wtorek, 10 kwietnia 2012

13. Dobre sny


Rozdział XIII
„Dobre sny”

Krzyk. Krzyczę. Prąd. Czuję, że ktoś razi mnie prądem. Spoglądam na Kadmę. Wije się jak szalona, na jej ciele widnieją elektryczne liny. Niebiesko-szare. Piłujące skórę. Muszę się tego pozbyć. Muszę. Staram się odwrócić myśli od bólu, którego niedawno tak bardzo pragnęłam. Próbuję skupić całą energię w jednym miejscu. Poczuć ciepło. Nie wiem skąd, ale mam pewność, że to przyniesie pożądany skutek. Myślę o Krzyśku, rodzinie, o świętach, które tak bardzo lubiłam, o cieple kominka, gorących płomieniach buchających z jego wnętrza, o przyjaciołach, wspólnych chwilach. Myślę o magach. O Zwycięstwie.
 Czuję ciepło w dole brzucha. Gorącą kulę, która rozszerza się na całe ciało. Wychodzi na zewnątrz. Spala magiczne kajdany. Jestem wolna. Wyczerpana. Tyle wysiłku. Ale nie mogę zapomnieć o Kadmie. Wstaję i wręcz podbiegam do niej. Wstrząsają nią drgawki, już nie krzyczy, nie próbuje się uwolnić. Szeroko otwarte usta i oczy. Poranione ciało. Muszę jej pomóc. Muszę jej pomóc, zanim… Nie chcę dopuszczać do siebie tej myśli. Przecież magowie mieli być dobrzy, dlaczego próbowali nas zabić?! Ale nie o tym powinnam teraz myśleć. Wyciągam ręce. Dotykam nimi Kadmy. Jest upiornie gorąca. A przecież magowie są zimni. Ich magia opiera się na cieple, a sami są tacy zimni.
Ciepło. Chcę wytworzyć ciepło. Muszę to zrobić. Moje ręce płoną. Topią liny więżące dziewczynę. Jej ciało rozluźnia się, oczy zamykają, usta niemo wołają pić. Już nic nie mogę zrobić, nie potrafię wyleczyć ran, które zadał prąd. O ile to był prąd. Nieważne. To teraz tak mało ważne. Kadma ledwo oddycha. Myślę o jakimś cudownym uzdrowieniu i kładę na niej rękę. Nic. Wzywam Libertad. Nic. Myślę o lekarzach, szpitalach, o mojej babci, która potrafiła uleczyć obrzydliwie śmierdzącymi ziołami. Nic. Coraz słabszy oddech. Klatka piersiowa prawie wcale się nie porusza. Nie czuję pulsu. Ocieram jej brudną i mokrą twarz. Nachylam się i oblizuję jej usta. Łapczywie spija każdą maleńką kropelkę śliny. Odgarniam jej włosy z czoła. Chcę, żeby zrobiło się jej chłodniej, ale ciało wciąż pozostaje ciepłe. Zaciskam zęby,  żeby tylko się nie rozpłakać. To nic nie daje. Po policzkach spływają brudne łzy. Nie chcę, nie mogę jej stracić! „Kurwa!”- krzyczę i uderzam pięściami w lodowate podłoże. Srebrne i twarde. Wszystko wokół jest szare i lśniące. Piękne i zimne. Dlaczego ten chłód nie może przejść na Kadmę?! Po co szukałyśmy magów? Żeby nas zabili? To bez sensu. To wszystko jest bez sensu.
-Odsuń się- słyszę za sobą niski męsko głos. Serce podchodzi mi do gardła. Powoli odwracam głowę. Widzę nieziemsko przystojnego mężczyznę. Wyraźnie zarysowana szczęka. Duże oczy. Wąskie, zaciśnięte usta. Jasne włosy do ramion, idealnie współgrające z iskrzącą się skórą. Muskularne ramiona, nagi umięśniony tors.
-Odsuń się- powtarza, a ja spełniam jego rozkaz. Podchodzi do Kadmy, klęka przy niej. Zamyka oczy. trzyma nad nią ręce. Jego usta poruszają się w rytm nieznanych mi słów. Rany na ciele dziewczyny zmniejszają się. Znikają. Kadma coś przełyka, chociaż nie widzę, żeby piła. Zamyka usta, ale nie otwiera oczu. jej klatka piersiowa zaczyna poruszać się tak, jak powinna. Mężczyzna bierze ją na ręce, unosi jak piórko. Patrzy mi prosto w oczy, czuję ciarki na plecach.
-Jestem magiem Bueno. Moje imię to Peruwius. Pero. Wybacz, ale musimy być ostrożni, stąd zaklęcie electricidad. Chodź za mną.
                Daję mu znak głową, że się zgadzam. Trzymam się blisko chłopaka, czuję bijące od niego ciepło. Mam ochotę go dotknąć, sprawdzić czy jest prawdziwy. Drzwi w srebrnej ścianie. Dopiero teraz je zauważam. Abrir. Ciemny, wąski korytarz, Szereg dziwnych słów. Kolejne drzwi. Veneno.
-To tylko hasło – mówi Pero i uśmiecha się. Nie wiem, o co mu chodzi, ale przypuszczam, że veneno w języku magów oznacza coś śmiesznego.
-Nie jesteś stąd, prawda?- odzywa się po raz kolejny mag. Wchodzimy do dużej Sali ze stołami i ławami na środku.
-Prawda. Jestem Flora. Aśka. Eh… Aśka to moje ludzkie imię, ale nazywam się Flora, bo jestem córką Noche. Wprawdzie nawet jej nie znam i jakoś ciężko mi w to uwierzyć, ale skoro Libertad tak twierdzi… W każdym razie ponoć jestem dobra, ha ha- śmieję się głupkowato i rumienię. Co ten facet ze mną robi?! Zapominam, że powinnam oddychać. Jest taki… fascynujący, fanstatyczny! W głowie pojawiają mi się obrazy jego warg muskających moje usta, całujących je namiętnie. Krzysiek. Przypominam sobie o Krzyśku. Nie powinnam tak myśleć o jakimkolwiek innym facecie. Choćby był prawie bogiem.
                Czytanie w myślach. No nie! Przecież on czyta w moich myślach! Jestem tak czerwona, że bardziej się już chyba nie da. Spoglądam na niego nieśmiało, ale nic nie wskazuje na to, żeby znał moje pragnienia. Idiota z ciebie. Nic. Chcę się z tobą kochać. Nic. Jestem nimfomanką. Lubię pić wywar z trawy. Nic. O co chodzi?
-Czytasz w moich myślach?- pytam, chcąc rozwiać wszystkie wątpliwości.
-Nie, przecież chronisz się barierą- odpowiada i znów zniewalająco się uśmiecha. Oddycham z ulgą, a więc mogę się rozkoszować grzesznymi myślami z nim roli głównej do woli. Nie rozumiem, jakim cudem pojawiła się bariera, ale nie mam zamiaru tego roztrząsać. – Ale i tak wiem, że na mnie lecisz, bo gdy myślisz o mnie W TEN sposób, robisz się bardzo gorąca- odpowiada, puszcza mi oczko i kieruje się w stronę jednego z korytarzy odchodzących z wielkiej sali. Pięknie! Co za bezczelny facet! A jaki pewny siebie! I, do cholery, dlaczego tak pociągający?! Wzdycham ciężko i idę za nim. Na podłodze dostrzegam małą kałużę. Aż podskakuję, gdy widzę odbijającą się w niej postać. Poszarpane ubranie. Szczupłe, wręcz wychudzone ciało. Brudne i poranione ramiona wystające zza peleryny. Podkrążone oczy. Szara cera. Spierzchnięte usta. Włosy przypominające brudnego mopa. To ja. Wyglądam jak śmierć. Jestem tak bardzo wyczerpana. Głód. Znów daje o sobie znać. Ból stał mi się tak bliski, ze nawet go nie czuję.
-Flora, idziesz?- dochodzi do mnie jakby z oddali zatroskany głos Pera.
-Tak, tak…- odpowiadam, ale nie ruszam się z miejsca. Słyszę kroki. W odbiciu widzę Pera. Ideał. Całkowite przeciwieństwo mnie. Stoi i uśmiecha się. Nie ma na rękach Kadmy.
-Gdzie Kadma?- pytam
-Położyłem ją na stole. Wiesz, ona wcale nie jest taka lekka- mówi i próbuje mnie rozbawić. Obejmuje mnie od tyłu. zamykam oczy. Czuję się bezpiecznie. Ale to przecież obecność Krzyśka powinna tak na mnie działać. Może to przez tęsknotę. Nie chcę się teraz nad tym zastanawiać. Nie chcę myśleć o Krzyśku. Wtulam się w mężczyznę całym ciałem. On odwraca mnie przodem do siebie. Patrzy mi głęboko w oczy. Rozchyla wargi. Nachyla się. Składa na mych ustach delikatny pocałunek. Nie opieram się, wręcz przeciwnie, przyciągam go do siebie. Jego usta są gorące, niosą ukojenie i przyjemność. Odrywamy się od siebie.
-Musimy iść- szepcze gardłowym głosem Pero i przesuwa dłonią po moich nienaturalnie chudych plecach. Odchodzi w stronę Kadmy. Źródło ciepła znika.
                Idę za nim. Nie wiem, dlaczego zgodziłam się na ten pocałunek. Nie wiem, dlaczego pero go zainicjował. Nic nie wiem. Ale powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać. W tym świecie jestem tylko głupią i zagubioną dziewczynką. Patrzę na chłopaka. Porusza się niczym anioł. Jego mięśnie harmonijnie napinają się, sprawiają że prawie lata. Jest idealny.
                Wchodzimy do niebieskawego korytarza, Na jego końcu widnieją drzwi. „Mag Uzdrowienia”- głosi tabliczka wisząca na nich. Pukamy. Drzwi otwiera niska, szczupła kobieta i sięgających ziemi ciemnych warkoczach. Patrzy na nas krótką chwilę i zapraszającym gestem wskazuje nam wnętrze pomieszczenia. Wchodzimy. Duże nagie łóżko. Kilka krzeseł. Biurko. Zioła na ścianach. Światło. Zwykłe, wydawałoby się  słoneczne światło.
-Kto jest ranny?- pyta kobieta wysokim głosem, o jaki bym jej nie podejrzewała.
-Ona- odpowiada pero i pokazuje jej Kadmę. Kobieta wskazuje łóżko, po chwili Kadma już na nim leży. Ja i Pero siadamy na kanapie. Kobieta, podobnie jak wcześniej Pero, wypowiada dziwne słowa, wykonuje niezrozumiałe ruchy rękoma. Zamykają mi się oczy. Nie jestem w stanie utrzymać powiek. Głowa opada mi na ramię chłopaka. Czuję jego rękę na plecach. Uspokajający oddech. Bicie serca. W oddali szepty maga uzdrowiciela.  Zasypiam. Moje ciało rozluźnia się. Ktoś układa mnie na kanapie i przykrywa kocem. Rozbiera. Owiewa jakimiś chłodnymi, odświeżającymi oparami. W końcu czuję się naprawdę dobrze. Błogo. Znalazłyśmy magów. Znalazłyśmy pomoc. Znalazłyśmy. Odwracam się na bok, chcę dotknąć Pera, ale na kanapie jestem sama. Na łóżku leży Kadma. Przy biurku siedzi kobieta. Uśmiecha się do mnie.
-Adormecido- szepcze, a ja zasypiam. Śnię. Mam dobre sny.



Alicja Mazurek

12. Ku zwycięstwu


 Rozdział XII
"Ku zwycięstwu"


     Przedzieramy się przez zgliszcza gruzów i gałęzi. Im bliżej szkoły się znajdujemy, tym silniejsze jest moje przeczucie, że znajdziemy w niej co najwyżej kilka uciekających myszy. Miejsce sprawia wrażenie wymarłego od wielu lat zamczyska. Zupełnie jak w „Śpiącej Królewnie”. Oby i w tym przypadku wszystko dobrze się skończyło. Ale to przecież nie jest bajka…
                W końcu docieramy do ogromnej dziury, na miejscu której kiedyś były wielkie drzwi. Czuję chłód. Dostrzegam parę unoszącą się z moich ust, Kadma również wydycha powietrze różniące się temperaturą od powietrza, które nas otacza. Mam gęsią skórkę, zaczynam szczękać zębami. Nie mam pojęcia, dlaczego temperatura tak nagle spadła.
-To Zło. Zaczyna kłaść Wieczny Śnieg już nawet tutaj. Wieczny Śnieg… Gdy dojdzie do podziemi, na planecie przestanie istnieć Dobro. Ale damy radę, sama tak powiedziałaś – Kadma patrzy na mnie z   nadzieją i niemym błaganiem. Chcę ją uspokoić, ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Zaczynam czuć, że po prostu zamarzam. Rozcieram dłońmi ramiona.
-Chodź- mówi Kadma i zakłada mi rękę za plecy. Idziemy blisko siebie, co sprawia, że jest nam cieplej. Przekraczamy „próg” szkoły. Widok napawa mnie przerażeniem. Krew. Plamy krwi zmieszane z błotem i połyskujące dziwnym błękitnym światłem. Strzępy ubrań. Porozrzucane kartki książek. Połamane meble. Obdrapane ściany. W ;ewym kącie ogromnej Sali dostrzegam jakieś zdechłe zwierze, nad którym unoszą się owady. Smród. Kurz. Bród. I my mamy znaleźć tu magów, którzy nam pomogą? Przecież to…
-Tak, wiem, niemożliwe – dopowiada do moich myśli Kadma – Ale ty nie znasz magów. Nie znasz nas. Kiedyś też byliśmy tacy słabi jak ludzie. Jednak, gdy zaczęły się wojny, gdy Zło zaczęło panować, staliśmy się jak zwierzęta. Potrafimy przetrwać w prawie każdych warunkach. Ci, którzy przeżyli, pewnie już przeszli i stworzyli kryjówkę. Siedzą tam w ciszy i ciemności, wcale nie czują się bezpiecznie ani dobrze, ale żyją. Żyją i czekają na kogoś, kto poprowadzi ich ku zwycięstwu. A tym kim jesteś ty. TY. Więc przestań patrzeć tak, jakbyś właśnie zrezygnowała. Spróbuję wyczuć wibracje, a ty stworzysz przejście. Wiem, że potrafisz. Wszystko potrafisz, tylko sama o tym nie wiesz. A teraz bądź cicho, bo musze się skupić – Kadma zamyka oczy i rozkłada szeroko ręce. Ma mocno zaciśnięte usta, wydaje mi się, że w ogóle nie oddycha. Bije od niej ciepło. Coraz więcej ciepła. Powietrze wokół niej wręcz parzy. Odsuwam się i patrzę na nią jak zahipnotyzowana. Włosy dziewczyny falują. Lekko, coraz mocniej, są jakby targane przez wiatr towarzyszący chociażby sztormowi. Ale wyraz jej twarzy nie zmienia się. Wciąż ma tak samo zaciętą minę. Nagle gwałtownie podnosi powieki. Podskakuję wystraszona. Jej oczy są paląco czerwone. Wywołują kłujący ból w moim sercu. Patrzę prosto w nie. Moje wnętrzności palą się. Dym wydobywa się z moich oczu, uszu i ust. Kadma chce mnie zniszczyć. Czuję, że chce mnie zniszczyć. Jej spojrzenie jest przerażające, jestem pewna, ze nigdy go nie zapomnę. Wdziera się w głąb mnie, przeszywa każdą komórkę ciała, zakorzenia się w moim wnętrzu. Jej oczy. Mój wzrok. Nasze spojrzenia. Spojrzenie. Widzę siebie. Widzę oczami Kadmy. Boli. Pali. Coś rozdziera mnie od środka. Jestem Kadmą. Ja. Kadma. Upadam. Upadamy. Ukojenie, Głośne oddechy. Świszczący głos. Mój? Kadmy? Moje ręce drżą. Cała drżę. Ciało paruje. W żyłach pulsuje rozżarzona krew. Sprawia ból. Przyjemny ból. Żyję.
-Tam…- mówi Kadma. Unosi rękę, wskazuje na lewo, w stronę ciemnego korytarza, który w dziwny sposób nie został zniszczony. Może jednak wcale nie jest ciemny. To niebo. Ziemia. Wszystko zlewa się w jedno. Mrok. Wzrok zaczyna płatać mi figle. Ale żyję. Jestem głodna. Głowa Kadmy wisi bezradnie między ramionami. Ręka opada. Paznokcie wbijają się w brudne fragmenty połamanych płytek. Podłoga. Kiedyś stanowiły podłogę.
-Muszę… odpocząć…- syczy dziewczyna- Idź sama. Dołączę…- przerwa na oddech, zaciśnięcie pięści- …do ciebie. Szukaj ciepła. Gorącego podłoża. No idź!
                Nie wiem, co robić. Nie chcę iść sama. Nie chcę zostawić Kadmy samej. Razem, Miałyśmy trzymać się razem. Dziewczyna podnosi głowę. Przekrwione oczy. Spalone usta. Widoczne żyły na policzkach. Wstrząsa mną dreszcz. Nie mogę na nią patrzeć. Z trudem podnoszę się. Idę. Sunę noga za nogą. Ledwo unoszę stopy. Szelest łamanych gałązek. Przetaczanych kamieni. Przesuwających się śmieci. Chłód. Mam szukać ciepła. Zimno. Jest mi zimno. Zaczynam szczękać zębami. Może nie idę w dobrą stronę. Ale przecież to ją wskazała Kadma. Może to tylko sen. Może umieram.
Jestem głodna. Odwracam się. Kadma wciąż siedzi tam, gdzie ją zostawiłam. W identycznej pozycji. Odwraca głowę w moją stronę. Jej twarz wygląda normalnie. A przecież niedawno przypominała powstałą z grobu istotę. W tym świecie wszystko jest możliwe. Uśmiecha się. Ciepły, szczery uśmiech. Jej oczy się śmieją. Nie rozumiem. Powoli obracam się w kierunku, gdzie rzekomo znajduje się cel naszej „wyprawy”. Magowie. Chcę ich znaleźć. Zniżam się do pozycji na klęczkach. Poruszam się na czworaka. Podłoże zaczyna się robić cieplejsze. Drgawki ustępują. Czyżby to było to gorąco, o którym mówiła Kadma? Spoglądam na dłonie. Są brudne i mokre. Nie mam pojęcia, skąd wzięła się wilgoć. Wołam dziewczynę. Mój głos jest niski i ochrypły. Jestem głodna i spragniona. Jestem człowiekiem. Magiem. Człowiekiem. Potrzebuję jedzenia. I wody. Patrzę na dłonie. Brudna woda płynie w stronę łokci. Zbliżam do niej usta, zlizuję ją. Krew. Czuję krew. To nie woda. Moje dłonie są jedną wielką raną, a ja nie czuję bólu. Tylko palącą mieszaninę strachu, żalu, smutku i tęsknoty. Ból fizyczny. Pragnę bólu licznego.
Podchodzi do mnie Kadma.
-Brawo.- mówi i klepie mnie po plecach- Teraz tylko otwórz przejście. Znajdź magów.
-Jak?- pytam, kompletnie nie mam pojęcia, jak mam tego dokonać
-Pomyśl o magach. Zobacz ich. Pomyśl, po co chcesz się do nich dostać. Pomyśl o tym, czego chcesz. Uda ci się.
Zamykam oczy. Wyciszam umysł. Oddycham głęboko i powoli. Myślę o tym, co do tej pory przeżyłam. O tym, jak bardzo chcę znaleźć kogoś do pomocy. Oczami wyobraźni dostrzegam magów. Wesołych, szczęśliwych, bawiących się swą mocą. Bezwiednie unoszę ręce. Czuję bijące z nich ciepło. Jakąś tajemniczą siłę wypełniającą moje wnętrze. Uśmiecham się. Czuję się dobrze. Światło. Srebrny blask. Otwieram oczy. Przed nami zieje ciemna dziura, a na jej dalekim końcu widać maleńką srebrną poświatę. Jakby księżyc odbijał się w głębokiej studni.
Spoglądam na Kadmę. Uśmiecha się szeroko, widać jej równe zęby pokryte sadzą i popiołem. Zlepione włosy otaczają jej spoconą twarz. Jest piękna. Uśmiecha się. Uśmiech sprawia, że jest piękna.
                Przypominam sobie o Krzyśku. Jego uśmiech. Figlarne spojrzenie. Grzywka delikatnie opadające na ciemne oko. Czuję motylki w brzuchu. Śmieję się. Łapię Kadmę za rękę. Skaczemy do ciemnej otchłani. Spadamy. Spadamy ku zwycięstwu.



Alicja Mazurek