czwartek, 19 stycznia 2012

2. Biel, żar i odrodzenie

   Rozdział II
"Biel, żar i odrodzenie"

    Budzi mnie przeraźliwy ból głowy.  Jakby ktoś rytmicznie wbijał mi w czaszkę wielki gwóźdź. Z trudem podnoszę ciężkie jak ołów powieki. Mam zamiar wstać z łóżka i wziąć apap. Podnoszę się. Nie jestem w swoim pokoju. Przypominam sobie wydarzenia wczorajszego dnia. Dnia? A może to działo się zaledwie godzinę temu? Może minął tydzień? Miesiąc? Rok? Tracę poczucie czasu. Znowu czuję ucisk w klatce, robi mi się słabo, nogi się pode mną uginają, są jak z waty. Kręci mi się w głowie, widzę ciemne plamy. Próbuję się uspokoić.
    Siadam na łóżku. Jest dziwne, jak te w szpitalu, tak samo niewygodne, tak samo cuchnące chorobami i środkami chemicznymi. Podnoszę białe prześcieradło. Łóżko też jest białe. Biała kołdra, biała poduszka. Białe łóżko stojące na białej podłodze. Białe ściany. Dopiero teraz zauważam, że mam na sobie białą, długą koszulę z długimi rękawami. Za szeroką, zbyt sztywną, tak nieprzyjemną w dotyku. Drapie mi skórę.
    Unoszę lekko rękaw i widzę, że całą rękę mam pokrytą dziwnymi czerwonymi krostkami. Całe ciało zaczyna mnie swędzieć. Drapie się po rękach, nogach, brzuchu. Swąd wcale nie ustaje, wręcz przeciwnie, przybiera na sile. Na czoło występuje mi zimny pot. Całe ciało mam pokryte lodowatym potem. Skleja mi on włosy. Jest mi przeraźliwie zimno, wstrząsają mną drgawki. Nie mam pojęcia co się dzieje, ale czuję się tak bardzo źle. Jakbym umierała. Nie wiem jak czuje się umierający człowiek, ale mam nadzieję, że lepiej niż ja w tym momencie.
    Zaczynam się dusić. Próbuję zwilżyć wargi śliną, ale w ustach nie czuję żadnego płynu. Upadam na podłogę. Zimną białą śliską podłogę. Zaciskam pięści, wbijam paznokcie w uda. Czuję ból w brzuchu, palący ból, jakby ktoś wrzucił mi do jelit rozżarzone kawałki węgla. Moje ciało paruje. Unoszą się nad nim gorące opary. Z ust i nosa bucha wręcz ogień. Jestem przerażona. Chcę umrzeć, chcę umrzeć! Krzyczę, wydaję okropne zwierzęcę dźwięki, nie panuję nad tym, co robię. Przyciskam się do podłogi, jest zimna, gasi płomienie, które pożerają moje ciało.
    I nagle wszystko mija. Ból ustępuje. Temperatura organizmu wraca do normalności. Czuję, że jestem silniejsza, zdrowsza, nie czuję głodu ani pragnienia. Jakbym na nowo się narodziła. Wstaję z podłogi. Przebiegam wzrokiem po ścianach. Widzę jakby więcej. Dostrzegam, że nie są wcale jednolicie białe. Gdzieniegdzie pojawia się jakaś smuga zieleni czy fioletu. I słyszę głosy! Biegnę w ich kierunku. Dopadam do ściany. Nigdzie nie ma żadnych drzwi, ale głosy stają się wyraźniejsze. Przykładam ucho do ściany. Jest chłodna, ale przyjemna. I nagle krótki przeraźliwy ból w skroni. Widzę go. Tego samego mężczyznę. Blada twarz, czarne oczy, ciemna peleryna. Widzę go i słyszę.
-Jest silna, tak jak przypuszczałem. Jest bardzo silna. Jest nam potrzebna. - mówi dziwnie poważnym i głębokim głosem. Głosem, który sprawia, że moja skóra pokrywa się gęsią skórką.


Alicja Mazurek


1. Łóżka puste, idealnie pościelone

   Rozdział I
"Łóżka puste, idealnie pościelone"


   Jak zwykle zaspałam! Czy mama nie mogłaby mnie obudzić? Ale ona oczywiście chce sobie pospać. Co ją to obchodzi, że jej biedne dziecko o 6.30 wychodzi na autobus. Pół godziny! Tak, tyle mi zostało. Nie mam pojęcia jak zdążę, ale muszę. Właśnie, muszę, to jest najgorsze. Muszę, bo mam ten głupi sprawdzian z chemii. Nie rozumiem, do czego przyda mi się obliczanie masy molowej, albo stosunku masowego. Kto w ogóle wymyślił, że trzeba się uczyć chemii? Chyba tylko biochem lubi ten przedmiot, a i w to zaczynam powątpiewać.
    Szybko się myję, ubieram i schodzę na dół. Ciemno jak w katakumbach. Otwieram lodówkę, jak zwykle nic nie ma. No trudno, zadowolę się herbatą i ciastkiem. Pełnowartościowe śniadanie, nie ma co. W końcu wychodzę z domu. Dziwne, ale nigdzie nie widzę Lorda. Lord to mój pies. Coś jakby dalmatyńczyko- pekińczyko- kundel. Ale piękny jest. Ma długą białą sierść i czarne plamki gdzieniegdzie. I taki kochany pyszczek. Dziwne, że go nie ma, bo zwykle odprowadza mnie na sam przystanek. Może poszedł do swojej dziewczyny. 
    Wychodzę na ulicę. Ciemno i cicho. Nawet wiatru nie słychać. Nigdzie nie pali się światło. Nie słychać psów, które zwykle witają mnie na drodze głośnymi szczeknięciami. Nie słychać kogutów, które zwykle pieją, aby obudzić swoich właścicieli. Nie słychać nic. Jakby świat się zatrzymał. Albo jakbym nagle ogłuchła. To by tłumaczyło, dlaczego nie słyszałam budzika. Ale nie, ze słuchem mam wszystko w porządku, przecież szykując się do szkoły słuchałam AC/DC, mojego ulubionego zespołu.
    Dochodzę do przystanku. Nikogo na nim nie ma. Dziwne, zawsze oprócz mnie jest chociaż jedna osoba. Sklepy, to dziwne, ale w sklepach nie świeci się światło, kraty z drzwi nie zostały zdjęte. Dzisiaj wszystko jest jakieś dziwne. A może coś mi się pomyliło i wstałam kilka godzin wcześniej? 
    Zerkam na zegarek. 6. 47. Autobus już powinien być. Spóźnia się, ciekawe dlaczego. 6. 59. Do tej pory nie było żadnego autobusu. A powinny być trzy. Zauważam, że nie widziałam jeszcze żadnego samochodu. Nic nie widać, nic nie słychać. Mgła. Dziwna ciemność. I cisza. Cisza i pustka. Przerażający spokój. Jakby wszystkie żywe istoty wyginęły. Wszystkie oprócz mnie. A co z mamą? Co z braćmi? Pobiegnę do domu i wszystko się okaże. 
    Wchodzę do domu. Do sypialni mamy. Łóżko puste, idealnie pościelone. Mama pewnie spała z Michałem. Biegnę do Michała. Łóżko puste, idealnie pościelone. Konrad. Łóżko puste, idealnie pościelone. Babcia. Dziadek. Wujek. Ciocia. Łózka puste, idealnie pościelone. Puste łóżka. Łóżka puste. Idealnie pościelone. Pościelone idealnie. Co się stało?! Co się dzieje?! Dzwonię do Krzyśka, mojego chłopaka. Sygnał w telefonie. Nikt nie odbiera. Pusty, wrogo dźwięczący sygnał. Dzwonię do przyjaciółki. Nie odbiera. Nikt nie odbiera! Co się dzieje? Co się dzieje?! Może to tylko sen. Szczypię się mocno w ramię. Nic się nie dzieje. Nie budzę się. To nie sen. Jestem przerażona. Gdzie się podziali ludzie?! Panika. Czuję , że serce podchodzi mi do gardła. Za chwilę nic nie czuję. Serce. Brak serca. Przeraźliwy ból w klatce. Rozglądam się dookoła, widzę tylko ciemność. Świat zaczyna wirować. Osuwam się na podłogę. Dziwne światło. Oślepiający błękitny blask. Blada twarz. Czarny płaszcz. Oczy tak ciemne, że ich spojrzenie aż boli. Zimny uśmiech. Lodowata dłoń. Lodowata dłoń dotyka mojego ramienia. To tylko sen, to tylko głupi sen. Uśmiech. Białe nienaturalnie równe zęby. Sztuczny uśmiech. To tylko sen. Błysk w oku. Błysk światła. Ucisk w żołądku. Biel. Przerażają biel. To tylko sen, to tylko sen. Proszę, niech to będzie tylko sen...


Alicja Mazurek