Rozdział XVIII
"Władza"
Przede mną leży Pero. Martwy
Pero. Nie porusza się. Grymas na twarzy. Otwarte oczy. Przekrwione źrenice. W
tęczówka maluje się strach i przerażenie. Zasłużył na to. Zdradził mnie. Wydał
mnie Noche. Wydał mnie Złu. Teraz jestem zła. Przez niego jestem zła. Silna.
Tak silna, jak nikt inny. Spoglądam w oczy Noche. Śmieje się, jej oczy się
śmieją. Widzę, że jest ze mnie dumna, że tego właśnie pragnęła.
-Jesteś głupia- mówię i puszczam do niej
oczko, a następnie pstrykam palcami i znikam. Zanoszę się śmiechem. To było
prostsze, niż myślałam.
Jestem
na polanie pokrytej złotym pyłem. Wiem, czego szukam, kogo szukam. Doskonale
zdaję sobie sprawę, że oto nadszedł czas na ostateczną konfrontację. Wołam ją.
Wzywam po imieniu. Zjawia się. Przybrana w srebrną suknię plecioną jakby
pajęczą nicią. Wykrzywia twarz w okrutnym uśmiechu. Wiedziałam. Wiedziałam, że
to wszystko jest ohydną intrygą. Ale teraz to ja jestem górą. Chcieli mnie
posiąść dla siebie, teraz to ja posiądę ich. Zniszczę ten obłudny świat.
Libertad nie zdawała sobie sprawy, że stanę się taka silna. Że Istota naprawdę
do mnie przemówi. Że to ja stanę się Istotą. Libertad… Głupia Libertad. A
wydawała się taka miła. Nie mogę uwierzyć, że dałam się omamić. Przecież ponoć
od początku miałam jakąś moc. Mam tego dosyć. Dosyć Zła i Dobra, które ciągle
próbują przeciągnąć mnie na swoją stronę. To bez sensu. Jakby nie mogły żyć w
zgodzie. Co to za człowiek, w którym nie ma krzty dobra lub zła? Czy jesteśmy w
stanie funkcjonować będąc chodzącymi ideałami? Bądź istnymi szatanami? Nie ma
Dobra bez Zła, nie ma Zła bez Dobra. Szkoda, że ani Libertad ani Noche tego nie
rozumiały. Trudno. Teraz już za późno. Już nie zrozumieją. Przykro mi, ale z
drugiej strony cieszę się. Na świecie panuje zbyt duży bałagan. Potop. Tak,
właśnie tak. Potopu świat potrzebuje. Stworzenia na nowo. Równowagi. Zgody
wśród wszystkich pięciu Sfer. Lśniąca srebrzyście Kadma podchodzi do mnie. Lśniąca
srebrzyście Kadma. Dlaczego jej zaufałam? Ale przecież wydawała się taka
prawdziwa. Sługus Libertad. Libertad, która zatraciła się w swojej władzy.
Istota powiedziała, że mam sprawić, aby Dobro wiodło prym. Właśnie. Dobro, nie
Libertad.
-Skąd wiedziałaś, że mnie tu znajdziesz? I
co tu robisz? Kim… kim ty jesteś? – pyta Kadma, ale ja nie daję się zwieść.
-Dobrze wiesz, kim jestem. Jestem Istotą.
Istotą, która sprawi, że na świecie w końcu będzie tak, jak miało być od
początku. Raczej powiedz mi, kim ty jesteś? Co takiego przekazała ci Libertad w
testamencie? No, mów! – przestaję nad sobą panować. Zaciskam silną dłoń na szyi
Kadmy. Przerażająco gorącej szyi Kadmy.
-Puść mnie! Libertad… Libertad wiedziała,
co robi! I ja też wiem! Nie ty powinnaś zostać Istotą! Ehhh, żałuję, że ona
wcześniej cię nie zniszczyła. Tak, miała za mało siły, wiem, ale przecież na
początku byłaś słaba, niczego nieświadoma… Nieważne, teraz to ja zniszczę
ciebie. Wiem, że nie poddasz się bez walki. Ale ty jesteś sama. A ja… - Kadma
urywa. Moja dłoń już jej nie dusi. Ziemia rozstępuje się i ukazuje widok, który
mrozi mi krew w żyłach. Krew w żyłach… Nawet nie wiem czy ona wciąż tam płynie.
Tłumy magów. Oczy płonące nienawiścią. Nogi mocno ugięte. Wargi obnażające
zęby. Warczenie wydobywające się z gardeł. To już nie są zwykli magowie.
-Co… co ty im zrobiłaś? – pytam gardłowym
szeptem. Boję się i nie potrafię nad tym zapanować.
-Hahaha! Libertad wiedziała, jak nas
odpowiednio zabezpieczyć. Zresztą, ty nic o nas nie wiesz! Znasz historię
Istoty, która już od dawna bała się patrzeć na to, co stworzyła. Jej dzieło
zaczęło wymykać się jej spod kontroli. Mutacje, zmiany, mieszanie ras. I tak
oto powstaliśmy MY. Nie zwykli magowie, jesteśmy kimś więcej. Nie mamy nazwy,
ale po co? Wkrótce tylko my będziemy chodzić po świecie. Staniemy się królami.
Władcami. Właśnie. Może powinniśmy nazywać się... – Kadma nie kończy, bo
ciskam w nią zaklęciem. Rozkładam szeroko ręce i wykrzykuję śmiertelne słowa.
Dziewczyna nie spodziewa się tego, ale zdąża się uchylić. Ryk wściekłości.
-Zabijcie sukę!!!!!!! – krzyczy, a echo
jej słów wypełnia całe otaczające nas powietrze. Czuje, że przygniata mnie jego
ciężar. Magowie pędzący w moją stronę. Zaklęcia rzucane raz za razem. Próbuję
stworzyć tarczę ochronną. Obrywam. Kilkanaście razy. Boję się. Nie wiem, co mam
robić. Na ślepo wykrzykuję wszystkie zaklęcia, jakie tylko przychodzą mi do
głowy. Czuję, że słabnę. Błękitny płyn sączy się z mego boku.
Przede mną roztacza się prawdziwe pole bitwy.
Magowie, a raczej zmutowane istoty, zwracają się przeciwko sobie. Kadma
krzyczy, że mają mnie zabić, ale oni jakby w amoku słyszą tylko swoje własne
myśli. Złociste poler coraz bardziej pokrywa się różnokolorowymi cieczami. To
krew, krew tych straszliwych mutantów. Nagle zdaję sobie sprawę, że to właśnie
moja szansa. Że właśnie teraz mogę zadać śmiertelny cios Kadmie. Raz na zawsze
zlikwidować władzę. Sprawić, aby na świecie panowało prawdziwe Dobro, a
prawdziwie Zło stało u Jego boku. Szukam jej wzrokiem i w końcu ją znajduję.
Jej srebrna suknia teraz przypomina raczej porwany łachman żebraka. Mnóstwo ran
na ciele. Ciele…? Teraz dostrzegam, że to jakby smuga dymu, Kadma to raczej
duch, jak zabić ducha? Ale skoro tamci potrafili zadać jej takie ciosy,
dlaczego ja mam tego nie zrobić? Ale zaraz. Przecież nikt w nią nie uderza,
nikt jej nie atakuje, a na jej twarzy wciąż widnieje ból, z gardła wydobywa się
szloch, a ciałem wstrząsają torsje. To zdrada… Tak, to zdrada podwładnych ją
niszczy. A więc z tego powodu umarła też Libertad. Tak naprawdę zdradzona i
opuszczona. Zbliżam się do Kadmy. Znika. Już prawie jej nie widać. A więc
pozwolę, aby zginęła bez mojej pomocy. Patrzy na mnie. W jej oczach dostrzegam
łzy. Skruchę? Nie, wydaje mi się. Kadma nie jest istotą, która może panować.
Nikt z ludzi, magów czy zwierząt nie może panować. Takie prawo ma tylko Dobro,
Miłość, Przyjaźń, Wiara, Nadzieja… Nawet Istota może tylko tworzyć i bronić
tego, co stworzyła. Ostatni raz spoglądam na cień Kadmy. Po chwili nie ma już
nawet cienia. Nic w związku z tym nie czuję. Może Istota nic nie czuje?
Walczący magowie. A więc zapomnieli, po co
została wszczęta wojna. Nikt już nie celuje we mnie. Na polu więcej trupów niż
żywych. Powybijają się dla władzy. Pozwolę im na to. Niech zapłacą za błędy.
Tamta kobieta jest bardzo podobna do mojej mamy. O, a tamten facet to istny
Krzysiek. Jego spojrzenie na chwile spotyka się z moim. Przecież był z Noche.
Wraca. Czas się zatrzymuje. Przecież był z Noche! To Krzysiek. A tamta kobieta
to moja matka. Nie mogę pozwolić, aby zginęli, nie oni… Ale przecież Krzysiek
mnie zdradził. Przecież nic do niego nie czułam. Nie prawda. Czułam. I nadal
czuję. Biegnę w ich stronę. Teraz mutanty nagle przypominają sobie o mnie.
Muszę się bronić.
Nie wszyscy są bestiami. Wielu wśród nich
zwykłych magów. Zwykłych ludzi. Bronią mnie. Tak, bronią mnie! A więc
sprzeciwili się Kadmie, aby mi pomóc. Ogarnia mnie tak wielka fala radości, że
nie zauważam lecącej w moją stronę zielonej smugi. Padam, a moje ciało
przeszywają dreszcze. Robi mi się nieziemsko zimno. Jakby całe moje wnętrze
nagle zamarzło. Widzę pędzącego w moją stronę Krzyśka. Jego oczy. Usta. Tak
blisko moich ust. Niemy krzyk. A może wcale nie niemy. Bo nagle wszystko
ucichło. Ktoś wyłączył dźwięk. I powoli wyłącza światło. Powoli, powolutku…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za przeczytanie i skomentowanie! Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczy Twoja opinia, drogi Czytelniku! Cieszę się, że jesteś ze mną :)