Rozdział IX
"Walka"
Idę popychana
przez przerażające mężczyznę. W ogóle nie odpoczęłam, burczy mi w brzuchu,
ledwo słaniam się na nogach. Boli mnie głowa, wciąż czuję na sobie naglące
spojrzenie maga, który co jakiś czas popycha mnie ręką. Czuję się jak więzień prowadzony na egzekucję.
A przecież jeszcze przed chwilą byłam traktowana jak bóstwo! Nic z tego nie
rozumiem. Tak bardzo chcę spać, powieki
same mi się zamykają. Mam chęć po prostu wrócić do pokoju, ale boję się tego
mężczyzny. Mam ciarki na plecach i wcale nie czuję się z tym dobrze. Czuję jego
lodowaty oddech. Dlaczego wszyscy magowie mają tak zimne oddechy? Jakby to
symbolizowało ich zimne wnętrze. Tak naprawdę nic o nich nie wiem. Zastanawiam
się, jak tak naprawdę ma wyglądać moja pomoc w obronie Dobra. Przecież ja po
prostu będę narażać życie! I najprawdopodobniej nie tylko na tym się skończy. Przypominam sobie, jak wyglądał Krzysiek przy naszym niedawnym spotkaniu.
Wyczerpany, brudny, sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał osunąć się na ziemię i…
umrzeć. A co jeśli czeka mnie właśnie śmierć?
Zastanawiam się nad swoim życiem.
Zawsze twierdziłam, że jestem szczęśliwa, ale czy to prawda? Nigdy nie miałam
dobrego kontaktu z ojcem i bardzo mnie to bolało. Ale on wolał pracę niż rodzinę.
Kiedyś, gdy miałam 7 lat, poprosiłam go, abyśmy poszli na lody. Wyśmiał mnie i
odparł, że jestem już za duża na takie sprawy, a on jest zajęty. Za duża na
takie sprawy. Mając 7 lat, byłam za duża na wyjście z ojcem na coś słodkiego!
Inni ojcowie tacy nie byli, dobrze to wiedziałam. I wiem nadal. Chociaż teraz
tak bardzo mnie to nie boli. Mam Krzyśka. Właśnie. Krzysiek. Gdy go poznałam,
szukałam w nim… ojca. Szukałam w nim kogoś, kto będzie się mną opiekował, dbał
o mnie, zabierał do wesołego miasteczka, do kina. Pragnęłam się do niego
przytulać, ale przytulać jak do kogoś, kto nie jest moim chłopakiem. Chciałam
rodzicielskiej czułości. Oczywiście nigdy mu się z tego nie zwierzyłam.
Zresztą, nie było potrzeby, wkrótce to minęło i zaczęłam do traktować jak zwykłego
chłopaka. Zrozumiałam, że nic i nikt nie zastąpi mi czasu spędzonego z ojcem.
Wiedziałam, że ten czas nigdy nie nadejdzie. Było mi z tego powodu strasznie
przykro. Zaczęłam oddalać się od rodziny. Nadal się od niej oddalam. Wmawiam
sobie, że potrafię rozmawiać z rodzicami, ale oszukuję tym samą siebie. Nie
chcę, żeby moje życie teraz się skończyło. Nie chcę, żeby skończyło się
dlatego, że ktoś ubzdurał sobie, że jestem jakimś super silnym magiem. Ja i
magia, bardzo śmieszne. Znowu zaczynam wątpić, że to, co się dzieje, jest
prawdziwe. Idę jakby hotelowym korytarzem pod eskortą jakiegoś mięśniaka,
któremu z oczu wręcz strzela nienawiść. I on ma być wojownikiem Bueno? Jest
całkiem inny niż Libertad. A może zostałam porwana? Zastanawiam się nad tą opcją.
Nagle mag
zatrzymuje mnie gwałtownie. Ściska mnie mocno za ramię.
-Tu.- mówi lodowatym głosem i wskazuje drzwi, takie same jak
te od mojego nowego pokoju. Wyciągam rękę w stronę klamki. Naciskam ją
delikatnie, drzwi skrzypią, otwierają się. Moim oczom ukazuje się mały salonik,
na środku stoi mały stolik, przy nim mała kanapa, a w rogu mały telewizor. Po
prawej stronie dostrzegam biurko i obrotowe krzesło odwrócone tyłem do mnie.
Przekraczam próg i drzwi się zamykają. Podskakuję ze strachu, czuje na sobie
chłodny powiew wiatru. Teraz zauważam, że w pomieszczeniu jest ciemno i zimno. Krzesło
odwraca się. Zamieram, wcześniej nie zauważyłam, że w pokoju znajduje się ktoś
oprócz mnie. Przewiercam wzrokiem ciemną postać. Nie widzę jej twarzy,
dostrzegam tylko czarną pelerynę. Nie wiem nawet czy to mężczyzna, czy kobieta.
Z trudem przełykam ślinę, mam sucho w gardle, boli mnie przełyk. Nie wiem
dlaczego czuję strach, ale jest on wręcz paraliżujący. W pomieszczeniu panuje
napięcie. Powietrze jest tak gęste, że można by w nim spokojnie mieszać łyżką.
Nie mogę znieść tej niepewności, chcę, aby osoba siedząca na fotelu w końcu się
odezwała. Mam wrażenie, że nie ja powinnam zrobić to pierwsza. Z nerwów boli
mnie całe ciało, pot spływa mi po karku. W moich oczach pojawiają się łzy. Co
się ze mną dzieje?! Nigdy taka nie byłam, nigdy nie płakałam. Zawsze byłam
twarda, tłumiłam w sobie wszystkie emocje. Nawet gdy umarł mój kochany dziadek,
to ja zachowywałam się najbardziej odpowiedzialnie, nie uroniłam ani jednej
łzy, zajęłam się całym domem. A teraz ryczę bez powodu. To nie jest normalne.
Czyżby kolejne sztuczki magów? Czuję się oszukiwana. Nikt tak naprawdę nie chce
mi niczego wytłumaczyć. Co chwilę pojawiają się nowe pytania, na które nie znam
odpowiedzi. I czuję, że nigdy ich nie poznam.
-Witaj. Masz piękne oczy. – słyszę niespodziewany
komplement. Po głębokim, niskim głosie rozpoznaję, że osoba na fotelu to
mężczyzna. Młody mężczyzna. Być może niewiele starszy ode mnie. Nie rozumiem, w
jakim celu mnie tutaj sprowadzono. Przecież wzywała mnie Libertad! Już otwieram
usta, aby o to zapytać, ale mag mnie uprzedza – Jak za pewne zdążyłaś zauważyć,
nie jestem Libertad. I nie martw się, słyszę twoje myśli. To nie jest porwanie.
To… przejęcie. Zwykłe przejęcie. Libertad jest nasza. Biedna stara Libertad.
Niewiele życia jej zostało. Ale ty… ty jesteś piękna, mądra i silna. A przed
tobą jeszcze tysiące lat. Dokładnie, tysiące! Bo tyle żyją magowie Elmal. Marne
Dobro nie obdarowało swoich zwolenników tak długim żywotem. Ale Zło… ach, ZŁO!
Zło jest mądre. Tak jak ty. Dlatego bez żadnego sprzeciwu zwrócisz się ku
naszej stronie. Bez. Najmniejszego. Sprzeciwu.
To chyba jakiś żart. To naprawdę musi być żart! Przechwyt?
Jaki przechwyt? Libertad… w łapach Elmal?! Jak… jakim cudem?! Nie, to
niemożliwe. Odwracam się do drzwi. Szarpię za klamkę, ale to nic nie daje.
Drzwi nie otwierają się. Czuję, że mój oddech przyspiesza. Serce wali jak
oszalałe. Znowu czuję identyczną panikę, jak pierwszego dnia tej szaleńczej ‘przygody’.
Uderzam w drewniane drzwi, aż bolą mnie dłonie. Dostrzegam na kostkach krew.
Krzyczę, wołam pomocy. Chcę się stąd wydostać, ale słyszę tylko szyderczy
śmiech maga znajdującego się ze mną w pokoju. Nie mogę oddychać. Trzęsą mi się
ręce, nie czuję bólu, chcę stąd wyjść! Czuję dłoń na ramieniu, GORĄCĄ dłoń.
Dłoń, która parzy. Ściska mi mocno ramię i siłą odwraca mnie przodem do siebie.
Widzę twarz mężczyzny. Ciemna cera, brązowe oczy, dłuższe czarne włosy
opadające na oko. Pełne usta w uśmiechu odsłaniające rząd idealnych zębów.
Idealnych, ale naturalnych. Boję się maga, ale jednocześnie czuję dziwne pożądanie.
Kulę się w sobie, czuję się taka mała i bezbronna. Mężczyzna patrzy mi prosto w
oczy, jego spojrzenie spala mnie żywcem. Z mojego gardła wyrywa się szloch,
boli mnie ciało i dusza.
-Przestań ryczeć. Widzisz, co zrobili z tobą Bueno?! To
przez nich stałaś się taką… łajzą. Łajzą! Słyszysz? W tym momencie jesteś nic
nie znaczącym pyłkiem, który mogę zgnieść jednym ruchem palca. Ale nie zrobię
tego. Wystarczy jedno twoje słowo, a staniesz się jednym z nas. Zaczniesz
służyć swojej matce. Noche. Jesteś jej winna przysługę! To dzięki niej jesteś
na tym świecie. Dzięki ZŁU. Rozumiesz? Musisz zniszczyć Dobro. Musisz pokazać
Postaci, kto tu rządzi. Bo rządzisz TY! Dzięki tobie Noche powróci. Dzięki
tobie na świecie znów zapanuje równowaga. Dzięki tobie wszystkie Sfery będą
służyły Złu. Jesteś to winna swojej matce. – mówi stanowczym tonem mag. Zbliża
wargi do moich ust. Czuję jego gorący oddech. Jest coraz bliżej mnie. Widzę
każdą rysę na jego twarzy. Jest piękny. Jest tak przerażająco piękny. Nie wiem,
co robić. Pragnę go. Wiem, że muszę pomóc Dobru. Zło. Dobro. Elmal. Bueno. Moja
dusza rozrywa się na dwie części. To tak strasznie boli! Palę się żywcem, moje
wnętrzności się palą. Krzyczę. Oczy zachodzą mi mgłą. Zaczynam widzieć tylko niewyraźne plamy. Pękają mi usta, czuję na nich krew, słoną krew zmieszaną z potem. Wydaję przeraźliwy dźwięk. Mag trzyma mnie mocno
w ramionach, nie pozwala upaść. Zło. Zło. ZŁO. Tak, muszę służyć Złu. Przecież
to Noche jest moją matką. NOCHE. Widzę w głowie obrazy moich 5 urodzin, kiedy dostałam
pierwszy rower. Widzę pierwszy pocałunek z Krzyśkiem. Widzę pierwszą noc poza
domem z przyjaciółmi. Widzę zabawy w chowanego z braćmi. Widzę wspólne
przyrządzanie posiłków z mamą. Widzę pieczenie ciasta z ukochaną babcią. Widzę
wszystko, co jest we mnie DOBRE. Widzę Dobro. Widzę Miłość i Przyjaźń. Widzę
radość. Kopię maga w piszczel, z całej siły. Mężczyzna zwija się z bólu,
dopadam do drzwi. Tym razem otwierają się bez trudu. Biegnę. Biegnę przed
siebie, sama nie wiem dokąd. Biegnę ciemnym korytarzem. Po moich policzkach
spływają łzy, jestem tak strasznie zmęczona! Ale biegnę, muszę biec. Muszę. Dla
Libertad. Dla Krzyśka. Dla mamy. Dla… dla Dobra.

Super jest ten rozdział ;)
OdpowiedzUsuńdziękuję :)
OdpowiedzUsuń