Rozdział XII
"Ku zwycięstwu"
Przedzieramy się przez zgliszcza gruzów i gałęzi. Im bliżej
szkoły się znajdujemy, tym silniejsze jest moje przeczucie, że znajdziemy w
niej co najwyżej kilka uciekających myszy. Miejsce sprawia wrażenie wymarłego
od wielu lat zamczyska. Zupełnie jak w „Śpiącej Królewnie”. Oby i w tym
przypadku wszystko dobrze się skończyło. Ale to przecież nie jest bajka…
W końcu
docieramy do ogromnej dziury, na miejscu której kiedyś były wielkie drzwi.
Czuję chłód. Dostrzegam parę unoszącą się z moich ust, Kadma również wydycha
powietrze różniące się temperaturą od powietrza, które nas otacza. Mam gęsią
skórkę, zaczynam szczękać zębami. Nie mam pojęcia, dlaczego temperatura tak
nagle spadła.
-To Zło. Zaczyna kłaść Wieczny Śnieg już nawet tutaj.
Wieczny Śnieg… Gdy dojdzie do podziemi, na planecie przestanie istnieć Dobro.
Ale damy radę, sama tak powiedziałaś – Kadma patrzy na mnie z nadzieją i niemym
błaganiem. Chcę ją uspokoić, ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk.
Zaczynam czuć, że po prostu zamarzam. Rozcieram dłońmi ramiona.
-Chodź- mówi Kadma i zakłada mi rękę za plecy. Idziemy
blisko siebie, co sprawia, że jest nam cieplej. Przekraczamy „próg” szkoły.
Widok napawa mnie przerażeniem. Krew. Plamy krwi zmieszane z błotem i
połyskujące dziwnym błękitnym światłem. Strzępy ubrań. Porozrzucane kartki
książek. Połamane meble. Obdrapane ściany. W ;ewym kącie ogromnej Sali
dostrzegam jakieś zdechłe zwierze, nad którym unoszą się owady. Smród. Kurz.
Bród. I my mamy znaleźć tu magów, którzy nam pomogą? Przecież to…
-Tak, wiem, niemożliwe – dopowiada do moich myśli Kadma –
Ale ty nie znasz magów. Nie znasz nas. Kiedyś też byliśmy tacy słabi jak
ludzie. Jednak, gdy zaczęły się wojny, gdy Zło zaczęło panować, staliśmy się
jak zwierzęta. Potrafimy przetrwać w prawie każdych warunkach. Ci, którzy
przeżyli, pewnie już przeszli i stworzyli kryjówkę. Siedzą tam w ciszy i
ciemności, wcale nie czują się bezpiecznie ani dobrze, ale żyją. Żyją i czekają
na kogoś, kto poprowadzi ich ku zwycięstwu. A tym kim jesteś ty. TY. Więc przestań
patrzeć tak, jakbyś właśnie zrezygnowała. Spróbuję wyczuć wibracje, a ty
stworzysz przejście. Wiem, że potrafisz. Wszystko potrafisz, tylko sama o tym
nie wiesz. A teraz bądź cicho, bo musze się skupić – Kadma zamyka oczy i
rozkłada szeroko ręce. Ma mocno zaciśnięte usta, wydaje mi się, że w ogóle nie
oddycha. Bije od niej ciepło. Coraz więcej ciepła. Powietrze wokół niej wręcz
parzy. Odsuwam się i patrzę na nią jak zahipnotyzowana. Włosy dziewczyny
falują. Lekko, coraz mocniej, są jakby targane przez wiatr towarzyszący
chociażby sztormowi. Ale wyraz jej twarzy nie zmienia się. Wciąż ma tak samo
zaciętą minę. Nagle gwałtownie podnosi powieki. Podskakuję wystraszona. Jej
oczy są paląco czerwone. Wywołują kłujący ból w moim sercu. Patrzę prosto w nie.
Moje wnętrzności palą się. Dym wydobywa się z moich oczu, uszu i ust. Kadma
chce mnie zniszczyć. Czuję, że chce mnie zniszczyć. Jej spojrzenie jest przerażające,
jestem pewna, ze nigdy go nie zapomnę. Wdziera się w głąb mnie, przeszywa każdą
komórkę ciała, zakorzenia się w moim wnętrzu. Jej oczy. Mój wzrok. Nasze
spojrzenia. Spojrzenie. Widzę siebie. Widzę oczami Kadmy. Boli. Pali. Coś rozdziera
mnie od środka. Jestem Kadmą. Ja. Kadma. Upadam. Upadamy. Ukojenie, Głośne
oddechy. Świszczący głos. Mój? Kadmy? Moje ręce drżą. Cała drżę. Ciało paruje.
W żyłach pulsuje rozżarzona krew. Sprawia ból. Przyjemny ból. Żyję.
-Tam…- mówi Kadma. Unosi rękę, wskazuje na lewo, w stronę
ciemnego korytarza, który w dziwny sposób nie został zniszczony. Może jednak
wcale nie jest ciemny. To niebo. Ziemia. Wszystko zlewa się w jedno. Mrok.
Wzrok zaczyna płatać mi figle. Ale żyję. Jestem głodna. Głowa Kadmy wisi
bezradnie między ramionami. Ręka opada. Paznokcie wbijają się w brudne
fragmenty połamanych płytek. Podłoga. Kiedyś stanowiły podłogę.
-Muszę… odpocząć…- syczy dziewczyna- Idź sama. Dołączę…-
przerwa na oddech, zaciśnięcie pięści- …do ciebie. Szukaj ciepła. Gorącego
podłoża. No idź!
Nie
wiem, co robić. Nie chcę iść sama. Nie chcę zostawić Kadmy samej. Razem,
Miałyśmy trzymać się razem. Dziewczyna podnosi głowę. Przekrwione oczy. Spalone
usta. Widoczne żyły na policzkach. Wstrząsa mną dreszcz. Nie mogę na nią
patrzeć. Z trudem podnoszę się. Idę. Sunę noga za nogą. Ledwo unoszę stopy.
Szelest łamanych gałązek. Przetaczanych kamieni. Przesuwających się śmieci.
Chłód. Mam szukać ciepła. Zimno. Jest mi zimno. Zaczynam szczękać zębami. Może
nie idę w dobrą stronę. Ale przecież to ją wskazała Kadma. Może to tylko sen.
Może umieram.
Jestem głodna. Odwracam się.
Kadma wciąż siedzi tam, gdzie ją zostawiłam. W identycznej pozycji. Odwraca
głowę w moją stronę. Jej twarz wygląda normalnie. A przecież niedawno
przypominała powstałą z grobu istotę. W tym świecie wszystko jest możliwe.
Uśmiecha się. Ciepły, szczery uśmiech. Jej oczy się śmieją. Nie rozumiem.
Powoli obracam się w kierunku, gdzie rzekomo znajduje się cel naszej „wyprawy”.
Magowie. Chcę ich znaleźć. Zniżam się do pozycji na klęczkach. Poruszam się na
czworaka. Podłoże zaczyna się robić cieplejsze. Drgawki ustępują. Czyżby to
było to gorąco, o którym mówiła Kadma? Spoglądam na dłonie. Są brudne i mokre.
Nie mam pojęcia, skąd wzięła się wilgoć. Wołam dziewczynę. Mój głos jest niski
i ochrypły. Jestem głodna i spragniona. Jestem człowiekiem. Magiem.
Człowiekiem. Potrzebuję jedzenia. I wody. Patrzę na dłonie. Brudna woda płynie
w stronę łokci. Zbliżam do niej usta, zlizuję ją. Krew. Czuję krew. To nie
woda. Moje dłonie są jedną wielką raną, a ja nie czuję bólu. Tylko palącą
mieszaninę strachu, żalu, smutku i tęsknoty. Ból fizyczny. Pragnę bólu licznego.
Podchodzi do mnie Kadma.
-Brawo.- mówi i klepie mnie po plecach- Teraz tylko otwórz
przejście. Znajdź magów.
-Jak?- pytam, kompletnie nie mam pojęcia, jak mam tego
dokonać
-Pomyśl o magach. Zobacz ich. Pomyśl, po co chcesz się do
nich dostać. Pomyśl o tym, czego chcesz. Uda ci się.
Zamykam oczy. Wyciszam umysł. Oddycham głęboko i powoli.
Myślę o tym, co do tej pory przeżyłam. O tym, jak bardzo chcę znaleźć kogoś do
pomocy. Oczami wyobraźni dostrzegam magów. Wesołych, szczęśliwych, bawiących
się swą mocą. Bezwiednie unoszę ręce. Czuję bijące z nich ciepło. Jakąś
tajemniczą siłę wypełniającą moje wnętrze. Uśmiecham się. Czuję się dobrze.
Światło. Srebrny blask. Otwieram oczy. Przed nami zieje ciemna dziura, a na jej
dalekim końcu widać maleńką srebrną poświatę. Jakby księżyc odbijał się w
głębokiej studni.
Spoglądam na Kadmę. Uśmiecha się
szeroko, widać jej równe zęby pokryte sadzą i popiołem. Zlepione włosy otaczają
jej spoconą twarz. Jest piękna. Uśmiecha się. Uśmiech sprawia, że jest piękna.
Przypominam
sobie o Krzyśku. Jego uśmiech. Figlarne spojrzenie. Grzywka delikatnie
opadające na ciemne oko. Czuję motylki w brzuchu. Śmieję się. Łapię Kadmę za
rękę. Skaczemy do ciemnej otchłani. Spadamy. Spadamy ku zwycięstwu.
Alicja Mazurek

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za przeczytanie i skomentowanie! Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczy Twoja opinia, drogi Czytelniku! Cieszę się, że jesteś ze mną :)