środa, 1 lutego 2012

9. Walka


Rozdział IX
"Walka"


    Idę popychana przez przerażające mężczyznę. W ogóle nie odpoczęłam, burczy mi w brzuchu, ledwo słaniam się na nogach. Boli mnie głowa, wciąż czuję na sobie naglące spojrzenie maga, który co jakiś czas popycha mnie ręką. Czuję się jak więzień prowadzony na egzekucję. A przecież jeszcze przed chwilą byłam traktowana jak bóstwo! Nic z tego nie rozumiem. Tak bardzo chcę spać, powieki same mi się zamykają. Mam chęć po prostu wrócić do pokoju, ale boję się tego mężczyzny. Mam ciarki na plecach i wcale nie czuję się z tym dobrze. Czuję jego lodowaty oddech. Dlaczego wszyscy magowie mają tak zimne oddechy? Jakby to symbolizowało ich zimne wnętrze. Tak naprawdę nic o nich nie wiem. Zastanawiam się, jak tak naprawdę ma wyglądać moja pomoc w obronie Dobra. Przecież ja po prostu będę narażać życie! I najprawdopodobniej nie tylko na tym się skończy. Przypominam sobie, jak wyglądał Krzysiek przy naszym niedawnym spotkaniu. Wyczerpany, brudny, sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał osunąć się na ziemię i… umrzeć. A co jeśli czeka mnie właśnie śmierć? 
    Zastanawiam się nad swoim życiem. Zawsze twierdziłam, że jestem szczęśliwa, ale czy to prawda? Nigdy nie miałam dobrego kontaktu z ojcem i bardzo mnie to bolało. Ale on wolał pracę niż rodzinę. Kiedyś, gdy miałam 7 lat, poprosiłam go, abyśmy poszli na lody. Wyśmiał mnie i odparł, że jestem już za duża na takie sprawy, a on jest zajęty. Za duża na takie sprawy. Mając 7 lat, byłam za duża na wyjście z ojcem na coś słodkiego! Inni ojcowie tacy nie byli, dobrze to wiedziałam. I wiem nadal. Chociaż teraz tak bardzo mnie to nie boli. Mam Krzyśka. Właśnie. Krzysiek. Gdy go poznałam, szukałam w nim… ojca. Szukałam w nim kogoś, kto będzie się mną opiekował, dbał o mnie, zabierał do wesołego miasteczka, do kina. Pragnęłam się do niego przytulać, ale przytulać jak do kogoś, kto nie jest moim chłopakiem. Chciałam rodzicielskiej czułości. Oczywiście nigdy mu się z tego nie zwierzyłam. Zresztą, nie było potrzeby, wkrótce to minęło i zaczęłam do traktować jak zwykłego chłopaka. Zrozumiałam, że nic i nikt nie zastąpi mi czasu spędzonego z ojcem. Wiedziałam, że ten czas nigdy nie nadejdzie. Było mi z tego powodu strasznie przykro. Zaczęłam oddalać się od rodziny. Nadal się od niej oddalam. Wmawiam sobie, że potrafię rozmawiać z rodzicami, ale oszukuję tym samą siebie. Nie chcę, żeby moje życie teraz się skończyło. Nie chcę, żeby skończyło się dlatego, że ktoś ubzdurał sobie, że jestem jakimś super silnym magiem. Ja i magia, bardzo śmieszne. Znowu zaczynam wątpić, że to, co się dzieje, jest prawdziwe. Idę jakby hotelowym korytarzem pod eskortą jakiegoś mięśniaka, któremu z oczu wręcz strzela nienawiść. I on ma być wojownikiem Bueno? Jest całkiem inny niż Libertad. A może zostałam porwana? Zastanawiam się nad tą opcją.
   Nagle mag zatrzymuje mnie gwałtownie. Ściska mnie mocno za ramię.
-Tu.- mówi lodowatym głosem i wskazuje drzwi, takie same jak te od mojego nowego pokoju. Wyciągam rękę w stronę klamki. Naciskam ją delikatnie, drzwi skrzypią, otwierają się. Moim oczom ukazuje się mały salonik, na środku stoi mały stolik, przy nim mała kanapa, a w rogu mały telewizor. Po prawej stronie dostrzegam biurko i obrotowe krzesło odwrócone tyłem do mnie. Przekraczam próg i drzwi się zamykają. Podskakuję ze strachu, czuje na sobie chłodny powiew wiatru. Teraz zauważam, że w pomieszczeniu jest ciemno i zimno. Krzesło odwraca się. Zamieram, wcześniej nie zauważyłam, że w pokoju znajduje się ktoś oprócz mnie. Przewiercam wzrokiem ciemną postać. Nie widzę jej twarzy, dostrzegam tylko czarną pelerynę. Nie wiem nawet czy to mężczyzna, czy kobieta. Z trudem przełykam ślinę, mam sucho w gardle, boli mnie przełyk. Nie wiem dlaczego czuję strach, ale jest on wręcz paraliżujący. W pomieszczeniu panuje napięcie. Powietrze jest tak gęste, że można by w nim spokojnie mieszać łyżką. Nie mogę znieść tej niepewności, chcę, aby osoba siedząca na fotelu w końcu się odezwała. Mam wrażenie, że nie ja powinnam zrobić to pierwsza. Z nerwów boli mnie całe ciało, pot spływa mi po karku. W moich oczach pojawiają się łzy. Co się ze mną dzieje?! Nigdy taka nie byłam, nigdy nie płakałam. Zawsze byłam twarda, tłumiłam w sobie wszystkie emocje. Nawet gdy umarł mój kochany dziadek, to ja zachowywałam się najbardziej odpowiedzialnie, nie uroniłam ani jednej łzy, zajęłam się całym domem. A teraz ryczę bez powodu. To nie jest normalne. Czyżby kolejne sztuczki magów? Czuję się oszukiwana. Nikt tak naprawdę nie chce mi niczego wytłumaczyć. Co chwilę pojawiają się nowe pytania, na które nie znam odpowiedzi. I czuję, że nigdy ich nie poznam.
-Witaj. Masz piękne oczy. – słyszę niespodziewany komplement. Po głębokim, niskim głosie rozpoznaję, że osoba na fotelu to mężczyzna. Młody mężczyzna. Być może niewiele starszy ode mnie. Nie rozumiem, w jakim celu mnie tutaj sprowadzono. Przecież wzywała mnie Libertad! Już otwieram usta, aby o to zapytać, ale mag mnie uprzedza – Jak za pewne zdążyłaś zauważyć, nie jestem Libertad. I nie martw się, słyszę twoje myśli. To nie jest porwanie. To… przejęcie. Zwykłe przejęcie. Libertad jest nasza. Biedna stara Libertad. Niewiele życia jej zostało. Ale ty… ty jesteś piękna, mądra i silna. A przed tobą jeszcze tysiące lat. Dokładnie, tysiące! Bo tyle żyją magowie Elmal. Marne Dobro nie obdarowało swoich zwolenników tak długim żywotem. Ale Zło… ach, ZŁO! Zło jest mądre. Tak jak ty. Dlatego bez żadnego sprzeciwu zwrócisz się ku naszej stronie. Bez. Najmniejszego. Sprzeciwu.
To chyba jakiś żart. To naprawdę musi być żart! Przechwyt? Jaki przechwyt? Libertad… w łapach Elmal?! Jak… jakim cudem?! Nie, to niemożliwe. Odwracam się do drzwi. Szarpię za klamkę, ale to nic nie daje. Drzwi nie otwierają się. Czuję, że mój oddech przyspiesza. Serce wali jak oszalałe. Znowu czuję identyczną panikę, jak pierwszego dnia tej szaleńczej ‘przygody’. Uderzam w drewniane drzwi, aż bolą mnie dłonie. Dostrzegam na kostkach krew. Krzyczę, wołam pomocy. Chcę się stąd wydostać, ale słyszę tylko szyderczy śmiech maga znajdującego się ze mną w pokoju. Nie mogę oddychać. Trzęsą mi się ręce, nie czuję bólu, chcę stąd wyjść! Czuję dłoń na ramieniu, GORĄCĄ dłoń. Dłoń, która parzy. Ściska mi mocno ramię i siłą odwraca mnie przodem do siebie. Widzę twarz mężczyzny. Ciemna cera, brązowe oczy, dłuższe czarne włosy opadające na oko. Pełne usta w uśmiechu odsłaniające rząd idealnych zębów. Idealnych, ale naturalnych. Boję się maga, ale jednocześnie czuję dziwne pożądanie. Kulę się w sobie, czuję się taka mała i bezbronna. Mężczyzna patrzy mi prosto w oczy, jego spojrzenie spala mnie żywcem. Z mojego gardła wyrywa się szloch, boli mnie ciało i dusza.
    -Przestań ryczeć. Widzisz, co zrobili z tobą Bueno?! To przez nich stałaś się taką… łajzą. Łajzą! Słyszysz? W tym momencie jesteś nic nie znaczącym pyłkiem, który mogę zgnieść jednym ruchem palca. Ale nie zrobię tego. Wystarczy jedno twoje słowo, a staniesz się jednym z nas. Zaczniesz służyć swojej matce. Noche. Jesteś jej winna przysługę! To dzięki niej jesteś na tym świecie. Dzięki ZŁU. Rozumiesz? Musisz zniszczyć Dobro. Musisz pokazać Postaci, kto tu rządzi. Bo rządzisz TY! Dzięki tobie Noche powróci. Dzięki tobie na świecie znów zapanuje równowaga. Dzięki tobie wszystkie Sfery będą służyły Złu. Jesteś to winna swojej matce. – mówi stanowczym tonem mag. Zbliża wargi do moich ust. Czuję jego gorący oddech. Jest coraz bliżej mnie. Widzę każdą rysę na jego twarzy. Jest piękny. Jest tak przerażająco piękny. Nie wiem, co robić. Pragnę go. Wiem, że muszę pomóc Dobru. Zło. Dobro. Elmal. Bueno. Moja dusza rozrywa się na dwie części. To tak strasznie boli! Palę się żywcem, moje wnętrzności się palą. Krzyczę. Oczy zachodzą mi mgłą. Zaczynam widzieć tylko niewyraźne plamy. Pękają mi usta, czuję na nich krew, słoną krew zmieszaną z potem. Wydaję przeraźliwy dźwięk. Mag trzyma mnie mocno w ramionach, nie pozwala upaść. Zło. Zło. ZŁO. Tak, muszę służyć Złu. Przecież to Noche jest moją matką. NOCHE. Widzę w głowie obrazy moich 5 urodzin, kiedy dostałam pierwszy rower. Widzę pierwszy pocałunek z Krzyśkiem. Widzę pierwszą noc poza domem z przyjaciółmi. Widzę zabawy w chowanego z braćmi. Widzę wspólne przyrządzanie posiłków z mamą. Widzę pieczenie ciasta z ukochaną babcią. Widzę wszystko, co jest we mnie DOBRE. Widzę Dobro. Widzę Miłość i Przyjaźń. Widzę radość. Kopię maga w piszczel, z całej siły. Mężczyzna zwija się z bólu, dopadam do drzwi. Tym razem otwierają się bez trudu. Biegnę. Biegnę przed siebie, sama nie wiem dokąd. Biegnę ciemnym korytarzem. Po moich policzkach spływają łzy, jestem tak strasznie zmęczona! Ale biegnę, muszę biec. Muszę. Dla Libertad. Dla Krzyśka. Dla mamy. Dla… dla Dobra.



Alicja Mazurek