niedziela, 27 maja 2012

Gość

   Witajcie, kochani Czytelnicy. Długo nie pisałam. Nawał zajęć. Szkoła. Lekcje. Dom. A gdy znajdę chwilę wolnego, po prostu idę spać. Ewentualnie biegnę do mojego drugiego domu- mieszkania znajdującego się zaledwie kilka metrów od mojego, domu mojej przyjaciółki.
   Dzisiaj dodam coś innego. W głowie krąży mi tyle pomysłów, że nie jestem w stanie ich zapisać. Nie potrafię ich zatrzymać, gdy już zaczną wylewać się na 'papier'. 


"Szczęście"

Zatrzymane w spojrzeniu brązowych oczu
w silnym uścisku mocnych ramion
w palącym pocałunku rozgrzanych warg
w uśmiechu oczu ust i policzków
w długich rzęsach zabawnie łaskoczących skórę
w delikatnie silnych dłoniach poznających mapę ciała
w gorącym szepcie omiatającym różowy płatek ucha
w czułym objęciu dającym poczucie bezpieczeństwa
w oszałamiającym oddechu smaku zapachu wypełniającym całą przestrzeń

Szczęście zatrzymane w Tobie
ukryte w naszym małym świecie
pełnym wielu kilometrów
zmęczenia ciała
tęsknoty

pewności


    Nawet nie wiem, jak to nazwać. Wiersz? Raczej zlepek myśli. Rozbieganych. Emocji. Drżenia. Delikatności. Uczuć. Trwamy w tym związku już od 23 lipca 2009 roku. To bardzo długo. Bardzo długo, a jednocześnie tak krótko. Wiemy o sobie tak wiele, a jednocześnie wciąż dowiadujemy się czegoś nowego. Prawie każdy dzień wygląda tak samo, a jednak nie ma w tym rutyny. Tyle razem przeszliśmy. Mimo tych 200 km, które nas dzielą.
    Tęsknota. Nieodłączna część tego związku. Jest mi już tak bliska, że powoli przestaję ją zauważać. Chyba, że przychodzą takie dni. Tak długo się nie widzimy. Nie rozmawiamy. Każde z nas gna w swoją stronę. Pędzimy sami nie wiedząc, gdzie, próbujemy uciec od tego, co tak bardzo nas boli, z czym już nie potrafimy sobie radzić. Zaszywamy się w ciemnym kącie, mame pewność, że tutaj nas to nie dopadnie.
    A jednak. Przyszła. Za bardzo się jej baliśmy. Przyszła i już szybko nas nie opuści. Najpierw powoli zatacza koła wokół naszych ciał. Spogląda na nas nieśmiało, jakby próbowała nas jakoś do siebie przekonać. Ale my wciąż nieugięcie próbujemy powiedzieć jej 'stop!'. Nie obchodzi jej nasze zdanie. Zaczyna być coraz bardziej odważna. Dotyka nas. Zaczepia. Delikatnie szczypie. To wszystko boli, ale da się z tym żyć, normalnie funkcjonować, nawet uśmiechać się. Ale już czujemy jej obecność. I wcale nie jest nam z tym dobrze.
    Kolejny etap. Zaczyna szeptać do ucha. Przypomina wszystkie wspaniałe chwile. Ale przy tym wciąż zadaje ból. Łokieć w brzuch. Pstryk w ucho. W dodatku pojawiają się jakieś głupie myśli. A co, jeśli nie jestem wystarczająco dobra/dobry? Przecież są lepsze/lepsi ode mnie. Pojawiają się pierwsze łzy. Coraz trudniej jest utrzymać uśmiech, ale jeszcze można, trzeba się tylko postarać.
    Ale nadchodzi kolejna noc. Noc jest najgorsza. Ciemna i głucha. Pusta. A przecież moglibyśmy być tu razem. Wyobraźnia. Fantazje. To tylko pogorsza sprawę. Kolejne łzy. Tak bardzo chcę do ciebie! Ale nie mogę, nie mamy jak, musimy wytrzymać. Damy radę. Damy? Przecież jesteśmy tylko ludźmi. Tak bardzo potrzebuję ciepła twojego ciała. Twojego uśmiechu.
    I wtedy ona zadaje kolejny cios. Wchodzi do twojego umysłu. Serca. Przesiąkasz nią. Czujesz ją w każdej komórce swojego ciała. Nie chcesz już jeść. Pić. Chodzić. Myśleć. Nie chcesz spać. Nie chcesz żyć. Nie chcesz nic. Tylko do niego/niej. Leżysz w łóżku całymi dniami. W niczym nie widzisz sensu. Przestajesz go dostrzegać już nawet w miłości. Przecież miłość przynosi tylko ból. Naprawdę? Dobrze wiesz, że tak nie jest, ale gość twojego umysłu spełnia swoje zadanie. Chcesz coś zrobić. Ale co? Nic nie możesz. A może by tak zastąpić ból psychiczny fizycznym? I robisz to. Dłuższe paznokcie, ostre narzędzia, a może po prostu ćwiczenia, po których mdlejesz. Cokolwiek. Aby zapomnieć o gościu. Pojawiają się używki. Ale i one nie potrafią wypędzić gościa z twojego świata.
    Gość. Zadaje ból. Odbiera chęć do życia. Odbiera uśmiech. Radość z oczu. Zainteresowanie światem. Niszczy cię. Twoje marzenia. Utrudnia oddychanie. Przełykanie. Otwieranie oczu. Utrudnia życie. Gość, którym jest tęsknota. Tęsknota tak silna, że przestajesz wierzyć, że ten związek ma sens.
    Aż rzychodzi ten wspaniały dzień. Kilka wspólnych godzin. Powraca uśmiech. Radość. Spokój. Poczucie bezpieczeństwa. Znowu wierzysz, że tęsknota już nie wróci. I jednocześnie dobrze wiesz, że znowu masz nadzieję na niemożliwe. Bo ona wraca. Zawsze wraca. A mimo to JESTEŚ SZCZĘŚLIWA/SZCZĘŚLIWY. Paradoks. Świat pełen jest paradoksów.





3 komentarze:

  1. ja mam to samo dokladnie to samo. ale jestes ta jedyna, ta za ktora lepiej tesknic niz inna ruchac xd ;*****

    OdpowiedzUsuń
  2. aż mnie natchnęło żeby też coś napisać ; o

    OdpowiedzUsuń
  3. ładnie napisane :)

    zapraszam - http://www.malinowekwiatymalwy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za przeczytanie i skomentowanie! Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczy Twoja opinia, drogi Czytelniku! Cieszę się, że jesteś ze mną :)