sobota, 14 kwietnia 2012

14. Zło w końcu dopadnie każdego


Rozdział XIV
„Zło w końcu dopadnie każdego”

                Budzę się rześka i wypoczęta. Przeciągam się. Nic mnie nie boli, czuję się jak nowo narodzona. W pomieszczeniu jestem sama. Ściągam z siebie koc i powoli wstaję. Mam na sobie za dużą męską koszulę i grube skarpety. Ciekawe czyja ta koszula. Może… nie, nie, na pewno nie. Śmieję się. Prawie jak w domu. Podchodzę do ogromnego lustra wiszącego na fioletowej ścianie. Dziwne, że wcześniej do nie zauważyłam. Patrzę na swoje odbicie. Mam zaróżowione policzki, trzeźwe oczy, a włosy pozostawione są w stylowym nieładzie. Zaczynam przypominać siebie. Tylko ta okropna chudość… Uśmiecham się lekko i wracam do kanapy w poszukiwaniu ubrania. Dostrzegam dżinsy, tenisówki i bluzkę, która w niemożliwy sposób okazuje się za mała. Trudno, zakładam spodnie i buty, a na górze pozostawiam  koszulę. Ściągam włosy w kucyk znalezioną w kieszeni spodni gumką. Wyglądam dziwnie, ale znośnie. Sama nie wiem, dlaczego chciałabym się dobrze prezentować. Chodzi o Pera? Nie, nie mogę o nim myśleć. Dlaczego wciąż dryfuje w mojej głowie?! Przecież mam Krzyśka. Krzyśka, którego wygląd, zapach i smak powoli zaciera się w mej pamięci…
                Wzdycham ciężko i wychodzę z pomieszczenia. Uderza mnie dźwięk rozmów, stukot obcasów, naczyń. Ludzie. W końcu jacyś ludzie! Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo brakowało mi większego towarzystwa. Szybkim krokiem idę w stronę Sali ze stołami. Magowie. Dziesiątki magów. Chudzi, z ciałami przezroczystymi jak kartki, lekcy jak piórka. Wręcz unoszą się nad podłogą. Rozmawiają, śmieją się, jedzą dziwną zielonkawą papkę, niektórzy nawet oddają się dosyć intymnym czynnościom. Na pozór panuje spokój i radość, ale w powietrzu czuć lęk, smutek, zrezygnowanie. Nie mogę na to pozwolić. Nie mogę pozwolić, aby zagnieździł się w nich paraliżujący strach. Przecież razem mamy pokonać Zło. Razem POKONAMY Zło.
                Próbuję wzrokiem odnaleźć Pera lub Kadmę. Bezskutecznie. Wokół mnie znajduje się zbyt wielu prawie identycznych osobników. Siadam na wolnej ławce i próbuję w myślach porozumieć się z osobami, które chyba mogę zacząć nazywać przyjaciółki. Myślę o nich, wysyłam krótkie komunikaty. „Jestem przy korytarzu prowadzącym do Maga Uzdrowienia”.  „Obudziłam się, gdzie jesteście?” „Czekam”. Aż podskakuję, gdy słyszę głos Pera.
-Cześć, czemu się nie odzywałaś? Jak się spało?- pyta i siada obok. A więc to raczej nie moje nawoływania go tu sprowadziły. Cóż, trudno, będę musiała jeszcze trochę poćwiczyć. Może odrobinkę więcej niż trochę.
-Cześć, dobrze. A ty co robiłeś?- jest jeszcze piękniejszy, niż go zapamiętałam. Już nie zaciska ust, teraz cały czas ułożone są w delikatnym uśmiechu. Zabawne iskierki wirują w jego oczach. Ręką przeczesuje włosy. Ma na sobie ciemną, obcisłą bluzkę idealnie podkreślającą fantastyczność jego mięśni. Zdaję sobie sprawę, że wgapiam się w niego jak idiotka, ale nie potrafię przestać.
-A nic szczególnego. Pewnie chciałabyś wiedzieć, gdzie jest twoja znajoma?
-No jasne!
-Hahaha, chodź ze mną. Kadma czuje się tutaj jak ryba w wodzie. Szkoda, że wcześniej się nie znaliśmy- stwierdza Pero i wstaje z ławki. Staję obok niego i razem lawirujemy wśród stolików w poszukiwaniu mojej przyjaciółki. A więc znają już swoje imiona. I wydaje mi się, że nie tylko. Nie chcę, ale jestem zazdrosna. Bez sensu, przecież jesteśmy tylko znajomymi. Wprawdzie całowaliśmy się i wydawało mi się, że coś między nami zaiskrzyło, no i w dodatku wcale nie mogę przestać o nim myśleć, ale najwyraźniej dla Pera obmacywanie się z ledwo poznanymi dziewczynami to coś normalnego. Może dla mężczyzn Sfery Magów to coś normalnego. Jestem wściekła. Jak mogłam dać się tak zwieść?!
                Zatrzymujemy się. Przed nami stoi duża grupa ludzi. Patrzą na coś zachwyceni. Staję na palcach i wtedy ją dostrzegam. Długie, czarne, lśniące włosy. Nieskazitelna cera. Pełne czerwone usta. Zaciętość i seksowność ruchów i spojrzenia. Skąpy strój podkreślający nieziemsko szczupłą talię, krągłe piersi. Kadma. Nie wierzę własnym oczom. Ta dojrzała kobieta w niczym nie przypomina bezbronnej dziewczynki znalezionej przeze mnie na śnieżnych polach.  Nasze spojrzenia spotykają się. Kadma uśmiecha się i przedziera przez tłum gapiów. Dopada do mnie, przytula mocno. Jestem spięta, czuję się przy niej nic nie znaczącą istotą. A przecież to ja mam uratować świat. Ja. Ja…?
-Flora! Znalazłyśmy magów! Znalazłyśmy! Wiedziałam, że razem damy radę! Teraz pokonamy Noche, zniszczymy Zło, wiem, że się nam uda!- wręcz krzyczy Kadma. Jest tak podniecona, ze nawet nie zauważa, jaki wpływ jej słowa wywierają na zgromadzonych wokół magach. Przerażenie w oczach. Paraliż w ciałach. Wstrzymanie oddechów. Cisza. Wokół nas nagle zapanowuje przerażające cisza. Kadma patrzy na mnie zdziwiona, ale w moich oczach nie odnajduje odpowiedzi na to, co właśnie się dzieje. Obwie zwracamy głowy ku Perowi. Patrzy na nas z lękiem, po chwili spuszcza głowę. O co chodzi?! Kadma postanawia przerwać dręczącą ciszę:
-Co się stało? Powiedziałam coś złego?
Nikt nie odpowiada.
-Będzie teraz tak stać i gapić się na nas jak na potwory> Chyba mamy prawo wiedzieć, dlaczego wizja pokonania Noche tak na was zadziałała- staram się poprzeć Kadmę.
-Tu jest nam dobrze. Nie potrzebujemy kolejnej wojny- stwierdza chłopiec o posturze dwunastolatka. Reszta magów przytakuje. Nie wierzę, po prostu nie wierzę! Przeszłyśmy praktycznie drogę do śmierci po to, aby znaleźć zwykłych tchórzów?
-Chyba sobie żartujecie. Dobrze wam tu? W ciemnych, zimnych i mokrych lochach? Bez normalnego jedzenia? Bez normalnego ŻYCIA? Myślicie, że Libertad by tego chciała? Chciałaby, żebyście poddali się w decydującym momencie? Waszą misją jest niesienie pomocy światu! Wiecie jak straszne było wyrwanie mnie z mojego bezpiecznego domu, umieszczenie w świecie, gdzie nic nie jest tak, jak powinno, zniszczenie całego mojego dotychczasowego spojrzenia na życie? Nie, nawet sobie tego nie wyobrażacie. I chociaż jestem tylko zwykłym człowiekiem, będę walczyć ze Złem, a wy, wielcy magowie, siedźcie z założonymi rękoma i czekajcie na gotowe, proszę bardzo! Myślałam, że jesteście coś warci, ale najwyraźniej myliłam się. Nieważne, mam was gdzieś. Poradzę sobie sama. SAMA! Libertad we mnie wierzy- wygłaszam przemowę godną najlepszego mówcy. Odwracam się i dumnym krokiem podążam w stronę drzwi, którymi jakiś czas temu weszłam z Perem. „Veneno”- mówię, a srebrne wrota otwierają się. Jestem tym niezwykle zdziwiona, ale nie daję tego po sobie poznać. Znów jestem w szarym zimnym pomieszczeniu. Nikt nie poszedł za mną. „Chcę stąd wyjść, chcę znaleźć się na powierzchni!”- myślę i czuję wibracje w stopach i dłoniach. Zamykam oczy, czuję pulsującą wściekłością krew. Unoszę się do góry, mija kilka sekund, a w oczy uderza mnie oślepiający blask. Jestem w ruinach zamku. Nie wiem, jak to się stało.  Najwyraźniej wściekłość sprawia, ze staję się prawdziwym magiem. Kapię kamienie, ze złością łamię gałęzie- pozostałości po rosnących tu niegdyś pięknych drzewach i innych roślinach. W głowie pojawiają mi się obrazy idyllicznego ogrodu, w którego centrum stoi przepiękne pozłacane zamczysko. Dziwne kolorowe stworzenia, fantastyczne śpiewy, oszałamiające zapachy. Raj. Przeszłość. Widzę to miejsce z przeszłości. Wiem to.
-Czekałam na ciebie- słyszę za sobą zimny, przerażający głos należący do istoty o niezidentyfikowanej płci. Zamieram. Serce podchodzi mi do gardła. Po całym moim ciele przebiega upiorny dreszcz, do nozdrzy dociera smród spalenizny. Powoli odwracam się. Nie jestem zdziwiona. Wiedziałam, kogo zobaczę. Wiem, że nie zdołam uciec. Zło w końcu dopadnie każdego.


    Alicja Mazurek