Rozdział XIII
„Dobre sny”
Krzyk. Krzyczę. Prąd. Czuję, że
ktoś razi mnie prądem. Spoglądam na Kadmę. Wije się jak szalona, na jej ciele
widnieją elektryczne liny. Niebiesko-szare. Piłujące skórę. Muszę się tego
pozbyć. Muszę. Staram się odwrócić myśli od bólu, którego niedawno tak bardzo
pragnęłam. Próbuję skupić całą energię w jednym miejscu. Poczuć ciepło. Nie
wiem skąd, ale mam pewność, że to przyniesie pożądany skutek. Myślę o Krzyśku,
rodzinie, o świętach, które tak bardzo lubiłam, o cieple kominka, gorących
płomieniach buchających z jego wnętrza, o przyjaciołach, wspólnych chwilach.
Myślę o magach. O Zwycięstwie.
Czuję
ciepło w dole brzucha. Gorącą kulę, która rozszerza się na całe ciało. Wychodzi
na zewnątrz. Spala magiczne kajdany. Jestem wolna. Wyczerpana. Tyle wysiłku.
Ale nie mogę zapomnieć o Kadmie. Wstaję i wręcz podbiegam do niej. Wstrząsają
nią drgawki, już nie krzyczy, nie próbuje się uwolnić. Szeroko otwarte usta i
oczy. Poranione ciało. Muszę jej pomóc. Muszę jej pomóc, zanim… Nie chcę
dopuszczać do siebie tej myśli. Przecież magowie mieli być dobrzy, dlaczego
próbowali nas zabić?! Ale nie o tym powinnam teraz myśleć. Wyciągam ręce.
Dotykam nimi Kadmy. Jest upiornie gorąca. A przecież magowie są zimni. Ich
magia opiera się na cieple, a sami są tacy zimni.
Ciepło. Chcę wytworzyć ciepło.
Muszę to zrobić. Moje ręce płoną. Topią liny więżące dziewczynę. Jej ciało
rozluźnia się, oczy zamykają, usta niemo wołają pić. Już nic nie mogę zrobić,
nie potrafię wyleczyć ran, które zadał prąd. O ile to był prąd. Nieważne. To
teraz tak mało ważne. Kadma ledwo oddycha. Myślę o jakimś cudownym uzdrowieniu
i kładę na niej rękę. Nic. Wzywam Libertad. Nic. Myślę o lekarzach, szpitalach,
o mojej babci, która potrafiła uleczyć obrzydliwie śmierdzącymi ziołami. Nic.
Coraz słabszy oddech. Klatka piersiowa prawie wcale się nie porusza. Nie czuję
pulsu. Ocieram jej brudną i mokrą twarz. Nachylam się i oblizuję jej usta.
Łapczywie spija każdą maleńką kropelkę śliny. Odgarniam jej włosy z czoła.
Chcę, żeby zrobiło się jej chłodniej, ale ciało wciąż pozostaje ciepłe.
Zaciskam zęby, żeby tylko się nie
rozpłakać. To nic nie daje. Po policzkach spływają brudne łzy. Nie chcę, nie
mogę jej stracić! „Kurwa!”- krzyczę i uderzam pięściami w lodowate podłoże.
Srebrne i twarde. Wszystko wokół jest szare i lśniące. Piękne i zimne. Dlaczego
ten chłód nie może przejść na Kadmę?! Po co szukałyśmy magów? Żeby nas zabili?
To bez sensu. To wszystko jest bez sensu.
-Odsuń się- słyszę za sobą niski męsko głos. Serce podchodzi
mi do gardła. Powoli odwracam głowę. Widzę nieziemsko przystojnego mężczyznę.
Wyraźnie zarysowana szczęka. Duże oczy. Wąskie, zaciśnięte usta. Jasne włosy do
ramion, idealnie współgrające z iskrzącą się skórą. Muskularne ramiona, nagi
umięśniony tors.
-Odsuń się- powtarza, a ja spełniam jego rozkaz. Podchodzi
do Kadmy, klęka przy niej. Zamyka oczy. trzyma nad nią ręce. Jego usta
poruszają się w rytm nieznanych mi słów. Rany na ciele dziewczyny zmniejszają
się. Znikają. Kadma coś przełyka, chociaż nie widzę, żeby piła. Zamyka usta,
ale nie otwiera oczu. jej klatka piersiowa zaczyna poruszać się tak, jak
powinna. Mężczyzna bierze ją na ręce, unosi jak piórko. Patrzy mi prosto w
oczy, czuję ciarki na plecach.
-Jestem magiem Bueno. Moje imię to Peruwius. Pero. Wybacz,
ale musimy być ostrożni, stąd zaklęcie electricidad.
Chodź za mną.
Daję mu
znak głową, że się zgadzam. Trzymam się blisko chłopaka, czuję bijące od niego
ciepło. Mam ochotę go dotknąć, sprawdzić czy jest prawdziwy. Drzwi w srebrnej
ścianie. Dopiero teraz je zauważam. Abrir.
Ciemny, wąski korytarz, Szereg dziwnych słów. Kolejne drzwi. Veneno.
-To tylko hasło – mówi Pero i uśmiecha się. Nie wiem, o co
mu chodzi, ale przypuszczam, że veneno w
języku magów oznacza coś śmiesznego.
-Nie jesteś stąd, prawda?- odzywa się po raz kolejny mag.
Wchodzimy do dużej Sali ze stołami i ławami na środku.
-Prawda. Jestem Flora. Aśka. Eh… Aśka to moje ludzkie imię,
ale nazywam się Flora, bo jestem córką Noche. Wprawdzie nawet jej nie znam i
jakoś ciężko mi w to uwierzyć, ale skoro Libertad tak twierdzi… W każdym razie
ponoć jestem dobra, ha ha- śmieję się głupkowato i rumienię. Co ten facet ze
mną robi?! Zapominam, że powinnam oddychać. Jest taki… fascynujący, fanstatyczny!
W głowie pojawiają mi się obrazy jego warg muskających moje usta, całujących je
namiętnie. Krzysiek. Przypominam sobie o Krzyśku. Nie powinnam tak myśleć o
jakimkolwiek innym facecie. Choćby był prawie bogiem.
Czytanie
w myślach. No nie! Przecież on czyta w moich myślach! Jestem tak czerwona, że
bardziej się już chyba nie da. Spoglądam na niego nieśmiało, ale nic nie
wskazuje na to, żeby znał moje pragnienia. Idiota z ciebie. Nic. Chcę się z
tobą kochać. Nic. Jestem nimfomanką. Lubię pić wywar z trawy. Nic. O co chodzi?
-Czytasz w moich myślach?- pytam, chcąc rozwiać wszystkie
wątpliwości.
-Nie, przecież chronisz się barierą- odpowiada i znów
zniewalająco się uśmiecha. Oddycham z ulgą, a więc mogę się rozkoszować
grzesznymi myślami z nim roli głównej do woli. Nie rozumiem, jakim cudem pojawiła
się bariera, ale nie mam zamiaru tego roztrząsać. – Ale i tak wiem, że na mnie
lecisz, bo gdy myślisz o mnie W TEN sposób, robisz się bardzo gorąca- odpowiada,
puszcza mi oczko i kieruje się w stronę jednego z korytarzy odchodzących z
wielkiej sali. Pięknie! Co za bezczelny facet! A jaki pewny siebie! I, do
cholery, dlaczego tak pociągający?! Wzdycham ciężko i idę za nim. Na podłodze
dostrzegam małą kałużę. Aż podskakuję, gdy widzę odbijającą się w niej postać.
Poszarpane ubranie. Szczupłe, wręcz wychudzone ciało. Brudne i poranione
ramiona wystające zza peleryny. Podkrążone oczy. Szara cera. Spierzchnięte
usta. Włosy przypominające brudnego mopa. To ja. Wyglądam jak śmierć. Jestem
tak bardzo wyczerpana. Głód. Znów daje o sobie znać. Ból stał mi się tak
bliski, ze nawet go nie czuję.
-Flora, idziesz?- dochodzi do mnie jakby z oddali zatroskany
głos Pera.
-Tak, tak…- odpowiadam, ale nie ruszam się z miejsca. Słyszę
kroki. W odbiciu widzę Pera. Ideał. Całkowite przeciwieństwo mnie. Stoi i
uśmiecha się. Nie ma na rękach Kadmy.
-Gdzie Kadma?- pytam
-Położyłem ją na stole. Wiesz, ona wcale nie jest taka
lekka- mówi i próbuje mnie rozbawić. Obejmuje mnie od tyłu. zamykam oczy. Czuję
się bezpiecznie. Ale to przecież obecność Krzyśka powinna tak na mnie działać.
Może to przez tęsknotę. Nie chcę się teraz nad tym zastanawiać. Nie chcę myśleć
o Krzyśku. Wtulam się w mężczyznę całym ciałem. On odwraca mnie przodem do
siebie. Patrzy mi głęboko w oczy. Rozchyla wargi. Nachyla się. Składa na mych
ustach delikatny pocałunek. Nie opieram się, wręcz przeciwnie, przyciągam go do
siebie. Jego usta są gorące, niosą ukojenie i przyjemność. Odrywamy się od
siebie.
-Musimy iść- szepcze gardłowym głosem Pero i przesuwa dłonią
po moich nienaturalnie chudych plecach. Odchodzi w stronę Kadmy. Źródło ciepła
znika.
Idę za
nim. Nie wiem, dlaczego zgodziłam się na ten pocałunek. Nie wiem, dlaczego pero
go zainicjował. Nic nie wiem. Ale powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać. W
tym świecie jestem tylko głupią i zagubioną dziewczynką. Patrzę na chłopaka.
Porusza się niczym anioł. Jego mięśnie harmonijnie napinają się, sprawiają że
prawie lata. Jest idealny.
Wchodzimy
do niebieskawego korytarza, Na jego końcu widnieją drzwi. „Mag Uzdrowienia”-
głosi tabliczka wisząca na nich. Pukamy. Drzwi otwiera niska, szczupła kobieta
i sięgających ziemi ciemnych warkoczach. Patrzy na nas krótką chwilę i
zapraszającym gestem wskazuje nam wnętrze pomieszczenia. Wchodzimy. Duże nagie
łóżko. Kilka krzeseł. Biurko. Zioła na ścianach. Światło. Zwykłe, wydawałoby
się słoneczne światło.
-Kto jest ranny?- pyta kobieta wysokim głosem, o jaki bym
jej nie podejrzewała.
-Ona- odpowiada pero i pokazuje jej Kadmę. Kobieta wskazuje
łóżko, po chwili Kadma już na nim leży. Ja i Pero siadamy na kanapie. Kobieta, podobnie
jak wcześniej Pero, wypowiada dziwne słowa, wykonuje niezrozumiałe ruchy
rękoma. Zamykają mi się oczy. Nie jestem w stanie utrzymać powiek. Głowa opada
mi na ramię chłopaka. Czuję jego rękę na plecach. Uspokajający oddech. Bicie
serca. W oddali szepty maga uzdrowiciela.
Zasypiam. Moje ciało rozluźnia się. Ktoś układa mnie na kanapie i
przykrywa kocem. Rozbiera. Owiewa jakimiś chłodnymi, odświeżającymi oparami. W
końcu czuję się naprawdę dobrze. Błogo. Znalazłyśmy magów. Znalazłyśmy pomoc.
Znalazłyśmy. Odwracam się na bok, chcę dotknąć Pera, ale na kanapie jestem
sama. Na łóżku leży Kadma. Przy biurku siedzi kobieta. Uśmiecha się do mnie.
-Adormecido-
szepcze, a ja zasypiam. Śnię. Mam dobre sny.
Alicja Mazurek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za przeczytanie i skomentowanie! Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczy Twoja opinia, drogi Czytelniku! Cieszę się, że jesteś ze mną :)