Jechała autobusem. Każdy jej
dzień zaczynał się tak samo- jazdą autobusem. Wcześniej oczywiście poranna
toaleta, śniadanie, ale to jazda autobusem stanowiła punkt główny każdego
ranka. Jazda zatłoczonym pojazdem wśród ludzi, których każdego dnia próbowała rozgryźć. Patrzyła na ich twarze i czytała emocje
malujące się na nich. Ból, złość, radość, podniecenie. Wymyślała historie dla
tych ludzi. Uważała, że dzięki temu te szare postacie w szarym tłumie nabiorą
koloru, że świat nabierze koloru. Może tylko dla niej, ale jednak.
Tego dnia także jak zwykle
jechała autobusem. Siedziała obok mężczyzny o zagubionym wzroku. Ciekawe
dlaczego tak wygląda? Może się boi. Boi się siebie samego. Swoich marzeń,
celów, tego, że mogłyby się spełnić. Boi się, że byciem sobą zawiedzie
otaczających go ludzi. Po chwili zdała sobie sprawę, że opisuje samą siebie.
Często to robiła. Dlatego tak lubiła jazdę autobusem. Wtedy mogła spojrzeć na
siebie z góry, ocenić swoje zachowania i w pewnym sensie lepiej poznać swoją
duszę. Podczas tych krótkich podróży podejmowała decyzje o zmianie swego życia, ale po otworzeniu
autobusach drzwi i opuszczeniu autobusowego wnętrza pojawiały się inne problemy
i zmiana swojego życia przestawała być już tak ważna. Czas na sprawdziany,
kartkówki, irytujących nauczycieli i otoczenie pustych panienek.
Jechała autobusem i zastanawiała
się, dlaczego na świecie jest tyle fałszu i obłudy, tyle cierpienia i chorób, tyle
klęsk żywiołowych i wojen. Czym ludzie sobie na to zasłużyli? Dlaczego zostali
opuszczeni przez Stwórcę i zdani na własną wolną wolę? Nie potrafią z niej
korzystać, nigdy nie potrafili i nigdy nie będą potrafić. Biedni ludzie.
Zagubieni w świecie, zdezorientowani, przytłoczeni.
Właśnie taki był mężczyzna
siedzący obok niej. Przyglądała mu się bez zażenowania, oglądała dokładnie jego
profil, idealnie wykrojone usta, długie rzęsy, wyraźne kości policzkowe.
Musiała przyznać, że był przystojny. Ciemne włosy, ciemna karnacja, ciemne
oczy. Ciemna dusza? Zastanawiała się nad tym, powoli odpływała w świat fikcji
wymyślając historię życia mężczyzny, gdy ten nagle spojrzał przenikliwie prosto
w jej oczy, a ją przeszył dreszcz. W płucach zabrakło jej powietrza, zresztą
nie był jej już ono potrzebne, bo zapomniała całkowicie o oddychaniu. Chłonęła
całą sobą spojrzenie, którym obdarzył ją tajemniczy towarzysz podróży. Jego
oczy przestał mieć zagubiony wyraz, źrenice rozszerzyły się, a usta zacisnęły w
wąską linię. Patrzył na nią jakby… jakby chciał zrobić jej krzywdę. Miał
spojrzenie tych wszystkich psychopatów z horrorów. A może tak tylko działała
jej wybujała fantazja? Nie czuła się dobrze czując na sobie to spojrzenie, ale
też nie mogła przestać patrzeć w te wielkie czekoladowe oczy.
-Przepraszam, wysiadam tutaj, możesz mnie przepuścić?-
odezwał się niskim głosem. I wtedy jakby wszystkie emocje opadły, znowu jechała
zwyczajnym autobusem wśród zwyczajnych ludzi. Oblała się szkarłatnym rumieńcem,
sama nie wiedząc czemu i nieporadnie wstała przepuszczając mężczyznę. Gdy
prześlizgiwał się obok niej, bezwiednie wstrzymała oddech. Poczuła jego zapach.
Był nieziemsko odurzający i zmysłowy, dziwiła się, ze dopiero teraz go wyczuła.
Jego kurtka lekko dotknęła jej płaszcza. Materiały otarły się o siebie i
zaszeleściły. Szelest ten sprawił, że wyobraziła sobie ciemną uliczkę w parku,
po której powoli idzie mężczyzna. Posuwa się w jednostajnym rytmie, jego twarz
ukryta jest w cieniu, ona nie widzi go, ale po chwili ten odwraca się i strzela
w jej stronę nabitym wcześniej pistoletem. Potrząsnęła głową i zaśmiała się
cicho. Zdecydowanie miała zbyt wybujałą wyobraźnię. Tajemniczy towarzysz
podróży stał już przy wyjściu, za chwilę drzwi miały się otworzyć i być może
już nigdy nie ujrzałaby człowieka, który tak bardzo ją zaciekawił. Autobus
zatrzymuje się, drzwi powoli się rozsuwają i już go nie ma. A wydawało jej się,
że… że może w końcu spotkała tego KOGOŚ. Że poczuła to COŚ. Głupia.
Autobus
przejechał kilka przystanków i w końcu i ona wysiadła. Przypomniała sobie, że w
szkole czeka na nią 8 lekcji i 4 sprawdziany. Nauczyciele znowu nie
przestrzegali regulaminu, ale przestała się już tym przejmować. Trzeba było się
uczyć i nic nie można było na to poradzić. Miała tego dosyć, ale chciała dać
rodzicom powód do dumy. Czasem naprawdę nie dawała rady, zakuwanie po nocach
nie było dobre dla jej organizmu, ale tak bardzo chciała, żeby rodzice w końcu
ją… pokochali. Tak naprawdę nigdy nie czuła ich miłości. Owszem, miała
wszystko, co zapragnęła. Najmodniejsze ubrania, najnowsze gadżety, kolosalne
kieszonkowe, imprezy, wycieczki, ale poza tym nie miała nic. Nie pamiętała,
kiedy ostatnio mogła porozmawiać z mamą. Zawsze były ważniejsze sprawy, praca,
zebrania, wyjazdy służbowe. Ojca widywała jeszcze rzadziej niż mamę, on
wiecznie był w delegacjach, podejrzewała, że nie chodziło tu tylko o wyjazdy
służbowe, ale to nie była jej sprawa, nie miała prawa się mieszać. Tak bardzo
chciała, żeby rodzice zwrócili na nią uwagę, żeby zaczęli traktować ją jak
człowieka, a nie rzecz, którą można kupić. Próbowała już wszystkiego.
Przechodziła okres buntu, ćpała, piła, kradła, uciekała z domu. Ale wtedy
wynajmowali najdroższych psychologów, zamiast z nią porozmawiać. Więc zaczęła
się starać im dorównać. Oni byli mistrzami swoich zawodów, ona zapragnęła stać
się mistrzem w szkole. I udawało się jej. Miała najwyższą średnią w klasie,
chodząc do jednego z najlepszym liceów w województwie jej oceny to były prawie
same piątki i czwórki. Ciężko na nie pracowała i była z siebie naprawdę dumna,
ale niestety tylko ona. Rodzice zdawali się nie zauważać, jak inteligentna i
zdolna jest ich córka. Może po prostu nie mieli na to czasu.
Westchnęła
ciężko i nacisnęła na klamkę szkolnych drzwi. Uderzył w nią natłok głosów,
szumu, hałasu. Nie lubiła tego. Ogólnie nie lubiła szkoły. Wolała pracować w
ciszy przy biurku lub na łonie natury, gdzie wszystko egzystowało ze sobą w
idealnej harmonii. Nie to co tutaj. Nie lubiła swojej klasy. Pełnej dziewczyn,
dla których najważniejszy był wygląd i posiadanie super przystojnego chłopaka,
który oczywiście musiał być sportowcem. Ona jeszcze nigdy nie miała chłopaka.
Nie chciała byle kogo. Pragnęła mężczyzny, który całkowicie by nią zawładnął.
Który zadziałałby na nią jak… tajemniczy towarzysz podróży z autobusu. Po raz
kolejny tego dnia potrząsnęła głową starając się odgonić od siebie dziwne myśli
i z niechęcią udała się na biologię.
***
Miała
za sobą naprawdę ciężki dzień. Zawaliła sprawdzian z matmy, niemiecki też
poszedł jej fatalnie, dostała banię z chemii, a na angielski nic nie umiała, bo
uczyła się pół nocy z matematyki, przez co dostała dwóję za odpowiedź. Naprawdę
powinna przestać przejmować się aż tak bardzo ocenami. I tak nikogo poza nią to
nie obchodziło. Nawet nie miała przyjaciół. Zawsze sama, odizolowana, jakby z
innego świata… Nie mogła z nikim znaleźć wspólnego języka. Nie lubiła rozmów o
chłopakach, kosmetykach, nowych gwiazdach popu. Chciała prowadzić konwersacje
na tematy bardziej wysublimowane, lubiła filozofię, tak bardzo interesowały ją
sprawy dotyczące fizyki, a szczególnie podróży w czasie. Ale nikt z jej
rówieśników nie miał takich zainteresowań, a przynajmniej nikt z jej
rówieśników z jej otoczenia. Owszem, czasami po wejściu na czat znajdywała
kogoś, kto potrafił długo i mądrze rozmawiać na tematy poruszające sprawy
dziwne, niezbadane, ale były to z reguły osoby mieszkające na drugim krańcu
kraju bądź nawet kontynentu. Widocznie nie było jej dane rozmawiać w realnym
świecie z ludźmi podobnymi do niej. Dobrze, że miała chociaż książki. Bardzo
lubiła czytać. Potrafiła całym dniami siedzieć w łóżku i pożerać lektury. Czasem
nawet zapominała o jedzeniu, co dobrze wpływało na jej figurę.
Była wysoka i szczupła, miała
bardzo bladą cerę, niektórzy twierdzili, że nieskazitelną. Duże błękitne oczy i
długie rzęsy sprawiały, że była naprawdę ładną dziewczyną. Zgrabny nosek, długie
kruczoczarne włosy i małe usta dopełniały ten obraz przyciągający uwagę
niejednego mężczyzny. Ale ona tego nie potrzebowała. Nie pragnęła, tak jak
większość dziewczyn w jej wieku, być adorowaną i wielbioną przez całą męską
populację. Chciała tylko miłości rodziców, akceptacji społeczeństwa i może
jakiegoś małego przyjaciela, któremu mogłaby się zwierzać ze swoich trosk i
radości. Ale nie było jej to dane. Dostawała zawistne spojrzenia znajomych ze
szkoły i niechęć chłopaków, którzy nie byli przyzwyczajeni do odrzucania przez
dziewczyny. Żyła więc sama, skryta pod maską obojętności, zanurzona w świecie
fantazji.
Szła chodnikiem na przystanek.
Miała do pokonania jeszcze jakieś siedemset metrów. Lubiła spacery. I jazdę na
rowerze. Ogólnie lubiła ruch na świeżym powietrzu. Często rano jeszcze przed
wyjściem do szkoły biegała przez dwadzieścia minut. Pomimo zmęczenia, czuła się
wtedy bardziej wypoczęta i gotowa na kolejny dzień wśród ludzi tak do niej
niepodobnych. Na dworze było dość ciepło, w końcu w przyrodzie widać było
pierwsze oznaki wiosny. Słońce delikatnie ogrzewało jej twarz, ptaki cichutko
śpiewały a lekki wietrzyk rozwiewał jej włosy. Odetchnęła głęboko i na moment
zamknęła oczy. Nagle poczuła przed sobą świst powietrza wywołany
przejeżdżającym bardzo blisko pojazdem, pisk opon i straciła grunt pod nogami.
Oczami wyobraźni już czuła ból tyłka po wylądowaniu na twardy chodnik, ale
zamiast tego poczuła jedynie mocny uścisk dłoni w pasie. Otworzyła oczy i
ujrzała przed sobą wielkie czekoladowe oczy, które tym razem patrzyła na nią z
troską i… uwielbieniem?
Alicja Mazurek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za przeczytanie i skomentowanie! Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczy Twoja opinia, drogi Czytelniku! Cieszę się, że jesteś ze mną :)