kilka wspólnych godzin. Powraca uśmiech. Radość. Spokój. Poczucie bezpieczeństwa. Znowu wierzysz, że tęsknota już nie wróci. I jednocześnie dobrze wiesz, że znowu masz nadzieję na niemożliwe. Bo ona wraca. Zawsze wraca. A mimo to JESTEŚ SZCZĘŚLIWA/SZCZĘŚLIWY. Paradoks. Świat pełen jest paradoksów.





poniedziałek, 14 maja 2012

17. Chcę krzyczeć

NAPĘDZAM SIĘ
nie słucham takiej muzyki, ale akurat 
dzisiaj ten utwór nawenował mnie idealnie,
pisało się fantastycznie, a więc może czytać też 
się tak będzie?




Rozdział XVII
"Chcę krzyczeć" 



    Umarłam. Błękit. Słoneczne światło. Zapach czegoś, czego nie potrafię rozpoznać. Piękny zapach. Wygoda. Bezpieczeństwo. Przyjemność. Umarłam. To jest Niebo. 
-Przepraszam, musiałem... - słyszę głos. Do kogo należy? Wydaje mi się, że go znam. Tylko skąd? I skąd wziął się tutaj, w Niebie? Przecież umarłam. Czy nawet po śmierci nie zaznam spokoju? Otworzyć oczy. Ktoś prosi, żebym otworzyła oczy. Po co? Jestem w Niebie. Mogę robić, co chcę. A może nie? Może muszę wykonywać rozkazy Wyższych? Nie, przecież to ja jestem Istotą! Ale skoro nią jestem, to dlaczego umarłam? Przecież nie wybrałam nikogo na swojego następce. A może już od długiego czasu byłam chora psychicznie i wymyśliłam sobie cały ten świat? Tak, z pewnością tak. Zresztą najwyraźniej nadal jestem chora, nawet po śmierci. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że gdy otwieram oczy, przede mną stoi kilku mężczyzn ubranych w białe szaty, a ja wiszę w powietrzu i nie mogę się ruszyć? Wodzę po nich wzrokiem. Puste oczy. Zimne spojrzenia. Utkwione we mnie. W moim ciele. W moim nagim ciele. Dlaczego jestem naga? Tylko jedno. Jedno spojrzenie jest inne. Smutne. Przytłoczone. Żal. Lęk. Spojrzenie jasnych oczu. Błękit. Zimny błękit. Który rozpala we mnie ogień. Pero. Skąd go znam? Dlaczego tu jest? Dlaczego nie wiem, kim jest? Skąd wiem, jak się nazywa? Zamykam oczy. Otwieram. Nadal to samo. Mężczyzni. Przerażający. Wstrząsa mną dreszcz. Moje ciało zaczyna się bać. Rozum nie wie, co się dzieje. Dusza. Moja dusza unosi się nad ciałem. Nie, nie mam ciała. Przecież umarłam. Dlaczego czuję ból? Dlaczego ktoś mnie dotyka? To piecze. Moja ręka. Czuję swąd palonej skóry. Co się dzieje?! Wiję się, moja dusza się wije, ciało wciąż pozostaje nieruchome. Chcę krzyczeć, ale nie mogę. Pero. Ból. Przyjemność. Łzy. Śmiech. Radość. Łóżko. Nagie ciała. Spocona skóra. Roześmiane oczy. Łzy. Łzy. Łzy. Pero, jak mogłeś?! Już wszystko wiem. Wszystko pamiętam. Jak mogłeś? A teraz. Teraz tak bardzo boli. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Jestem tylko człowiekiem. Małą zagubiona istotką. Moje serce krwawi. Moje ciało. Widzę krew. Mnóstwo krwi. Wyobraźnia? Obrazy. Ciemność. Kadma. Co z Kadmą?! Nie, proszę, nie, ona nie mogła umrzeć! Nie ona, tylko nie ona! Dlaczego? Dlaczego to wszystko mnie spotkało?! Gdzie ja jestem?! Dlaczego nie mogę się ruszyć?! Tak bardzo chcę krzyczeć, ale nie mogę! Wykrzyczeć tą złość, ból i żal. Nie mogę. 
    Lód. Chłód w nogach. Gorąco w głowie. Piersi. Coś je rozrywa. Nic nie widzę. Tylko ciemność. I ból. Krzyk w mojej głowie. Krzyk, który nie może wydobyć się na zewnątrz, więc powoli wykańcza moje wnętrze. To boli, to tak strasznie boli. Zaufałam. Po raz kolejny zaufałam i zawiodłam się. Boli. Zło zwycięża. Zawiodłam się. Znowu się zawiodłam. Dlaczego jestem tak cholernie naiwna?! Dlaczego...dlaczego dałam się na to nabrać? Przecież...przecież miałam Krzyśka. Łzy. Łzy spływają do mojego ciała. Moje organy topią się we łzach. Krew wypływa. Tak dużo krwi. Nie sądziłam, że ludzkie ciało tyle jej mieści. Krzysiek. Dlaczego zadurzyłam się w Perze?! Nie, nie zadurzyłam, ja się w nim zakochałam. Oddałam mu się w całości. Zdradziłam wszystkie tajemnice. Zdjęłam zasłonę odgradzającą go od moich myśli. Staliśmy się jednością. Jednością. Więc dlaczego?! Jak on mógł, jak on mógł...? Łzy. Tak dużo łez. Wciąż tak dużo łez. Gorycz. Wypełnia mnie. Krąży w moich żyłach. Żal. Ludzie. Magowie. Wszyscy są tak samo beznadziejni. Bez sensu. Wszyscy ranią. Wszyscy kłamią. Nie zasługują na życie. Nie zasługują na dobre życie. Męka. Cierpienia. Tak, właśnie to powinno ich spotkać. Dlaczego właśnie ja?! Dlaczego zabraliście mnie z mojego małego bezpiecznego świata? Bezpiecznego świata? Nie, on nie był bezpieczny...
    Styczeń. 2002 rok. Mała 7-letnia dziewczynka. Długie warkocze. Śmieszne oczy. Pucołowata buzia. Sukienka. Przed kolano. Niebieska. Odsłaniająca brudne posiniaczone nogi. Huśtawka. Skrzypi. Nienaoliwiona. Dlaczego tatuś nie naoliwił huśtawki? Mamusiu, dlaczego tatuś tego nie zrobił? Przecież wiesz, jaki jest tatuś, córciu. Dużo pracuje. Tak, wiem... Szeroko otwarte śmieszne oczy. Mamusia nie patrzy na ubrudzoną piachem twarz. Mamusia nie trzyma za rękę. Tatuś trzyma. Dziewczynka nie lubi trzymania za rękę. Trzymanie boli. Wychodzi z ogródka. Mały, zaniedbany. Mamusia nie ma czasu na ogródek. Tatuś...tatuś pracuje. Nauczycielka pyta, gdzie. Nie wiem. Wraca późno. Czasem przynosi prezenty. Jakie prezenty. Cukierka, czasem dwa. Inne dzieci jedzą dużo cukierków. Dziewczynka wie, że ona nie może. Nie może. Bo trzymanie za rękę bardzo boli. Idzie polną drogą. Mamusia została. Zawsze zostaje. Bolą ją nogi. Ma spracowane ręce. Szorstkie. Ale ich dotyk nie boli. Tatuś ma ręce gładkie. Duże. Silne. Tak, tatuś ma silne ręce. Dziewczynka biegnie. Lubi biegać. Chociaż czasem nie ma siły. Bieganie wymaga siły. Żeby mieć siłę, trzeba dużo jeść. Dziewczynka nie zawsze może dużo zjeść. Dużo je w szkole. Ale tam dzieci dziwnie się na nią patrzą. Nie lubią jej. Bo jest chuda. Mówią, że brudna. Nie prawda. Dziewczynka się myje. Raz na tydzień bierze porządną kąpiel. Wtedy mama szoruje jej uszy. Częściej nie można. Tatuś wraca wcześniej i wtedy tatuś musi wziąć porządną kąpiel. Trzymanie za rękę boli, trzeba o tym pamiętać. Mamusia czasem przytula dziewczynkę. Głaszcze po włosach. Dziewczynka to lubi. Wtedy czuje się dobrze. Uśmiecha się. Teraz dziewczynka też się uśmiecha. Przecież biegnie. A biegać, to prawie latać. Latać, to prawie dosięgać chmur. Dosięgać chmur, to prawie być w Niebie. Być w Niebie, to być szczęśliwym. Być szczęśliwym to...to nie być trzymanym za rękę. Dziewczynka biegnie. Kwiaty. Tyle kwiatów. Dziewczynka lubi kwiaty. Tak pięknie pachną. Ładniej niż ona. Dużo ładniej. Dziewczynka pachnie krwią. Ktoś kiedyś powiedział, że spermą. Dziewczynka nie wie, co to sperma. Chyba coś śmiesznego, bo chłopcy bardzo się śmieli, gdy o tym mówili. Potem wytykali ją palcami. A przecież ona się myje. Motyle. Motyle też są piękne i lubiane przez dziewczynkę. Latają. A latać to...no wiadomo. Dziewczynka biegnie, bardzo szybko, piach na drodze wzbija się w górę. Biegnie tak szybko, że aż oczy zachodzą jej łzami. Duże brązowe oczy. Biegnie, bo musi. Mamusia kazała. Powiedziała, że dziewczynka musi szybko pobiec do babci. Szybko, szybciutko, jak najszybciej. Zanim tatuś wróci. I zostać tam na noc. Zostań na noc u babci, tatuś by tego chciał. Dziewczynka słucha tatusia. Trzymanie za rękę boli. Więc biegnie. Biegnie tak szybko. Oddycha ciężko. Na policzkach wykwitły jej wielkie ciemne rumieńce. Ładnie dzięki temu wygląda. Zauważa kałużę, chce się w niej przejrzeć, ale rezygnuje z tego. Przecież musi szybko, szybciutko, jak najszybciej biec do babci. Ciekawe, dlaczego. Wróci do domu jutro. Tak kazała mamusia. Jutro po śniadaniu. Wbiega do domu babci. Na stole czeka zimny sok truskawkowy. Dziewczynka lubi zimny sok truskawkowy. Taki dobry jest tylko u babci w domu. Ale dziewczynka żadko może tu przychodzić. Tatuś nie pozwala. Tatuś lubi, gdy dziewczynka i mamusia siedzą w domu. Gotują obiad. A potem... potem mamusia zwykle płacze. Dziewczynka też. Tatuś nie. Tatuś się śmieje. Mówi, że tak ma być. Krzyczy. Mówi, że na tym polega rola mężczyzny w domu. Na krzyczeniu. Dziewczynka nie chce mieć mężczyzn w domu. Chciałaby mieszkać tylko z mamusią i babcią. Ale nie może, kurcze, nie może! Dziewczynka wie, że nie można mówić kurcze. Potem...potem trzymanie za ręke boli jeszcze bardziej. Dziewczynka przygryza wargę. Zawsze tak robi, gdy się denerwuje. Gdy się boi. Dziewczynka często przygryza wargę. Siedzi przy stole. Czeka na babcię. Wypija cały dzbanek soku. Babci nadal nie ma. Więc idzie do ogródka. Może tam ją znajdzie. W ogródku nie ma babci. Nigdzie nie ma babci. Dziewczynka czeka. Jest już głodna. Chce się jej spać. Robi się ciemno. I strasznie. Dziewczynka nie chce tu być. Chce wrócić do domu. To nic, że trzymanie za rękę będzie bolało. To nic, że potem przez wiele dni będą siniaki. To nic, że ściana będzie brudna. Brudna. To nic, że może ktoś będzie miał o jednego zęba za mało. Tatuś będzie bardzo zły. Ale tatuś jest prawdziwy. Tatuś może sprawić, że ciało będzie bolało. A duchy...duchy mogą zabrać serduszko. I duszyczkę. Dziewczynka nie chce tu być. Więc biegnie szybko do domu. Szybko, szybciutko, jeszcze szybciej niż wcześniej. Biegnie, ale nie widzi piachu. Jest za ciemno. I w końcu dociera do domu. Krzyk. Ktoś krzyczy. I płacze. Dziewczynka rozpoznaje płacz mamusi. Wchodzi po cichutku do domu. Chce uratować mamusię. Ale jest za mała i dobrze o tym wie. Tatuś dostrzega dziewczynkę. Wzrok, który mógłby zabić. Ale dziewczynka czuje nagły przypływ odwagi. Zostaw mamusię! Nabij mnie, nabij, nabij! Tylko zostaw mamusię! Tatuś śmieje się. Uderza mamusię. Tak, że mamusia upada na podłogę. Siniak na twarzy. Ślady na szyi. Porwane ubranie. Krew, to chyba krew. Dziewczynka zaczyna się bać. Spojrzenie tatusia mówi, że tatuś posłucha dziewczynki. A przecież nigdy nie słucha. Łapie dziewczynkę za rękę. Ściska mocno. Drugą rękę zaciska na szyi. Przyciska dziewczynkę do ściany. Podnosi ją za włosy. Dziewczynka czuje ból, ale nie płacze. Przygryza tylko wargę. Paznokcie tatusia wbijają się w jej ciało. Szczypią. Pięści uderzają w jej wątłe ramionka. Biją, biją. Tłuką. Jak jabłko. Stłuc na kwaśne jabłko. Dziewczynka myśli, że to określenie bardzo się jej podoba. Teraz będzie jabłkiem. Jabłka nie płaczą, więc ona też nie może. Tatuś rozpina spodnie. Popycha dziewczynkę na podłogę. Dziewczynka widzi przed sobą coś dużego i nabrzmiałego. Bierz do gęby! Dziewczynka nie wie, co to może znaczyć. Zwykle tatuś bił. Nigdy nie kazał niczego jeść. Bierz suko! Tatuś zwykle mówił tak do mamusi. Czy teraz dziewczynka stanie się mamusią? Krew. Mnóstwo krwi. Krzyk mamy. Tatuś leży na podłodze. Krew. Tatuś nie rusza się. Z jego pleców wystaje nóż. A mamusia zwykle kroiła nim ziemniaki. Czy teraz będzie kroiła tatusia?
   Ten świat nie był bezpieczny. Żaden świat nie jest bezpieczny. A nawet jeśli niektórzy tak nie uważają, to zaczną. Nie pozwolę, żeby inni mieli dobrze. Nie! Nie pozwolę! Nie tak powinno wyglądać moje dzieciństwo! Nie tak! Nie tak powinno wyglądać moje życie! Ból ustaje. Teraz tylko gorąco. Brak krwi. Łzy i żal płyną w moim ciele. Łzy i żal to ja. Zło to ja. Jestem zła. Chcę krzyczeć. I mogę to robić. Wstaję i krzyczę. Krzyczę, jak bardzo nienawidzę tego świata. Jak bardzo nienawidzę ludzi. Dobra. Libertad. Nienawidzę życia. Dostrzegam Noche. Śmieje się. Ja też to robię. Jesteśmy takie same. Wszyscy się śmieją. Wszyscy są tacy jak ja. Ubrani na czarno. Źli. Pragnący zemsty. Tylko Pero. Tylko Pero jest smutny. Jego oczy płaczą. Nie zastanawiam się długo. Ciskam w niego zaklęciem. Pada na podłogę. Martwy. Śmieję się jeszcze głośniej. Zabiłam. Zabiłam! Do tej pory zabijano mnie. Teraz to ja będę zabijać. Niszczyć. Tak jak kiedyś niszczono mnie. Teraz to ja będę zła. Jestem zła. Jestem Złem. Chcę krzyczeć. Krzyczę.


Alicja Mazurek


autor fotografii: Mateusz Strelau
fan page
                                                                                                                    fotoblog

niedziela, 6 maja 2012

16. Nie ufaj nikomu

   Rozdział XVI
  "Nie ufaj nikomu"


    Głos twierdził, że będę wiedziała, co robić, ale ja kompletnie nie mam pojęcia, gdzie powinnam się udać. Zachwycam się otaczającym mnie pięknem. Gwiazdy. Jakie piękne gwiazdy. Co jakiś czas widzę, że któraś mruga, najpierw wolno, potem coraz szybciej. Robi się coraz większa. Coraz jaśniejsza. Tak gorąca, że czuję jej żar, a przecież jest tak daleko. I wybucha. Wielki wybuch. Koniec kolejnego istnienia. Koniec... Czy właśnie to czeka Sfery? Wielki wybuch spowodowany głupimi wojnami o... no właśnie, o co te wojny? Nad czym Zło chce panować? Tu już nic nie ma. Brud. Smród. Wszystko spalone. Zniszczone. Nawet niebo nie jest już błekitne. Ogarnia mnie poczucie bezsensowności mojej misji. Przecież nawet jeśli uda mi się usidlić Zło, co dalej? Gdzie żyć? JAK żyć? Wszystkie przenikające się Sfery tak samo zniszczone. Nie ma nic. Egzystencja pod powierzchnią ziemi? To można nazwać tylko i wyłącznie pustą egzystencją. Nie chcę tego. Już lepiej... nie, nie mogę tak myśleć. Ale, do cholery, nie ma innego wyjścia! Muszę zniszczyć świat. Wyrządzę mu tym samym największą przysługę. W dodatku, kim ja teraz tak naprawdę jestem? Z czym wiąże się moja rola Istoty? Jak widzą mnie inni? Czy jestem teraz skazana na samotność? Tak bardzo tęsknie za bliskimi... Nawet za Lunem i Agnes. Co się z nimi stało? Czy oni też przeszli na stronę Zła? A jeśli w jakimś stopniu je zniszczę, to czy zgładzę też jego sługów? Nic nie rozumiem, nic nie wiem... Jestem głupia. Jestem zwykłym człowiekiem. No, może nie do końca zwykłym, ale o Sferach dowiedziałam się zaledwie... nawet nie wiem, kiedy się o nich dowiedziałam. Nie wiem, ile czasu minęło. Chciałabym, żeby wszystko wróciło do normy. Tak po prostu.
     Nagle świst. Huk. Jakiś wybuch, którego siła wyrzuca mnie gdzieś daleko. Nie wiem, co się dzieje. Wokół mnie nie ma już gwiazd. Nie ma nic. Ciemność. Hałas. Zatykam uszy, ale to w niczym nie pomaga. Moja głowa pulsuje. Czuję, że zaraz wybuchnie. Czerń. Tak przeraźliwie ciemna. Jakby gęsta smoła, w której powoli się zatapiam, która zaraz mnie pochłonie. Jestem przerażona. A przecież jeszcze przed chwilą czułam tą ogromną moc! Próbuję skupić się na jakimś zaklęciu, którego w rzeczywistości nie znam, przywołać w myślach światłośc, cokolwiek. Nic. Nic się nie dzieje. Ciemność. Twarze. Z ciemności wyłaniają się twarze. Tysiące ciemnych, zimnych twarzy. Ogromne puste oczy. Gorące oddechy. Parzący dotyk. Elmal. Zło. Jestem Istotą. Muszę ich pokonać. Jeśli teraz mnie dopadną, wszystko się skończy. Nie mogę. Nie mogę do tego dopuścić. Co robić?! Libertad, gdyby była tu Libertad. Ale teraz jestem od niej silniejsza. Teraz jestem silniejsza od nich wszystkich. Dam radę. Muszę dać radę. Tylko jak, jak do cholery?! Chcę się ukryć. Muszę się ukryć. "Seguridad"- znikąd pojawia się w mojej głowie. Słowo, którego znaczenia nie znam. Kieruję ręce w stronę napierających na mnie sylwetek i krzyczę sformułowanie, które podpowiedziały mi chyba gwiazdy. Wybuch, a raczej tylko jego konsekwencje. Magowie ropraszają się na wszystkie strony. Znikają. Zostaję sama. Seguridad... Dlaczego...w jaki sposób...? Zamykam oczy. "Chcę być z Libertad!"- myślę. Przywołuję w pamięci jej osobę. Melodyjny głos. Delikatne dłonie. Ach, Libertad! Jesteś taka mądra, dlaczego to nie ty zostałaś wybrana na Istotę?
-Bo każdy z nas ma swą misję. Moja została już wypełniona. A twoją jest danie spokoju światu- słyszę głos Libertad. Zwariowałam. Najwyraźniej zwariowałam. Kręcę głową i śmieję się pogardliwie sama z siebie.
-Otwórz oczy, Floro. Wezwałaś mnie, dlaczego teraz uciekasz?- znowu ten sam głos. Coś jest chyba ze mną nie tak.
-Floro!- dotyk lodowatej dłoni na ramieniu. Wzdrygam się. Serce zaczyna mi szybciej bić. A więc to nie omamy. Libertad tu jest! Otwieram oczy. Przede mną stoi mała, wątła staruszka. Pomarszczona skóra. Płowe włosy. Zapadnięte policzki. A przecież... Widok ten sprawia mi ból. Czuję łzy spływające po moim policzku. Gorące łzy na zimnej twarzy.
-Nie płacz. Przecież wiesz, że mój czas dobiega końca. Ale teraz mogę odejść w spokoju, bo wiem, że Sferami rządzi mądry i sprawiedliwy mag- tylko głos wciąż pozostał ten sam. Niosący ukojenie. I radość.
-Och, Libertad! Nie jestem mądra, nic nie rozumiem! Nawet nie wiem, co mam robić! Nie potrafię uspokoić Zła, nie potrafię panować! Mam 17 lat!!! - krzyczę i już zanoszę się płaczem. Libertad zbliża się do mnie, a ja padam jej w objęcia. Ja, wielka i potężna, wtulam się w to drobne ciało. A przecież jeszcze niedawno to ja byłam przy tej boginii nic nie znaczącym ziarenkiem piasku...
-Chciałabym ci pomóc, ale nie potrafię. Wbrew pozorom to TY wiesz więcej, to TY znasz wszystkie tajemnice tego świata. Całego świata. Wystarczy, że wsłuchasz się w głos serca, głos natury, gwiazd- Libertad gładzi mnie po plecach i włosach. Mama też tak robiła, gdy byłam mała. Dokładnie tak się teraz czuję. Mała i bezbronna... I dlaczego ktoś znowu mówi o tym słuchaniu własnego serca?! Przecież takie rzeczy wygaduje się tylko w filmach i bajkach, każdy racjonalnie myślący człowiek wie, że w prawdziwym życiu liczy się tylko logiczne myślenie, a nie jakieś tępe wsłuchiwanie się w rytm uderzeń tego zwykłego kawałka mięsa i doszukiwanie się w tym znaków.  Dosyć, dosyć, dosyć! Wyrywam się kobiecie:
-Przestań! Wcale tak nie jest! A to durne serce nic mi nie powie! Nie wiem, co się ze mną stało! Nie wiem, jak mam się poruszać w tej...próżni. Nie wiem, jak rozmawiać z ludźmi. Nie wiem, co konkretnie mam zrobić ze Złem. Nie wiem, Libertad, nic nie wiem. Odkąd się tu znalazłam, prawie cały czas czuję się nie na miejscu. Już nawet nie wiem, co czuję. Wcześniej chociaż wiedziałam, że muszę pomóc Dobru, żeby uratować rodzinę i Krzyśka. A teraz? Krzysiek jest po stronie Noche. On...chyba przestał być dla mnie tak ważny, jak kiedyś. Mama, bracia? O nich nie myślę, nie potrafię juz przywołać w pamięci ich wyglądu. Nie mam pojęcia, od jakiego czasu tutaj jestem. Wiem tylko, że to wszystko jest bez sensu, do niczego nie prowadzi. Jestem Istotą, tak? A więc co? Koniec z moim ludzkim życiem? Koniec z byciem nastolatką? Odebraliście mi wszystko, z czym się liczyłam. Odebraliście mi życie. Teraz jestem w stanie tylko wegetować, jak roślina, a i to podlega dyskusji. Przecież ja nawet nie muszę jeść, pić, spać! Unoszę się tutaj bez celu, czuję się samotna i bezużyteczna. Gdy pojawia się Zło, rośnie we mnie też siła, ale nie ma to nic wspólnego z moją niby mocą. To strach i nic więcej. Boję się, bo nie wiem, co tak naprawdę się ze mną stanie. Boję się śmierci, ale z drugiej strony tak bardzo chciałabym przestać istnieć. Mam dosyć, Libertad, ja naprawdę mam dosyć. Wybierzcie kogoś innego. Chociażby Kadmę. Jest piękna, inteligentna i z pewnością godniejsza ode mnie tego..."stanowiska". Przede wszystkim ona jest magiem. Wychowała się w tym środowisku. A ja? Zostałam tu wrzucona na siłę, niczego mnie nie nauczyliście, o niczym nie powiedzieliście. W jaki sposób mam wami władać? To bez sensu...
-Dziecko, chciałabym ci wszystko wytłumaczyć, ale ja sama niewiele wiem. Sama nie znam odpowiedzi na większość zadanych przez ciebie pytań. Stałam się przywódcą Bueno, gdy miałam 12 lat. U nas czas płynie inaczej. Momentami nawet 4 razy szybciej, więc nie jestem w stanie powiedzieć ci, ile wtedy miałam "ludzkich" lat. Wiem, że byłam młoda. Tak samo zagubiona, jak ty teraz. Straciłam rodziców zaraz po urodzeniu. Nawet ich nie pamiętam. Wychowałam się w szkole. Już od małego wykazywałam duże zdolności, potrafiłam sama wymyślać zaklęcia, ale to nie to zadecydowało o tym, na kogo mnie wybrano. To moje serce. Wielkie, dobre serce. To ono nauczyło mnie, jak żyć i władać - kobieta dotyka mojej piersi. Sucha dłoń czuje bicie mojego młodego serca - To tutaj tkwi twoja siła. Uwierz w siebie. A wszystko będzie dobrze - uśmiech wąskich warg, zmarszczki wokół nich. Czuję ciepło. Ciepło w sercu. Może to tylko przez położoną na nim dłoń Libertad, a może...może to ten głos, znak? Może właśnie uświadamiam sobie, że rzeczywiście dam radę? Zamykam oczy. Ogarnia mnie cisza. Spokój. Poczucie bezpieczeństwa. Oddycham głęboko. Do moich nozdrzy dociera zapach bzu. Kocham bez. Unoszę powieki. Siedzę na polanie. Obok mama. Bracia. Śmieją się, puszczają bańki mydlane. Idealnie błękitne niebo. Delikatne promienie słońca. Gdzieś w oddali śpiew ptaka, którego nie potrafię nazwać. To tylko moja wyobraźnia, wiem, ale...tak, ten obraz daje mi siłę. Daje mi wiarę. Spoglądam w oczy mamy. Są brązowe. Czarne. Mama ma niebieskie oczy. Jej skóra. Ciemniejsza niż w rzeczywistości. Coś jest nie tak. Mrugam. Mama zbliża się do mnie. Wyciąga w moją stronę ręce. Długie, chude, nienaturalnie kościste. Usta. Wykrzywione. Zaczyna się śmiać. Ten dźwięk sprawia mi ból. Pulsuje w mojej głowie, rozrywa się na strzępy. Otwarte usta. Węże. Z ust mamy wydostają się węże. Wielkie, z długimi jęzorami. Chcą mnie zaatakować. Są coraz bliżej. Krzyczę.
-Nikomu nie ufaj, tylko twoje własne serce jest prawdziwym przyjacielem, tylko ono chce dla ciebie dobrze, pamiętaj- mówi Libertad, a ja wiem, że ma rację.

*

-Jesteśmy z tobą - mówi Kadma i kładzie dłoń na mojej. Znalazłam ich. Wystarczyło przywołać w pamięci to miejsce. Być może magia wcale nie jest taka trudna. 
-Kadmo, muszę ci coś powiedzieć. Jak wiesz, teraz jestem Istotą. I myślę, że to do mnie należy wybór następczyni Libertad...
-Następczyni Libertad?! Czy ona...ona...- pyta zdławionym głosem Pero.
-Tak, ona nie żyje. Ale odeszła w spokoju. Pewna, że dokonała swej misji. Że pozostawiła Sferę Magów w dobrych rękach. Te dobre ręce należą do ciebie, Kadmo. Wiem, że Libertad zgodziłaby się z moją decyzją. Jesteś niezwykle inteligentna, w dodatku dobra. I doskonale wiesz, czego chcesz. Takie przywódcy potrzebują magowie Bueno. Są zagubieni, pozbawieni jakiejkolwiek nadziei. Ty im ją dasz. Wlejesz w nich ducha walki. Przecież wiesz, że się do tego nadajesz.
-Tak... Floro, ja idę do reszty magów. Porozmawiam z nimi. Myślę, że bardziej posłuchają mnie, niż ciebie. Dobrze?
-Jasne, nie ma sprawy! - odpowiadam. Kadma odchodzi, a wraz z nią... nie, Pero zostaje. Po co? Czego on chce? Cholera, czuję motylki w brzuchu! Mimo tego, że jestem magiem, a w dodatku Istotą, nadal czuję te cholerne motylki.
-Floro...ja...eh... - Pero macha ze zrezygnowaniem ręką. Patrzy mi prosto w oczy. Nadal jest ode mnie wyższy. Potężniejszy. Jego ramiona... Usta... Dlaczego zwracam na to uwagę?! Potrząsam niezauważenie głową. Dlaczego ciągle wyobrażam sobie jakieś niestworzone rzeczy związane z nim?! Jest coraz bliżej mnie. Łapie mnie za ręke. Moja gorąca, jego lodowata. Dwa inne światy. A jednak tak podobne. Przysuwa się coraz bliżej. Czuję ciepło jego ciała.
-Pero, czego ty chcesz? - pytam, a cała magia pryska.
-Przepraszam - mówi zmieszany. - Wiesz, ja chciałem za tobą pobiec. Wtedy, gdy wypowiedziałaś wszystkie te bolesne, ale i prawdziwe słowa. Naprawdę chciałem. Tylko, że Kadma mnie zatrzymała. Wszyscy mnie zatrzymywali. Stwierdzili, że to bez sensu. Ale nie posłuchałem ich! Gdy już napięcie opadło, gdy wszyscy udali się do swoich mieszkań, ja wyszedłem na powierzchnię. Ale nie było tam już nikogo. Ani nic. Ciemność. Wołałem cię, szukałem, ale nikt nie odpowiadał. Głucha cisza. Tak bardzo się o ciebie wtedy bałem... Usiadłem i płakałem. Bo ja... Floro, ja się chyba...
-Nie, proszę, nie mów, że się we mnie zakochałeś! Przecież to bez sensu! Znasz mnie parę godzin!
-Tak...ale uwierz, gdy tylko cię ujrzałem, moje serce wręcz podskoczyło. To była...to jest miłość od pierwszego wejrzenia. Nigdy tego nie czułem. Byłem z wieloma kobietami, ale na ciebie jedynie popatrzyłem i od razu wiedziałem, że jesteś tą właściwą.
-Doprawdy? A co z Kadmą? Jak to się stało, że tak szybko się zaprzyjaźniliście? Jej też powiedziałeś te wszystkie słodkie słówka, tylko, że ona była mądrzejsza ode mnie i nie uwierzyła?
-Hahaha! - śmieje się Pero. Dlaczego on wygląda tak cudownie?! - Jesteś zazdrosna, Flora jest zazdrosna! A to oznacza, że też coś do mnie czujesz, przyznaj się. Może tylko mnie lubisz, ale to i tak dużo. A Kadma... wiesz, okazało się, że chodziliśmy razem do...jak wy to nazywacie? Do szkoły!
-Mhm - staram się zachować spokój, ale nie potrafię. Mój oddech staje się płytszy, bicie serca szybsze. 
-Floro, zaufaj mi - jego usta coraz bliżej moich. Oczy wciąż patrzące w moje. Zimne ręce na rozpalonych plecach. "Nikomu nie ufaj"- pojawia się w moich myślach. "Tylko serce...". Właśnie. Serce podpowiada mi, żebym... Pero dotyka wargami moich ust. Ogień i lód. Pragnienie. Przeczesuje palcami jego jasną czuprynę. Wtulam się w jego silne ciało. Czuję ucisk w dołku. Pero wypowiada szeptem jakieś słowa. Całuje moją szyję.
    Nagle jesteśmy w jakimś małym pokoju. Łóżko, szafa, stolik, dwa krzesła.
-Pomyślałem, że tu będzie...bardziej komfortowo. To mój pokój. Mieszkanie. Na lewo są drzwi do łazienki, a na prawo do kuchni - wyjaśnia mężczyzna wciąż przejeżdżając dłońmi po moim ciele.
-Ja...też tak uważam... - z trudem wydobywam z siebie słowa. Pero odsuwa się ode mnie. Mierzy mnir wzrokiem od stóp do głów. Delikatnie zsuwa z moich ramion długą suknię. Patrzy mi w oczy, jakby szukając jakiegoś znaku, że nie zgadzam się na jego działania. Ale ja tak bardzo go pragnę... Stoję przed nim naga. Jego koszula ląduje na podłodze. Mężczyzna bierze mnie w ramiona, kładzie na łóżku. Przyspieszone urwane oddechy. Szybkie bicia serca. Nieudolne ruchy. Wszystko takie szybkie. Zdecydowane. Nieśmiałe. Dwa ciała. Jedno ciało. Jeden oddech, jedno serce, jeden głos.
 
*

    Otwieram oczy. Leżę wtulona w ciało Pera. Jest ciepłe. Uśmiecham się. Być może ostatniej nocy podarowałam mu trochę swojego żaru. Patrzę na niego, podziwiam jego piękno. Gładzę jego idealny tors. Pero unosi powieki. Dostrzega mnie, a na jego twarz wpełza przepiękny uśmiech. 
-Jesteś taka piękna - stwierdza i przeczesuje moje włosy. Całuje policzek. Leżymy jeszcze chwilę, aż Pero stwierdza, że musimy w końcu wyjść z łóżka. bo za pewne wszyscy się martwią. Zarzucam na ramiona koszulę mężczyzny i udaje się do łazienki. Wszędzie czuję jego zapach. Tak intensywny. Piękny. Magiczny. 
    Gdy wychodzę, Pero jest już gotowy do wyjścia. Całuje mnie delikatnie, łapie za rękę i wskazuje drzwi wyjściowe. Razem kierujemy się w ich stronę. Prechodzimy przez ciemny korytarz. Jest cicho i pusto.
-Dziwne, wszyscy powinni być już na nogach - mówi mój ideał. Nerwowo przygryza wargę. 
    Wchodzimy do głównej sali i zamieramy. Krew. Dużo krwi. Porwanych szat. Poprzewracanych mebli. Nikogo nie ma. Martwe przedmioty. Gdzie są magowie?! Nagle w kącie dostrzegam jakąś sylwetkę. Bez zazstanowienia podbiegam do niej. To...to Kadma. Trzyma się za bok, z którego sączy się czerwono-błękitna krew. Ledwo oddycha. Klękam przy niej. Gładzę ją po włosach.
-Kadmo, jestem przy tobie, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz, wyjdziesz z tego.
-Oni...oni przyszli po ciebie...musieliśmy cię...chronić...Nie ufaj nikomu... - mówi Kadma i zamyka oczy. Znowu to zdanie. Nie ufaj nikomu. Odwracam się w stronę Pera, ale zamiast mężczyzny widzę tylko oślepiającą wiązkę światła. Śmiertelną wiązkę światła.


Alicja Mazurek

czwartek, 3 maja 2012

15. Metamorfoza

Rozdział XV
"Metamorfoza"

    -Piękna jesteś. Właśnie tak sobie ciebie wyobrażałam- mówi Noche i przejeżdża  gorącą dłonią po moim policzku. Długie, brudne paznokcie drapią mi skórę. Wzdrygam się. A więc moja matka żyje. Dlaczego Libertad powiedziała mi, że tak nie jest? A może po prostu o tym nie wiedziała?
-Tęskniłas za mamusią? - pyta Zło.
-Tak, bardzo tęsknię za moją mamą, która teraz jest gdzieś bezpiecznie ukryta - odpowiadam i strząsam z siebie wzbudzającą strach i obrzydzenie dłoń. Oczy Noche zmieniają się. Robią się wielkie, czerwone, źrenice płoną. Kobieta wykrzywia usta w grymasie, który chyba ma być interpretowany jako uśmiech.
-To ja jestem twoją matką. Zapamiętaj to sobie- syczy i kieruje rękę w moją stronę. Nie moge oddychać. Wydaje mi się, że moje serce nagle przestaje bić. Oczy wychodzą mi z orbit. Nogi się pode mną uginają. Łapię się za szyję, próbuję zerwać niewidzialne kajdany. Noche śmieje się. Opuszcza dłoń. Wszystko wraca do normy. Dyszę ciężko, czuję ból w klatce.
-Nie martw się, przecież nie zrobiłabym nic złego swojej ukochanej córeczce. Chyba, że bardzo by mnie zdenerwowała. 
    Błysk zła w oku. Powietrze jest ciężkie i gęste. Nie czuję się dobrze. Noche nie działa na mnie tak, jak spotkany wcześniej mag Elmal. Może ona wcale nie próbuje mnie do siebie przekonać. Przeciez i tak wie, kto ma przewagę. Wie, że jestem przy niej niczym. NICZYM.
    Zło jest piękne. Pociągające. I prawie wcale nie różni się od Dobra. Długie, piękne włosy, potężna, smukła sylwetka, twarz o wyrafinowanym wdzięku. Szczegóły. Drobne elementy, które pozwalają je od siebie odróżnić. Inny odcień skóry. Mniej lub bardziej zmrużone oczy. Kąciki ust uniesione pod innym kątem. Źrenice, w których tkwi siła duszy. Coś, co najtrudniej zauważyć. Dobro i Zło. Jak wybrać dobrą ścieżkę, skoro tak trudno je rozróżnić?
    Patrzy na mnie, przeszywa mnie wzrokiem. Wręcz przegląda moje wnętrze. Nagle zaczyn się pogardliwie śmiać. Wyrzuca głowę w tył i pstryka palcami. Ot, zwykła czynność, gest. A jednak wzbudza we mnie jakieś dziwne uczucie. Nie potrafię go określić. Nie jest dobre. To wiem na pewno. Trzask. Oślepiający błysk. Mrużę powieki, a gdy je unoszę, obok Noche widzę... Nie, to niemożliwe! Przeciram oczy, znowu i znowu. To NIEMOŻLIWE! Obok Noche stoi Krzysiek. ma tak samo zimne spojrzenie jak Zło. Wąskie, wykrzywione w ironicznym uśmiechu usta. Krzysiek, mój Krzysiek... Co się stało? Co ona mu zrobiła?! Chcę do niego podejść, ale nie mogę. Od Zła oddziela mnie jakas niewidoczna ściana. Napieram na nią z całej siły. Krzyczę. Wołam Krzyśka. Czuję pod powiekami wzbierające łzy. Śmiech. Obrzydliwy rechot Zła. I Krzyśka... Płaczę, upadam na kolana, ramię boli mnie od uderzania w przeszkodę.
    Patrzę na chłopaka i bóstwo. Całują się. Wręcz połykają się wzajemnie. NIE WIERZĘ. Modlę się, żeby to był tylko głupi sen. Niech to wszystko będzie snem! Nie chcę tu być, tak bardzo nie chcę tu być. Nie chcę być Flora. Nie chcę uczestniczyć w walce ze Złem. Chcę, aby moim jednymy problemem znowu było to, że nie mam w co się ubrać. Nie chcę wiedzieć o istnieniu jakiś idiotycznych Sfer. Nie chcę, nie chcę, nie chcę! Unoszę ręce i załzawioną twarz do góry. Wydaję z siebie przeraźliwy dźwięk. Krzyk bólu, rozpaczy, zniechęcenia. Czuję kotłujący się we mnie gniew. Żar pod powiekami. Lód w brzuchu. Ogień w sercu. Nie wiem, co się dzieje, ale odczuwam napełniającą mnie siłę i moc. Nagle staję się wielka i potężna. Unoszę się nad Ziemia. Władam Wiatrem! Płonąca suknia okrywa moje roziskrzone ciało. Kieruję rękę w stronę Noche. Świetlisty płomień. Świst powietrza. Drżenie podloża. Lęk w oczach Zła.
-Muerte! - krzyczę, a ognista wiązka przecina nieruchomą przestrzeń. Noche znika, a wraz z nią Krzysiek. Zaklęcie rozchodzi się na wszystkie strony, nie wyrządzając nikomu krzywdy. 
   Śmieję się. Jestem silna. Samo Zło się mnie boi. Żywioły się mnie słuchają. Myślę o wodzie i płynie ona po moich dłoniach. Ogień- rozpala się przede mną. Wiatr- wiruje wokół mojej sylwetki. Ziemia rozrywa się, pioruny rozświetlają niebo. Kim jestem? Przeistoczyłam się w coś, co mnie przeraża, a jednocześnie podnieca i raduje. 

*

   Ciemne niebo. Gwiazdy. Wokół mnie miliardy gwiazd. Słońce. Księżyc. Planety. Ziemia przede mną. Taka mała. Brudna. Pusta. Bezbronna. Latam. Unoszę się. Nie rozumiem, co się wydarzyło, nie wiem, w jaki sposób się tutaj znalazłam. Ale czuję się dobrze. Jestem spokojna i rozluźniona. Pewna siebie.
-Mój czas się skończył. Wybrano ciebie. Teraz ty władasz Sferami. To ty musisz uspokoić Zło. Ale nie niszcz Go. Pamiętaj, nigdy nie niszcz Zła. Gdy zniknie Zło, Dobro też przestanie istnieć. Dobro i Zło są jak jeden organizm. Trzeba tylko pilnować, aby tylko jedna część wiodła prym. Spraw, by tą częścią było Dobro. Floro, od tej pory jesteś Istotą. Nie mogliśmy wybrać nikogo lepszego. Będziesz wiedziała, co robić. Wystarczy, że wsłuchasz się w głos swego serca. Gwiazdy zawsze ci pomogą. Żegnaj. I pamiętaj- Zło należy uspokoić, a nie zniszczyć.- wygłasza monolog dziwny głęboki głos. Nie potrafię ocenić, skąd pochodzi. Otacza mnie. Otula. To zdumiewające, ale nie przerażają mnie jego słowa. Nie dziwią. Wiem, że jestem Istotą. Każdy mógł się nią stać. Każdy może tworzyć świat. Wybrano mnie, bo jestem córką Zła, ale matką Dobra.



Alicja Mazurek


   Przepraszam, że tak późno i że tak krótko, ale obecnie panująca pogoda skutecznie uniemożliwa siedzenie przed komputerem :) Pozdrawiam, ściskam i życzę miłego dnia! :)

sobota, 14 kwietnia 2012

14. Zło w końcu dopadnie każdego


Rozdział XIV
„Zło w końcu dopadnie każdego”

                Budzę się rześka i wypoczęta. Przeciągam się. Nic mnie nie boli, czuję się jak nowo narodzona. W pomieszczeniu jestem sama. Ściągam z siebie koc i powoli wstaję. Mam na sobie za dużą męską koszulę i grube skarpety. Ciekawe czyja ta koszula. Może… nie, nie, na pewno nie. Śmieję się. Prawie jak w domu. Podchodzę do ogromnego lustra wiszącego na fioletowej ścianie. Dziwne, że wcześniej do nie zauważyłam. Patrzę na swoje odbicie. Mam zaróżowione policzki, trzeźwe oczy, a włosy pozostawione są w stylowym nieładzie. Zaczynam przypominać siebie. Tylko ta okropna chudość… Uśmiecham się lekko i wracam do kanapy w poszukiwaniu ubrania. Dostrzegam dżinsy, tenisówki i bluzkę, która w niemożliwy sposób okazuje się za mała. Trudno, zakładam spodnie i buty, a na górze pozostawiam  koszulę. Ściągam włosy w kucyk znalezioną w kieszeni spodni gumką. Wyglądam dziwnie, ale znośnie. Sama nie wiem, dlaczego chciałabym się dobrze prezentować. Chodzi o Pera? Nie, nie mogę o nim myśleć. Dlaczego wciąż dryfuje w mojej głowie?! Przecież mam Krzyśka. Krzyśka, którego wygląd, zapach i smak powoli zaciera się w mej pamięci…
                Wzdycham ciężko i wychodzę z pomieszczenia. Uderza mnie dźwięk rozmów, stukot obcasów, naczyń. Ludzie. W końcu jacyś ludzie! Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo brakowało mi większego towarzystwa. Szybkim krokiem idę w stronę Sali ze stołami. Magowie. Dziesiątki magów. Chudzi, z ciałami przezroczystymi jak kartki, lekcy jak piórka. Wręcz unoszą się nad podłogą. Rozmawiają, śmieją się, jedzą dziwną zielonkawą papkę, niektórzy nawet oddają się dosyć intymnym czynnościom. Na pozór panuje spokój i radość, ale w powietrzu czuć lęk, smutek, zrezygnowanie. Nie mogę na to pozwolić. Nie mogę pozwolić, aby zagnieździł się w nich paraliżujący strach. Przecież razem mamy pokonać Zło. Razem POKONAMY Zło.
                Próbuję wzrokiem odnaleźć Pera lub Kadmę. Bezskutecznie. Wokół mnie znajduje się zbyt wielu prawie identycznych osobników. Siadam na wolnej ławce i próbuję w myślach porozumieć się z osobami, które chyba mogę zacząć nazywać przyjaciółki. Myślę o nich, wysyłam krótkie komunikaty. „Jestem przy korytarzu prowadzącym do Maga Uzdrowienia”.  „Obudziłam się, gdzie jesteście?” „Czekam”. Aż podskakuję, gdy słyszę głos Pera.
-Cześć, czemu się nie odzywałaś? Jak się spało?- pyta i siada obok. A więc to raczej nie moje nawoływania go tu sprowadziły. Cóż, trudno, będę musiała jeszcze trochę poćwiczyć. Może odrobinkę więcej niż trochę.
-Cześć, dobrze. A ty co robiłeś?- jest jeszcze piękniejszy, niż go zapamiętałam. Już nie zaciska ust, teraz cały czas ułożone są w delikatnym uśmiechu. Zabawne iskierki wirują w jego oczach. Ręką przeczesuje włosy. Ma na sobie ciemną, obcisłą bluzkę idealnie podkreślającą fantastyczność jego mięśni. Zdaję sobie sprawę, że wgapiam się w niego jak idiotka, ale nie potrafię przestać.
-A nic szczególnego. Pewnie chciałabyś wiedzieć, gdzie jest twoja znajoma?
-No jasne!
-Hahaha, chodź ze mną. Kadma czuje się tutaj jak ryba w wodzie. Szkoda, że wcześniej się nie znaliśmy- stwierdza Pero i wstaje z ławki. Staję obok niego i razem lawirujemy wśród stolików w poszukiwaniu mojej przyjaciółki. A więc znają już swoje imiona. I wydaje mi się, że nie tylko. Nie chcę, ale jestem zazdrosna. Bez sensu, przecież jesteśmy tylko znajomymi. Wprawdzie całowaliśmy się i wydawało mi się, że coś między nami zaiskrzyło, no i w dodatku wcale nie mogę przestać o nim myśleć, ale najwyraźniej dla Pera obmacywanie się z ledwo poznanymi dziewczynami to coś normalnego. Może dla mężczyzn Sfery Magów to coś normalnego. Jestem wściekła. Jak mogłam dać się tak zwieść?!
                Zatrzymujemy się. Przed nami stoi duża grupa ludzi. Patrzą na coś zachwyceni. Staję na palcach i wtedy ją dostrzegam. Długie, czarne, lśniące włosy. Nieskazitelna cera. Pełne czerwone usta. Zaciętość i seksowność ruchów i spojrzenia. Skąpy strój podkreślający nieziemsko szczupłą talię, krągłe piersi. Kadma. Nie wierzę własnym oczom. Ta dojrzała kobieta w niczym nie przypomina bezbronnej dziewczynki znalezionej przeze mnie na śnieżnych polach.  Nasze spojrzenia spotykają się. Kadma uśmiecha się i przedziera przez tłum gapiów. Dopada do mnie, przytula mocno. Jestem spięta, czuję się przy niej nic nie znaczącą istotą. A przecież to ja mam uratować świat. Ja. Ja…?
-Flora! Znalazłyśmy magów! Znalazłyśmy! Wiedziałam, że razem damy radę! Teraz pokonamy Noche, zniszczymy Zło, wiem, że się nam uda!- wręcz krzyczy Kadma. Jest tak podniecona, ze nawet nie zauważa, jaki wpływ jej słowa wywierają na zgromadzonych wokół magach. Przerażenie w oczach. Paraliż w ciałach. Wstrzymanie oddechów. Cisza. Wokół nas nagle zapanowuje przerażające cisza. Kadma patrzy na mnie zdziwiona, ale w moich oczach nie odnajduje odpowiedzi na to, co właśnie się dzieje. Obwie zwracamy głowy ku Perowi. Patrzy na nas z lękiem, po chwili spuszcza głowę. O co chodzi?! Kadma postanawia przerwać dręczącą ciszę:
-Co się stało? Powiedziałam coś złego?
Nikt nie odpowiada.
-Będzie teraz tak stać i gapić się na nas jak na potwory> Chyba mamy prawo wiedzieć, dlaczego wizja pokonania Noche tak na was zadziałała- staram się poprzeć Kadmę.
-Tu jest nam dobrze. Nie potrzebujemy kolejnej wojny- stwierdza chłopiec o posturze dwunastolatka. Reszta magów przytakuje. Nie wierzę, po prostu nie wierzę! Przeszłyśmy praktycznie drogę do śmierci po to, aby znaleźć zwykłych tchórzów?
-Chyba sobie żartujecie. Dobrze wam tu? W ciemnych, zimnych i mokrych lochach? Bez normalnego jedzenia? Bez normalnego ŻYCIA? Myślicie, że Libertad by tego chciała? Chciałaby, żebyście poddali się w decydującym momencie? Waszą misją jest niesienie pomocy światu! Wiecie jak straszne było wyrwanie mnie z mojego bezpiecznego domu, umieszczenie w świecie, gdzie nic nie jest tak, jak powinno, zniszczenie całego mojego dotychczasowego spojrzenia na życie? Nie, nawet sobie tego nie wyobrażacie. I chociaż jestem tylko zwykłym człowiekiem, będę walczyć ze Złem, a wy, wielcy magowie, siedźcie z założonymi rękoma i czekajcie na gotowe, proszę bardzo! Myślałam, że jesteście coś warci, ale najwyraźniej myliłam się. Nieważne, mam was gdzieś. Poradzę sobie sama. SAMA! Libertad we mnie wierzy- wygłaszam przemowę godną najlepszego mówcy. Odwracam się i dumnym krokiem podążam w stronę drzwi, którymi jakiś czas temu weszłam z Perem. „Veneno”- mówię, a srebrne wrota otwierają się. Jestem tym niezwykle zdziwiona, ale nie daję tego po sobie poznać. Znów jestem w szarym zimnym pomieszczeniu. Nikt nie poszedł za mną. „Chcę stąd wyjść, chcę znaleźć się na powierzchni!”- myślę i czuję wibracje w stopach i dłoniach. Zamykam oczy, czuję pulsującą wściekłością krew. Unoszę się do góry, mija kilka sekund, a w oczy uderza mnie oślepiający blask. Jestem w ruinach zamku. Nie wiem, jak to się stało.  Najwyraźniej wściekłość sprawia, ze staję się prawdziwym magiem. Kapię kamienie, ze złością łamię gałęzie- pozostałości po rosnących tu niegdyś pięknych drzewach i innych roślinach. W głowie pojawiają mi się obrazy idyllicznego ogrodu, w którego centrum stoi przepiękne pozłacane zamczysko. Dziwne kolorowe stworzenia, fantastyczne śpiewy, oszałamiające zapachy. Raj. Przeszłość. Widzę to miejsce z przeszłości. Wiem to.
-Czekałam na ciebie- słyszę za sobą zimny, przerażający głos należący do istoty o niezidentyfikowanej płci. Zamieram. Serce podchodzi mi do gardła. Po całym moim ciele przebiega upiorny dreszcz, do nozdrzy dociera smród spalenizny. Powoli odwracam się. Nie jestem zdziwiona. Wiedziałam, kogo zobaczę. Wiem, że nie zdołam uciec. Zło w końcu dopadnie każdego.


    Alicja Mazurek

wtorek, 10 kwietnia 2012

13. Dobre sny


Rozdział XIII
„Dobre sny”

Krzyk. Krzyczę. Prąd. Czuję, że ktoś razi mnie prądem. Spoglądam na Kadmę. Wije się jak szalona, na jej ciele widnieją elektryczne liny. Niebiesko-szare. Piłujące skórę. Muszę się tego pozbyć. Muszę. Staram się odwrócić myśli od bólu, którego niedawno tak bardzo pragnęłam. Próbuję skupić całą energię w jednym miejscu. Poczuć ciepło. Nie wiem skąd, ale mam pewność, że to przyniesie pożądany skutek. Myślę o Krzyśku, rodzinie, o świętach, które tak bardzo lubiłam, o cieple kominka, gorących płomieniach buchających z jego wnętrza, o przyjaciołach, wspólnych chwilach. Myślę o magach. O Zwycięstwie.
 Czuję ciepło w dole brzucha. Gorącą kulę, która rozszerza się na całe ciało. Wychodzi na zewnątrz. Spala magiczne kajdany. Jestem wolna. Wyczerpana. Tyle wysiłku. Ale nie mogę zapomnieć o Kadmie. Wstaję i wręcz podbiegam do niej. Wstrząsają nią drgawki, już nie krzyczy, nie próbuje się uwolnić. Szeroko otwarte usta i oczy. Poranione ciało. Muszę jej pomóc. Muszę jej pomóc, zanim… Nie chcę dopuszczać do siebie tej myśli. Przecież magowie mieli być dobrzy, dlaczego próbowali nas zabić?! Ale nie o tym powinnam teraz myśleć. Wyciągam ręce. Dotykam nimi Kadmy. Jest upiornie gorąca. A przecież magowie są zimni. Ich magia opiera się na cieple, a sami są tacy zimni.
Ciepło. Chcę wytworzyć ciepło. Muszę to zrobić. Moje ręce płoną. Topią liny więżące dziewczynę. Jej ciało rozluźnia się, oczy zamykają, usta niemo wołają pić. Już nic nie mogę zrobić, nie potrafię wyleczyć ran, które zadał prąd. O ile to był prąd. Nieważne. To teraz tak mało ważne. Kadma ledwo oddycha. Myślę o jakimś cudownym uzdrowieniu i kładę na niej rękę. Nic. Wzywam Libertad. Nic. Myślę o lekarzach, szpitalach, o mojej babci, która potrafiła uleczyć obrzydliwie śmierdzącymi ziołami. Nic. Coraz słabszy oddech. Klatka piersiowa prawie wcale się nie porusza. Nie czuję pulsu. Ocieram jej brudną i mokrą twarz. Nachylam się i oblizuję jej usta. Łapczywie spija każdą maleńką kropelkę śliny. Odgarniam jej włosy z czoła. Chcę, żeby zrobiło się jej chłodniej, ale ciało wciąż pozostaje ciepłe. Zaciskam zęby,  żeby tylko się nie rozpłakać. To nic nie daje. Po policzkach spływają brudne łzy. Nie chcę, nie mogę jej stracić! „Kurwa!”- krzyczę i uderzam pięściami w lodowate podłoże. Srebrne i twarde. Wszystko wokół jest szare i lśniące. Piękne i zimne. Dlaczego ten chłód nie może przejść na Kadmę?! Po co szukałyśmy magów? Żeby nas zabili? To bez sensu. To wszystko jest bez sensu.
-Odsuń się- słyszę za sobą niski męsko głos. Serce podchodzi mi do gardła. Powoli odwracam głowę. Widzę nieziemsko przystojnego mężczyznę. Wyraźnie zarysowana szczęka. Duże oczy. Wąskie, zaciśnięte usta. Jasne włosy do ramion, idealnie współgrające z iskrzącą się skórą. Muskularne ramiona, nagi umięśniony tors.
-Odsuń się- powtarza, a ja spełniam jego rozkaz. Podchodzi do Kadmy, klęka przy niej. Zamyka oczy. trzyma nad nią ręce. Jego usta poruszają się w rytm nieznanych mi słów. Rany na ciele dziewczyny zmniejszają się. Znikają. Kadma coś przełyka, chociaż nie widzę, żeby piła. Zamyka usta, ale nie otwiera oczu. jej klatka piersiowa zaczyna poruszać się tak, jak powinna. Mężczyzna bierze ją na ręce, unosi jak piórko. Patrzy mi prosto w oczy, czuję ciarki na plecach.
-Jestem magiem Bueno. Moje imię to Peruwius. Pero. Wybacz, ale musimy być ostrożni, stąd zaklęcie electricidad. Chodź za mną.
                Daję mu znak głową, że się zgadzam. Trzymam się blisko chłopaka, czuję bijące od niego ciepło. Mam ochotę go dotknąć, sprawdzić czy jest prawdziwy. Drzwi w srebrnej ścianie. Dopiero teraz je zauważam. Abrir. Ciemny, wąski korytarz, Szereg dziwnych słów. Kolejne drzwi. Veneno.
-To tylko hasło – mówi Pero i uśmiecha się. Nie wiem, o co mu chodzi, ale przypuszczam, że veneno w języku magów oznacza coś śmiesznego.
-Nie jesteś stąd, prawda?- odzywa się po raz kolejny mag. Wchodzimy do dużej Sali ze stołami i ławami na środku.
-Prawda. Jestem Flora. Aśka. Eh… Aśka to moje ludzkie imię, ale nazywam się Flora, bo jestem córką Noche. Wprawdzie nawet jej nie znam i jakoś ciężko mi w to uwierzyć, ale skoro Libertad tak twierdzi… W każdym razie ponoć jestem dobra, ha ha- śmieję się głupkowato i rumienię. Co ten facet ze mną robi?! Zapominam, że powinnam oddychać. Jest taki… fascynujący, fanstatyczny! W głowie pojawiają mi się obrazy jego warg muskających moje usta, całujących je namiętnie. Krzysiek. Przypominam sobie o Krzyśku. Nie powinnam tak myśleć o jakimkolwiek innym facecie. Choćby był prawie bogiem.
                Czytanie w myślach. No nie! Przecież on czyta w moich myślach! Jestem tak czerwona, że bardziej się już chyba nie da. Spoglądam na niego nieśmiało, ale nic nie wskazuje na to, żeby znał moje pragnienia. Idiota z ciebie. Nic. Chcę się z tobą kochać. Nic. Jestem nimfomanką. Lubię pić wywar z trawy. Nic. O co chodzi?
-Czytasz w moich myślach?- pytam, chcąc rozwiać wszystkie wątpliwości.
-Nie, przecież chronisz się barierą- odpowiada i znów zniewalająco się uśmiecha. Oddycham z ulgą, a więc mogę się rozkoszować grzesznymi myślami z nim roli głównej do woli. Nie rozumiem, jakim cudem pojawiła się bariera, ale nie mam zamiaru tego roztrząsać. – Ale i tak wiem, że na mnie lecisz, bo gdy myślisz o mnie W TEN sposób, robisz się bardzo gorąca- odpowiada, puszcza mi oczko i kieruje się w stronę jednego z korytarzy odchodzących z wielkiej sali. Pięknie! Co za bezczelny facet! A jaki pewny siebie! I, do cholery, dlaczego tak pociągający?! Wzdycham ciężko i idę za nim. Na podłodze dostrzegam małą kałużę. Aż podskakuję, gdy widzę odbijającą się w niej postać. Poszarpane ubranie. Szczupłe, wręcz wychudzone ciało. Brudne i poranione ramiona wystające zza peleryny. Podkrążone oczy. Szara cera. Spierzchnięte usta. Włosy przypominające brudnego mopa. To ja. Wyglądam jak śmierć. Jestem tak bardzo wyczerpana. Głód. Znów daje o sobie znać. Ból stał mi się tak bliski, ze nawet go nie czuję.
-Flora, idziesz?- dochodzi do mnie jakby z oddali zatroskany głos Pera.
-Tak, tak…- odpowiadam, ale nie ruszam się z miejsca. Słyszę kroki. W odbiciu widzę Pera. Ideał. Całkowite przeciwieństwo mnie. Stoi i uśmiecha się. Nie ma na rękach Kadmy.
-Gdzie Kadma?- pytam
-Położyłem ją na stole. Wiesz, ona wcale nie jest taka lekka- mówi i próbuje mnie rozbawić. Obejmuje mnie od tyłu. zamykam oczy. Czuję się bezpiecznie. Ale to przecież obecność Krzyśka powinna tak na mnie działać. Może to przez tęsknotę. Nie chcę się teraz nad tym zastanawiać. Nie chcę myśleć o Krzyśku. Wtulam się w mężczyznę całym ciałem. On odwraca mnie przodem do siebie. Patrzy mi głęboko w oczy. Rozchyla wargi. Nachyla się. Składa na mych ustach delikatny pocałunek. Nie opieram się, wręcz przeciwnie, przyciągam go do siebie. Jego usta są gorące, niosą ukojenie i przyjemność. Odrywamy się od siebie.
-Musimy iść- szepcze gardłowym głosem Pero i przesuwa dłonią po moich nienaturalnie chudych plecach. Odchodzi w stronę Kadmy. Źródło ciepła znika.
                Idę za nim. Nie wiem, dlaczego zgodziłam się na ten pocałunek. Nie wiem, dlaczego pero go zainicjował. Nic nie wiem. Ale powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać. W tym świecie jestem tylko głupią i zagubioną dziewczynką. Patrzę na chłopaka. Porusza się niczym anioł. Jego mięśnie harmonijnie napinają się, sprawiają że prawie lata. Jest idealny.
                Wchodzimy do niebieskawego korytarza, Na jego końcu widnieją drzwi. „Mag Uzdrowienia”- głosi tabliczka wisząca na nich. Pukamy. Drzwi otwiera niska, szczupła kobieta i sięgających ziemi ciemnych warkoczach. Patrzy na nas krótką chwilę i zapraszającym gestem wskazuje nam wnętrze pomieszczenia. Wchodzimy. Duże nagie łóżko. Kilka krzeseł. Biurko. Zioła na ścianach. Światło. Zwykłe, wydawałoby się  słoneczne światło.
-Kto jest ranny?- pyta kobieta wysokim głosem, o jaki bym jej nie podejrzewała.
-Ona- odpowiada pero i pokazuje jej Kadmę. Kobieta wskazuje łóżko, po chwili Kadma już na nim leży. Ja i Pero siadamy na kanapie. Kobieta, podobnie jak wcześniej Pero, wypowiada dziwne słowa, wykonuje niezrozumiałe ruchy rękoma. Zamykają mi się oczy. Nie jestem w stanie utrzymać powiek. Głowa opada mi na ramię chłopaka. Czuję jego rękę na plecach. Uspokajający oddech. Bicie serca. W oddali szepty maga uzdrowiciela.  Zasypiam. Moje ciało rozluźnia się. Ktoś układa mnie na kanapie i przykrywa kocem. Rozbiera. Owiewa jakimiś chłodnymi, odświeżającymi oparami. W końcu czuję się naprawdę dobrze. Błogo. Znalazłyśmy magów. Znalazłyśmy pomoc. Znalazłyśmy. Odwracam się na bok, chcę dotknąć Pera, ale na kanapie jestem sama. Na łóżku leży Kadma. Przy biurku siedzi kobieta. Uśmiecha się do mnie.
-Adormecido- szepcze, a ja zasypiam. Śnię. Mam dobre sny.



Alicja Mazurek

12. Ku zwycięstwu


 Rozdział XII
"Ku zwycięstwu"


     Przedzieramy się przez zgliszcza gruzów i gałęzi. Im bliżej szkoły się znajdujemy, tym silniejsze jest moje przeczucie, że znajdziemy w niej co najwyżej kilka uciekających myszy. Miejsce sprawia wrażenie wymarłego od wielu lat zamczyska. Zupełnie jak w „Śpiącej Królewnie”. Oby i w tym przypadku wszystko dobrze się skończyło. Ale to przecież nie jest bajka…
                W końcu docieramy do ogromnej dziury, na miejscu której kiedyś były wielkie drzwi. Czuję chłód. Dostrzegam parę unoszącą się z moich ust, Kadma również wydycha powietrze różniące się temperaturą od powietrza, które nas otacza. Mam gęsią skórkę, zaczynam szczękać zębami. Nie mam pojęcia, dlaczego temperatura tak nagle spadła.
-To Zło. Zaczyna kłaść Wieczny Śnieg już nawet tutaj. Wieczny Śnieg… Gdy dojdzie do podziemi, na planecie przestanie istnieć Dobro. Ale damy radę, sama tak powiedziałaś – Kadma patrzy na mnie z   nadzieją i niemym błaganiem. Chcę ją uspokoić, ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Zaczynam czuć, że po prostu zamarzam. Rozcieram dłońmi ramiona.
-Chodź- mówi Kadma i zakłada mi rękę za plecy. Idziemy blisko siebie, co sprawia, że jest nam cieplej. Przekraczamy „próg” szkoły. Widok napawa mnie przerażeniem. Krew. Plamy krwi zmieszane z błotem i połyskujące dziwnym błękitnym światłem. Strzępy ubrań. Porozrzucane kartki książek. Połamane meble. Obdrapane ściany. W ;ewym kącie ogromnej Sali dostrzegam jakieś zdechłe zwierze, nad którym unoszą się owady. Smród. Kurz. Bród. I my mamy znaleźć tu magów, którzy nam pomogą? Przecież to…
-Tak, wiem, niemożliwe – dopowiada do moich myśli Kadma – Ale ty nie znasz magów. Nie znasz nas. Kiedyś też byliśmy tacy słabi jak ludzie. Jednak, gdy zaczęły się wojny, gdy Zło zaczęło panować, staliśmy się jak zwierzęta. Potrafimy przetrwać w prawie każdych warunkach. Ci, którzy przeżyli, pewnie już przeszli i stworzyli kryjówkę. Siedzą tam w ciszy i ciemności, wcale nie czują się bezpiecznie ani dobrze, ale żyją. Żyją i czekają na kogoś, kto poprowadzi ich ku zwycięstwu. A tym kim jesteś ty. TY. Więc przestań patrzeć tak, jakbyś właśnie zrezygnowała. Spróbuję wyczuć wibracje, a ty stworzysz przejście. Wiem, że potrafisz. Wszystko potrafisz, tylko sama o tym nie wiesz. A teraz bądź cicho, bo musze się skupić – Kadma zamyka oczy i rozkłada szeroko ręce. Ma mocno zaciśnięte usta, wydaje mi się, że w ogóle nie oddycha. Bije od niej ciepło. Coraz więcej ciepła. Powietrze wokół niej wręcz parzy. Odsuwam się i patrzę na nią jak zahipnotyzowana. Włosy dziewczyny falują. Lekko, coraz mocniej, są jakby targane przez wiatr towarzyszący chociażby sztormowi. Ale wyraz jej twarzy nie zmienia się. Wciąż ma tak samo zaciętą minę. Nagle gwałtownie podnosi powieki. Podskakuję wystraszona. Jej oczy są paląco czerwone. Wywołują kłujący ból w moim sercu. Patrzę prosto w nie. Moje wnętrzności palą się. Dym wydobywa się z moich oczu, uszu i ust. Kadma chce mnie zniszczyć. Czuję, że chce mnie zniszczyć. Jej spojrzenie jest przerażające, jestem pewna, ze nigdy go nie zapomnę. Wdziera się w głąb mnie, przeszywa każdą komórkę ciała, zakorzenia się w moim wnętrzu. Jej oczy. Mój wzrok. Nasze spojrzenia. Spojrzenie. Widzę siebie. Widzę oczami Kadmy. Boli. Pali. Coś rozdziera mnie od środka. Jestem Kadmą. Ja. Kadma. Upadam. Upadamy. Ukojenie, Głośne oddechy. Świszczący głos. Mój? Kadmy? Moje ręce drżą. Cała drżę. Ciało paruje. W żyłach pulsuje rozżarzona krew. Sprawia ból. Przyjemny ból. Żyję.
-Tam…- mówi Kadma. Unosi rękę, wskazuje na lewo, w stronę ciemnego korytarza, który w dziwny sposób nie został zniszczony. Może jednak wcale nie jest ciemny. To niebo. Ziemia. Wszystko zlewa się w jedno. Mrok. Wzrok zaczyna płatać mi figle. Ale żyję. Jestem głodna. Głowa Kadmy wisi bezradnie między ramionami. Ręka opada. Paznokcie wbijają się w brudne fragmenty połamanych płytek. Podłoga. Kiedyś stanowiły podłogę.
-Muszę… odpocząć…- syczy dziewczyna- Idź sama. Dołączę…- przerwa na oddech, zaciśnięcie pięści- …do ciebie. Szukaj ciepła. Gorącego podłoża. No idź!
                Nie wiem, co robić. Nie chcę iść sama. Nie chcę zostawić Kadmy samej. Razem, Miałyśmy trzymać się razem. Dziewczyna podnosi głowę. Przekrwione oczy. Spalone usta. Widoczne żyły na policzkach. Wstrząsa mną dreszcz. Nie mogę na nią patrzeć. Z trudem podnoszę się. Idę. Sunę noga za nogą. Ledwo unoszę stopy. Szelest łamanych gałązek. Przetaczanych kamieni. Przesuwających się śmieci. Chłód. Mam szukać ciepła. Zimno. Jest mi zimno. Zaczynam szczękać zębami. Może nie idę w dobrą stronę. Ale przecież to ją wskazała Kadma. Może to tylko sen. Może umieram.
Jestem głodna. Odwracam się. Kadma wciąż siedzi tam, gdzie ją zostawiłam. W identycznej pozycji. Odwraca głowę w moją stronę. Jej twarz wygląda normalnie. A przecież niedawno przypominała powstałą z grobu istotę. W tym świecie wszystko jest możliwe. Uśmiecha się. Ciepły, szczery uśmiech. Jej oczy się śmieją. Nie rozumiem. Powoli obracam się w kierunku, gdzie rzekomo znajduje się cel naszej „wyprawy”. Magowie. Chcę ich znaleźć. Zniżam się do pozycji na klęczkach. Poruszam się na czworaka. Podłoże zaczyna się robić cieplejsze. Drgawki ustępują. Czyżby to było to gorąco, o którym mówiła Kadma? Spoglądam na dłonie. Są brudne i mokre. Nie mam pojęcia, skąd wzięła się wilgoć. Wołam dziewczynę. Mój głos jest niski i ochrypły. Jestem głodna i spragniona. Jestem człowiekiem. Magiem. Człowiekiem. Potrzebuję jedzenia. I wody. Patrzę na dłonie. Brudna woda płynie w stronę łokci. Zbliżam do niej usta, zlizuję ją. Krew. Czuję krew. To nie woda. Moje dłonie są jedną wielką raną, a ja nie czuję bólu. Tylko palącą mieszaninę strachu, żalu, smutku i tęsknoty. Ból fizyczny. Pragnę bólu licznego.
Podchodzi do mnie Kadma.
-Brawo.- mówi i klepie mnie po plecach- Teraz tylko otwórz przejście. Znajdź magów.
-Jak?- pytam, kompletnie nie mam pojęcia, jak mam tego dokonać
-Pomyśl o magach. Zobacz ich. Pomyśl, po co chcesz się do nich dostać. Pomyśl o tym, czego chcesz. Uda ci się.
Zamykam oczy. Wyciszam umysł. Oddycham głęboko i powoli. Myślę o tym, co do tej pory przeżyłam. O tym, jak bardzo chcę znaleźć kogoś do pomocy. Oczami wyobraźni dostrzegam magów. Wesołych, szczęśliwych, bawiących się swą mocą. Bezwiednie unoszę ręce. Czuję bijące z nich ciepło. Jakąś tajemniczą siłę wypełniającą moje wnętrze. Uśmiecham się. Czuję się dobrze. Światło. Srebrny blask. Otwieram oczy. Przed nami zieje ciemna dziura, a na jej dalekim końcu widać maleńką srebrną poświatę. Jakby księżyc odbijał się w głębokiej studni.
Spoglądam na Kadmę. Uśmiecha się szeroko, widać jej równe zęby pokryte sadzą i popiołem. Zlepione włosy otaczają jej spoconą twarz. Jest piękna. Uśmiecha się. Uśmiech sprawia, że jest piękna.
                Przypominam sobie o Krzyśku. Jego uśmiech. Figlarne spojrzenie. Grzywka delikatnie opadające na ciemne oko. Czuję motylki w brzuchu. Śmieję się. Łapię Kadmę za rękę. Skaczemy do ciemnej otchłani. Spadamy. Spadamy ku zwycięstwu.



Alicja Mazurek

czwartek, 1 marca 2012

11. To tylko Elmal

     Na początku chcę Was naprawdę bardzo mocno przeprosić,  że tak długo nie pisałam ale najzwyczajniej w świecie NIE MIAŁAM CZASU. W końcu znalazłam chwilkę i naskrobałam coś. Mam nadzieję, że się spodoba. Miłego czytania, miłego dnia :)



 Rozdział XI
"To tylko Elmal"


      Przytulam dziewczynę i czuję jej chłodne łzy na ramieniu. Nagle zdaję sobie sprawę, że nawet nie wiem, jak ona ma na imię.
-Hej, zdradzisz mi, jak się nazywasz? – pytam ją cicho, staram się, żeby w moim głosie nie dało się wykryć ani krzty strachu. Wydaję mi się, że nawet mi się to udało. Dziewczyna unosi głowę i wyciera policzki rękawem mojej peleryny.
-Kadma.
-Ojej, naprawdę?! To ciekawe, moja współlokatorka ma ponoć tak na imię. W sumie to jej nie poznałam, nie miałam czasu…
-To teraz powiem ci coś jeszcze ciekawszego, czekałam na nową współlokatorkę. Ale nie zdążyłam jej niestety poznać.
-Hm… jaka jest twoja ulubiona piosenkarka? – pytam ją z lekkim uśmiechem, podejrzewam, że przez dziwny zbieg okoliczności spotkałam bałaganiarę, z którą miałam mieszkać.
-Melandra, ale czemu pytasz?
-A więc to ty! – śmieję się – To z tobą miałam mieszkać!
-Yyy… skąd wiesz? – pyta zdziwiona dziewczyna, spogląda na mnie spod oka, jej wyraz twarzy mówi, że zaczyna mnie uważać za wariatkę.
-Nie patrz tak na mnie! – uśmiecham się coraz szerzej, staram się ją do siebie przekonać – W pokoju, w którym miałam mieszkać, wisiał plakat tej właśnie Meandry. I był straszny bałagan! Myślisz, że to możliwe, aby moja współlokatorka Kadma była właśnie tobą?
-Jasne! – teraz i dziewczyna zaczyna się śmiać – Pewnie Libertad zdążyła ci naopowiadać, że jestem taką wielką bałaganiarą i buntowniczką, ale to wcale nieprawda. Zresztą, nieważne. Teraz to już nieważne. – mówi Kadma i nagle robi się smutna. Spuszcza głowę, jej entuzjazm opada tak szybko jak powstał. Ten nastrój udziela się także mi. Już mam siąść obok niej, ale po chwili wstaję i unoszę głowę do góry. To bez sensu, nie mogę teraz siąść i czekać, aż przyjdzie po mnie ktoś z magów Elmal. Nie po to uciekłam tamtemu magowi, nie po to zostałam tu sprowadzona. Nie po to Krzysiek walczył w jakimś nieznanym świecie, żebym ja teraz siadła gdzieś w kącie, ukryła się i udawała, że nic nie potrafię. Przecież nawet Kadma stwierdziła, że nigdy nie widziała tak dobrego przejścia! A ja nawet nie wiedziałam, o co jej chodzi. Po prostu wypowiedziałam to dziwne zaklęcie, lekko się skupiłam. Może Kadma mogłaby zostać moim nauczycielem? Może wystarczy, że opowie mi, na czym to wszystko polega? Może wystarczy parę słów zaklęć? Czuję, że krew zaczyna szybciej krążyć w moich żyłach. Jestem podekscytowana. Zaczynam wierzyć, że dam radę. Dam radę, chociaż kompletnie nie wiem, co się tutaj dzieje. Nawet nie wiem, co mam robić. Nie wiem. Ale wierzę, że z pomocą Kadmy odnajdę Libertad, Krzyśka i pozostałych magów Bueno. Wierzę, że dam radę pokonać Zło. Wiem, że dam radę.
-Wstawaj- mówię stanowczym głosem. Dziewczyna powoli podnosi głowę i patrzy na mnie zdziwiona. – No wstawaj! Przecież nie będziemy tu bezsensownie siedzieć i czekać na śmierć chociażby z głodu. Przecież jesteś magiem. Magiem walczącym w imieniu Dobra. Chcesz się poddać? Ot tak? Nie możesz! Razem coś wymyślimy. – próbuję przekonać Kadmę do mojego pomysłu.
-Co? My? Ja i ty? Same przeciw Złu? Chyba sobie żartujesz…
-Właśnie, że tak! Zostałam tu wezwana, bo ponoć mam jakąś wielką moc. Przecież już ci mówiłam. I nie mam jej po to, żeby siąść w tym brudzie i czekać, aż przyjdą tu magowie Elmal. Może bym ich wtedy nawet pokonała, ale co z tego? Ja mam pomóc zwyciężyć Dobru! A ono jest takie słabe… Nie wiem, dlaczego, ale czuję, jakby moje serce obumierało. Jakby umierała cząstka Dobra w nim zawarta. A wiesz, co to oznacza? Że samo Dobro ginie. Nie możemy na to pozwolić. Nie możemy pozwolić, aby świat stał się zgrają pragnących krwi zwierząt. Chcesz tego? A co z twoją rodziną? Co z przyjaciółmi? Co z tobą? Przecież chcesz żyć. Wiem to, doskonale to wiem. Mam pewnie tyle lat co ty. Wiem, co czujesz, wiem, co myślisz, co dzieje się w twoim sercu. Wiem, że się boisz, ale uwierz, że ja boję się jeszcze bardziej. Jednak jestem w stanie przezwyciężyć ten strach. I teraz staniesz tu obok mnie i pójdziesz razem ze mną szukać jakieś ocalałego domu. Nazbieramy gałęzi i rozpalimy ognisko. Może nawet uda nam się znaleźć coś do jedzenia. Prześpimy się, a potem wymyślimy, co robić dalej. Wiesz, ja nie wierzę, że Libertad mnie zostawiła. Nie wierzę, że dała się pokonać. Ona jest gdzieś tam, może uwięziona, ale jej serce wciąż bije, nie zamieniło się w kamień. Wierzę, że spróbuje się ze mną skontaktować. A nawet jeśli tego nie zrobi, to nie dlatego, że nie chce czy we mnie nie wierzy. Może po prostu nie ma jak. Może nie ma już siły. Ale ja dam jej tę siłę. Odnajdę ją. Rozumiesz? Pomogę Dobru. Pomogę światu. Nie pozwolę, żeby… żeby Świat, który został tak wspaniale zaplanowany przez Istotę nagle przestał istnieć. Nie pozwolę. Rozumiesz? – zaczynam płakać. Ale są to łzy, które przynoszą ulgę i moc. Są to łzy, które tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że mam rację mówiąc to wszystko. Że moja decyzja jest słuszna. Łapię Kadmę za rękę i podnoszę ją. Patrzę jej prosto w oczy i nagle widzę, że w nich też coś się zmienia. Nie ma już rezygnacji, bólu, smutku i żalu. Teraz widać w nich nieśmiałą determinację, ledwo zauważalną, ale jednak. Przytulam ją. Obejmujemy się mocno i płaczemy sobie w ramiona. „Damy radę, damy radę…”- mówię co jakiś czas i głaszcze dziewczynę po plecach. W końcu nasze ciała przestają drżeć, oddech uspokaja się. Odrywamy się od siebie i uśmiechamy się delikatnie. Kadma ociera ostatnie łzy.
-No to do roboty. Tyle tu śmieci, że można rozpalić ognisko większe od jądra Ziemi- mówi żartobliwie moja nowa przyjaciółka. Śmieję się i zaczynam zbierać wszystko, co nadaje się do spalenia. Wprawdzie nie mamy ognia, ale czuję, że nie będzie dla mnie żadnym problemem wzniecenie go. Idziemy ramię w ramię nie oglądając się za siebie. To, co złe, jest już za nami. Smutek, żal… To wszystko jest dziełem magów Elmal. Czuję ciepło emanujące z podłoża. Jakby gdzieś tam głęboko pod ziemią swoją kryjówkę miało Dobro. Dobro, które pomaga uwierzyć, przezwyciężyć strach, zaufać, pokochać. Dobro, któremu każdy z nas powinien służyć. Dobro, któremu ja zamierzam pomóc.

*

                Ognisko pali się i wyrzuca w powietrze iskierki, które radośnie tańczą i rozświetlają ponury krajobraz. Czuję się dobrze. Kadma leży na znalezionym materacu. Chyba zasnęła. Wygląda tak niewinnie, że mam ochotę utulić ją jak małe dziecko. Patrzę na nią i czuję się odpowiedzialna. Za nią i za cały świat. Może to głupie, ale pomaga mi. Jestem potrzebna. Jestem komuś potrzebna.
                Dziewczyna otwiera oczy. Zauważa, że się jej przyglądam. Uśmiecha się i unosi na łokciach.
-Nie zdążyłam ci podziękować za uratowanie życia – mówi nieśmiało. W ogóle nie przypomina właścicielki pokoju, który przez chwilę był też moim pokojem. Najwyraźniej pozory mylą.
-Przestać, nie masz za co dziękować. Pewnie zrobiłabyś to samo. Poza tym, dzięki tobie jest mi..weselej. Raźniej. To raczej ja powinnam dziękować.
-Chyba będziemy musiały iść do zamku.
-Do zamku? Jakiego zamku? Macie tu zamki? – pytam zdziwiona
-Och… tak nazywamy szkołę. Wygląda trochę jak zamek, szczególnie gabinety nauczycieli. Zresztą nasze pokoje też nie są złe. Elmal byli tam, żeby zabrać ciebie i Libertad. Z Libertad się udało, z tobą nie. W każdym razie teraz już na pewno ich tam nie ma. A właśnie tam za pewne znajdziemy najwięcej Bueno. Którzy nam oczywiście pomogą. Przecież nie wyruszymy same na wojnę… To byłoby dopiero bez sensu. – wyjaśnia Kadma
-Tak, masz rację… Ale najpierw musimy się przespać. Chyba nie chcesz zasnąć na polu bitwy! – śmieję się
-Wiesz co? Magowie nie muszą spać.
-Słucham? Jak to?
-No po prostu. My nie śpimy. Zamykamy oczy i kładziemy się, bo to tak jak u was na przykład oglądanie telewizji. Nasza wyobraźnia sama pokazuje nam różnorakie historie. Czytamy książki i oglądamy filmy poprzez zamykanie oczu. U nas nie ma książek, każdy sam potrafi wymyślić sobie swoją.
-O… no to… muszę przyznać, że to ciekawe. Ale ja jestem jednak człowiekiem. Półczłowiekiem… I muszę spać. – wyginam usta w uśmiechu i kładę się na kilku znalezionych kurtkach. Zamykam oczy i myślę nad słowami Kadmy. Przypominam sobie, że rzeczywiście nigdy nie potrzebowałam tyle snu, co inni. I moja wyobraźnia… Tak, moja wyobraźnia była zdecydowanie zbyt bujna jak na zwykłego człowieka. Uśmiecham się sama do siebie. Próbuję zasnąć. W mojej głowie krążą tysiące myśli. Czuję, jak ból i zmęczenie odpływa z mojego ciała. Odprężam się. Wyobrażam sobie, że obok mnie leży Krzysiek i przytula mnie czule. To mnie uspokaja. Krzysiek… Krzysiek… Krzysiek… 

*

                Budzi mnie ostre szarpnięcie za rękę. Otwieram oczy i widzę Kadmę pochylającą się nade mną. Kadmę o oczach wypełnionych przerażeniem.
-Co..co się stało? – pytam, już sama nie wiem, czego się spodziewać. Dziewczyna przykłada palec do ust i pokazuje mi, żebym po cichu wstała. Podnoszę się, zbieram rzeczy, które wydają mi się przydatne, czyli czajnik, mały garnuszek, plecak, koc, kilka dodatkowych ubrań i idę za Kadmą. Poruszamy się obrzeżami zniszczonego miasta, staramy się nie stawać na rzeczach, które mogłyby zdradzić nasze położenie. Nic z tego nie rozumiem, ale zdaję się na dziewczynę. Czuję napięcie, które sprawia, że powietrze przepełnione kurzem staje się jeszcze bardziej ciężkie i gęste. Ucisk w piersi, ucisk w gardle. Mam tego dosyć, chcę wiedzieć, dokąd idziemy. Chcę wiedzieć, co się stało. Zatrzymuję Kadmę, mocno łapiąc ją za ramię. Ta odwraca się i widzę, że jest zła.
-Możesz mi wyjaśnić, co się stało? – pytam ją cichym głosem, w którym jednak brzmi stanowczość.
-Elmal. Byli tu. Wyczułam ich.
-Jak to wyczułaś?
-Och, nieważne! Magowie po prostu potrafią robić różne dziwne dla was, ludzi, rzeczy. A teraz się zamknij i chodź za mną, bo tak się składa, że oni też mogą nas wyczuć. Dlatego musimy jak najszybciej dostać się do szkoły, która jest broniona barierą pensar. Tam nie można usłyszeć niczyich myśli. No co się tak gapisz? Chodź! – mówi Kadma i powoli zaczyna przypominać Kadmę z mojego pokoju. Najwyraźniej odpoczynek pomógł jej stać się znowu sobą. Sama nie wiem czy powinnam się z tego cieszyć, ale stwierdzam, że jest to w tym momencie najmniej ważne. Idę posłusznie za dziewczyną i staram się nie myśleć o niej źle, bo po chwili przypominam sobie, że przecież magowie czytają w myślach. Kadma śmieje się cicho, najwyraźniej ‘usłyszała’ to, co sobie przypomniałam. Wzdycham ciężko i stwierdzam, że wcale się nie wyspałam. Jednak nie mam zamiaru narzekać. Wmawiam sobie, że czuję się dobrze, wręcz wyśmienicie i, o dziwo, naprawdę zaczynam się tak czuć!
                Wędrujemy dziwnymi ciemnymi korytarzami. Unosi się w nich zapach kurzu i stęchlizny, jakby dawno nikt nimi nie chodził. Na brunatnych ścianach zauważam ogromnych rozmiarów pająki. Robi mi się słabo, tak bardzo nienawidzę pająków! Czuję, że wpełzają mi pod koszulkę, drepczą po nogach, wchodzą do uszu i nosa. Wiem, że to tylko moja wyobraźnia, ale nie potrafię tego przezwyciężyć. Czuję się coraz gorzej, mam wrażenie, że zaraz zacznę krzyczeć i płakać. Chcę opuścić to miejsce jak najszybciej. Z trudem przełykam ślinę i nagle wydaje mi się, że połykam pająka. Krztuszę się, zaraz zwymiotuję. Kadma nawet nie zwraca na mnie uwagi. Zaczynam biec. Muszę stąd wyjść! Wyprzedzam dziewczynę, biegnę przed siebie i nagle dostrzegam światło. Z oczu zaczynają kapać mi łzy, nie mogę złapać oddechu, czuję pająki na całym ciele. Zakręt. Drewniane drzwi. Klamka. Trawa. Nie wytrzymuję. Upadam na ziemię i wymiotuję.
-Jesteś żałosna… ale i tak cię lubię – mówi dziewczyna, która mnie dogania. Głaszcze mnie po plecach i daje mi wodę oraz chusteczkę. Nie mam pojęcia skąd to wytrzasnęła, ale w tym momencie mało mnie to interesuje. W końcu czuję się bezpiecznie.
                Siadam na trawie i unoszę głowę. Chyba jesteśmy na miejscu, bo kilkaset metrów przed nami z ziemi wyrasta ogromny niebieski budynek, przed którym rosną piękne kwiaty, drzewa i jakieś dziwne rośliny, których nie potrafię nazwać. Nigdzie nie widzę wejścia. Jednak, gdy wytężam wzrok, zauważam, że szkoła i jej okolice wcale nie są tak piękne, jak wydawało się na pierwszy rzut oka. Lewa ściana jest do połowy zniszczona, wszystko pokryte jest białawym pyłem. Nad dachem kołują czarne ptaki przypominające kruki ze Sfery Ludzkiej. Trawa przed budynkiem jest raczej bardziej brązowa niż zielona, drzewa prawie nie posiadają liści. W oknach widnieją wybite szyby, ogromne wrota leżą obok wielkiej dziury wybitej w ścianie. Po plecach przebiega mi dreszcz. Znowu zbiera mi się na wymioty, ale tym razem powstrzymuję się.
-No cóż, to tylko Elmal, zacznij się przyzwyczajać, w końcu chcesz walczyć. – mówi Kadma, a w jej głosie słychać zdezorientowanie i strach
-Chcę i będę. Nie pozwolę, aby tak wyglądał świat. Chodźmy. – odpowiadam z niezwykłą pewnością, wstaję z trawy i kieruję się w stronę małej części dużego świata, który bez mojej pomocy będzie tak wyglądał.



Alicja Mazurek