Rozdział XIV
„Zło w końcu dopadnie
każdego”
Budzę
się rześka i wypoczęta. Przeciągam się. Nic mnie nie boli, czuję się jak nowo
narodzona. W pomieszczeniu jestem sama. Ściągam z siebie koc i powoli wstaję.
Mam na sobie za dużą męską koszulę i grube skarpety. Ciekawe czyja ta koszula.
Może… nie, nie, na pewno nie. Śmieję się. Prawie jak w domu. Podchodzę do
ogromnego lustra wiszącego na fioletowej ścianie. Dziwne, że wcześniej do nie
zauważyłam. Patrzę na swoje odbicie. Mam zaróżowione policzki, trzeźwe oczy, a
włosy pozostawione są w stylowym nieładzie. Zaczynam przypominać siebie. Tylko
ta okropna chudość… Uśmiecham się lekko i wracam do kanapy w poszukiwaniu
ubrania. Dostrzegam dżinsy, tenisówki i bluzkę, która w niemożliwy sposób
okazuje się za mała. Trudno, zakładam spodnie i buty, a na górze
pozostawiam koszulę. Ściągam włosy w
kucyk znalezioną w kieszeni spodni gumką. Wyglądam dziwnie, ale znośnie. Sama
nie wiem, dlaczego chciałabym się dobrze prezentować. Chodzi o Pera? Nie, nie
mogę o nim myśleć. Dlaczego wciąż dryfuje w mojej głowie?! Przecież mam
Krzyśka. Krzyśka, którego wygląd, zapach i smak powoli zaciera się w mej
pamięci…
Wzdycham
ciężko i wychodzę z pomieszczenia. Uderza mnie dźwięk rozmów, stukot obcasów,
naczyń. Ludzie. W końcu jacyś ludzie! Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak
bardzo brakowało mi większego towarzystwa. Szybkim krokiem idę w stronę Sali ze
stołami. Magowie. Dziesiątki magów. Chudzi, z ciałami przezroczystymi jak
kartki, lekcy jak piórka. Wręcz unoszą się nad podłogą. Rozmawiają, śmieją się,
jedzą dziwną zielonkawą papkę, niektórzy nawet oddają się dosyć intymnym
czynnościom. Na pozór panuje spokój i radość, ale w powietrzu czuć lęk, smutek,
zrezygnowanie. Nie mogę na to pozwolić. Nie mogę pozwolić, aby zagnieździł się
w nich paraliżujący strach. Przecież razem mamy pokonać Zło. Razem POKONAMY
Zło.
Próbuję
wzrokiem odnaleźć Pera lub Kadmę. Bezskutecznie. Wokół mnie znajduje się zbyt
wielu prawie identycznych osobników. Siadam na wolnej ławce i próbuję w myślach
porozumieć się z osobami, które chyba mogę zacząć nazywać przyjaciółki. Myślę o
nich, wysyłam krótkie komunikaty. „Jestem przy korytarzu prowadzącym do Maga
Uzdrowienia”. „Obudziłam się, gdzie
jesteście?” „Czekam”. Aż podskakuję, gdy słyszę głos Pera.
-Cześć, czemu się nie odzywałaś?
Jak się spało?- pyta i siada obok. A więc to raczej nie moje nawoływania go tu
sprowadziły. Cóż, trudno, będę musiała jeszcze trochę poćwiczyć. Może odrobinkę
więcej niż trochę.
-Cześć, dobrze. A ty co robiłeś?-
jest jeszcze piękniejszy, niż go zapamiętałam. Już nie zaciska ust, teraz cały
czas ułożone są w delikatnym uśmiechu. Zabawne iskierki wirują w jego oczach.
Ręką przeczesuje włosy. Ma na sobie ciemną, obcisłą bluzkę idealnie
podkreślającą fantastyczność jego mięśni. Zdaję sobie sprawę, że wgapiam się w
niego jak idiotka, ale nie potrafię przestać.
-A nic szczególnego. Pewnie
chciałabyś wiedzieć, gdzie jest twoja znajoma?
-No jasne!
-Hahaha, chodź ze mną. Kadma
czuje się tutaj jak ryba w wodzie. Szkoda, że wcześniej się nie znaliśmy-
stwierdza Pero i wstaje z ławki. Staję obok niego i razem lawirujemy wśród stolików
w poszukiwaniu mojej przyjaciółki. A więc znają już swoje imiona. I wydaje mi
się, że nie tylko. Nie chcę, ale jestem zazdrosna. Bez sensu, przecież jesteśmy
tylko znajomymi. Wprawdzie całowaliśmy się i wydawało mi się, że coś między
nami zaiskrzyło, no i w dodatku wcale nie mogę przestać o nim myśleć, ale
najwyraźniej dla Pera obmacywanie się z ledwo poznanymi dziewczynami to coś
normalnego. Może dla mężczyzn Sfery Magów to coś normalnego. Jestem wściekła.
Jak mogłam dać się tak zwieść?!
Zatrzymujemy
się. Przed nami stoi duża grupa ludzi. Patrzą na coś zachwyceni. Staję na
palcach i wtedy ją dostrzegam. Długie, czarne, lśniące włosy. Nieskazitelna
cera. Pełne czerwone usta. Zaciętość i seksowność ruchów i spojrzenia. Skąpy
strój podkreślający nieziemsko szczupłą talię, krągłe piersi. Kadma. Nie wierzę
własnym oczom. Ta dojrzała kobieta w niczym nie przypomina bezbronnej
dziewczynki znalezionej przeze mnie na śnieżnych polach. Nasze spojrzenia spotykają się. Kadma uśmiecha
się i przedziera przez tłum gapiów. Dopada do mnie, przytula mocno. Jestem
spięta, czuję się przy niej nic nie znaczącą istotą. A przecież to ja mam
uratować świat. Ja. Ja…?
-Flora! Znalazłyśmy magów!
Znalazłyśmy! Wiedziałam, że razem damy radę! Teraz pokonamy Noche, zniszczymy
Zło, wiem, że się nam uda!- wręcz krzyczy Kadma. Jest tak podniecona, ze nawet
nie zauważa, jaki wpływ jej słowa wywierają na zgromadzonych wokół magach.
Przerażenie w oczach. Paraliż w ciałach. Wstrzymanie oddechów. Cisza. Wokół nas
nagle zapanowuje przerażające cisza. Kadma patrzy na mnie zdziwiona, ale w
moich oczach nie odnajduje odpowiedzi na to, co właśnie się dzieje. Obwie
zwracamy głowy ku Perowi. Patrzy na nas z lękiem, po chwili spuszcza głowę. O
co chodzi?! Kadma postanawia przerwać dręczącą ciszę:
-Co się stało? Powiedziałam coś
złego?
Nikt nie odpowiada.
-Będzie teraz tak stać i gapić
się na nas jak na potwory> Chyba mamy prawo wiedzieć, dlaczego wizja
pokonania Noche tak na was zadziałała- staram się poprzeć Kadmę.
-Tu jest nam dobrze. Nie
potrzebujemy kolejnej wojny- stwierdza chłopiec o posturze dwunastolatka.
Reszta magów przytakuje. Nie wierzę, po prostu nie wierzę! Przeszłyśmy
praktycznie drogę do śmierci po to, aby znaleźć zwykłych tchórzów?
-Chyba sobie żartujecie. Dobrze
wam tu? W ciemnych, zimnych i mokrych lochach? Bez normalnego jedzenia? Bez
normalnego ŻYCIA? Myślicie, że Libertad by tego chciała? Chciałaby, żebyście
poddali się w decydującym momencie? Waszą misją jest niesienie pomocy światu!
Wiecie jak straszne było wyrwanie mnie z mojego bezpiecznego domu, umieszczenie
w świecie, gdzie nic nie jest tak, jak powinno, zniszczenie całego mojego
dotychczasowego spojrzenia na życie? Nie, nawet sobie tego nie wyobrażacie. I
chociaż jestem tylko zwykłym człowiekiem, będę walczyć ze Złem, a wy, wielcy
magowie, siedźcie z założonymi rękoma i czekajcie na gotowe, proszę bardzo!
Myślałam, że jesteście coś warci, ale najwyraźniej myliłam się. Nieważne, mam
was gdzieś. Poradzę sobie sama. SAMA! Libertad we mnie wierzy- wygłaszam
przemowę godną najlepszego mówcy. Odwracam się i dumnym krokiem podążam w
stronę drzwi, którymi jakiś czas temu weszłam z Perem. „Veneno”- mówię, a srebrne wrota otwierają się. Jestem tym
niezwykle zdziwiona, ale nie daję tego po sobie poznać. Znów jestem w szarym
zimnym pomieszczeniu. Nikt nie poszedł za mną. „Chcę stąd wyjść, chcę znaleźć
się na powierzchni!”- myślę i czuję wibracje w stopach i dłoniach. Zamykam
oczy, czuję pulsującą wściekłością krew. Unoszę się do góry, mija kilka sekund,
a w oczy uderza mnie oślepiający blask. Jestem w ruinach zamku. Nie wiem, jak
to się stało. Najwyraźniej wściekłość
sprawia, ze staję się prawdziwym magiem. Kapię kamienie, ze złością łamię
gałęzie- pozostałości po rosnących tu niegdyś pięknych drzewach i innych
roślinach. W głowie pojawiają mi się obrazy idyllicznego ogrodu, w którego
centrum stoi przepiękne pozłacane zamczysko. Dziwne kolorowe stworzenia,
fantastyczne śpiewy, oszałamiające zapachy. Raj. Przeszłość. Widzę to miejsce z
przeszłości. Wiem to.
-Czekałam na ciebie- słyszę za
sobą zimny, przerażający głos należący do istoty o niezidentyfikowanej płci.
Zamieram. Serce podchodzi mi do gardła. Po całym moim ciele przebiega upiorny
dreszcz, do nozdrzy dociera smród spalenizny. Powoli odwracam się. Nie jestem
zdziwiona. Wiedziałam, kogo zobaczę. Wiem, że nie zdołam uciec. Zło w końcu
dopadnie każdego.
Alicja Mazurek