środa, 15 maja 2013

CZTERY.


Strasznie Was przepraszam, że dopiero teraz, ale naprawdę miałam nawał obowiązków. Postaram się pisać częściej. Ten rozdział dedykuję Małgosi Nowosad :)       


         Weszła do domu i od razu zauważyła, że w mieszkaniu znajduje się ktoś obcy. Słyszała szepty, drżący głos mamy. Ona po dziś dzień to przeżywała. Zresztą tak samo jak wszyscy inni, tak samo jak Karolina. Różnica między nimi polegała na tym, że Karolina cierpiała w samotności, nigdy tak naprawdę nie opowiedziała nikomu swojej historii. Zresztą nie miała po co. Gdy po zamordowaniu chłopca zmienili miejsce zamieszkania, chcieli zacząć wszystko od nowa. Nie podejrzewali jednak, że to będzie aż tak trudne.
                Dziewczyna weszła do salonu. Na sofie siedziała mama ukrywająca twarz w dłoniach, obok niej stał policjant trzymający w dłoniach kajecik, w których szybko coś notował. Powiedziała „Dzień dobry” i usiadła obok mamy obejmując ją ramieniem. Była jedyną podporą swojej rodzicielki. Ojciec… on cierpiał chyba najbardziej. I najbardziej ranił tym bliskich. Dlatego Karolina wiedziała, że musiała dbać o mamę, choćby za cenę własnego zdrowia psychicznego czy też fizycznego. Policjant poprosił o komunikowanie się z nim, w przypadku dowiedzenia się czegoś nowego, pożegnał się i wyszedł. W domu pozostały tylko Karolina i jej mama. Cisza. Cisza, która je otaczała, była tak przeraźliwa i ciężka. Karolina bała się zapytać mamę, po co przyszedł policjant. Kobieta była roztrzęsiona, zachowywała się prawie tak samo, jak w czasie półrocznej depresji przeżywanej po śmierci Kacpra. Ten okres był chyba najstraszniejszym okresem w życiu Karoliny. Mama całymi dniami leżała w łóżku, naszpikowana lekami o działaniu psychotropowym, brudna, nieuczesana, w za dużej piżamie, którą dawno powinna wyrzucić do śmieci. Nie było z nią kontaktu. Nie jadła. Nie pracowała. Nie wychodziła do toalety. Zdawało się, jakby nie żyła. Zachowywała się jak roślinka. Biernie wegetująca. Nawet nie płakała. Była tak obojętna, że aż straszna. Przywodziła na myśl martwą osobę. Karolina czuła się wtedy, jakby nie umarł jej tylko brat, ale również mama. Zresztą, ojca też wtedy już nie miała. Potrafił nie zjawiać się w domu przez cały tydzień bądź dwa. Gdy już wracał, miał czerwone podkrążone oczy, cuchnący alkoholem oddech. Śmierdział innymi kobietami. Jedyną osobą zachowującą w miarę trzeźwy umysł w domu dziewczyny była ona sama.
-Karolinko… przynieś mi wody- poprosiła cichym głosem mama. Dziewczyna zerwała się z kanapy i pobiegła do kuchni. Po chwili była już z powrotem ze szklanką pełną napoju trzymaną w drżącej dłoni. Delikatnie podała ją mamie. Ta wzięła ją do ręki i powoli piła. Z każdym łykiem życie jakby do niej powracało. Powoli. Ale jednak.
                Podniosła oczy. Były duże i ciemne. Podobne do oczu Kacpra. Karolina pokręciła głową, nie chciała teraz myśleć o bracie, nie mogła. Chwilę przyglądały się sobie. W końcu mama westchnęła i poklepała miejsce obok siebie.
-Usiądź – powiedziała i Karolina spełniła jej prośbę – Policjant tu był, bo… bo dzisiaj rano w skrzynce pocztowej znalazłam dziwną wiadomość.
-Co? Jak to? Dlaczego mi nie powiedziałaś?
-Nie było cię już w domu, wyszłaś do szkoły. Była dziwna, bo… a zresztą, sama zobacz – kobieta sięgnęła ręką po kopertę leżącą na stole. Podała ją dziewczynie. Ta musnęła ją delikatnie palcami. Była chłodna, zupełnie niepodobna w dotyku do zwykłego papieru. A przecież była właśnie zwykłym papierem, zwykłą kopertą. Nieskazitelnie białą. Bez znaczków. Bez nazwisk. Adresu. A więc ktoś osobiście musiał wrzucić ją do ich skrzynki pocztowej.
                Karolina bała się otworzenia koperty. Bała się momentu ujrzenia jej zawartości. Skoro mama była tak roztrzęsiona, skoro przyjechała policja, skoro tata do niej zadzwonił…  Po plecach przebiegły jej dreszcze.  Drżącymi dłońmi rozchyliła kopertę. Zobaczyła w niej kartkę, pożółkłą, zdawałoby się, że również poplamioną. Ostrożnie wyjęła ją, rozłożyła i zaczęła czytać…

Listy powinno zaczynać się od powitania, więc witam!
W szkole uczono mnie, że na wstępie trzeba pozdrowić adresata, więc pozdrawiam. Nie przeproszę, że dawno nie pisałem, bo nie pisałem nigdy. Przejdę więc do sedna sprawy
Pamiętasz ten dzień, gdy twoje życie wywróciło się do góry nogami? Gdy wszystko straciło sens? Gdy radość przestała istnieć? Wiem, że doskonale pamiętasz. Ból, smutek, depresja, łzy napływające do oczu na samo wspomnienie jego głosu. Pamiętasz ten dzień, gdy zapragnęłaś śmierci? Gdy zechciałaś podzielić los swojego maleńkiego synka? Pamiętasz, jak bardzo chciałaś, abyś to ty znalazła się na jego miejscu? Pamiętasz widok jego pokrytego krwią ubranka? Pamiętasz ten moment, gdy śledczy kazali ci zidentyfikować ciało, a ty widziałaś jedynie krwawą masę? Pamiętasz? Cieszę się. Ja też pamiętam. Obserwowałem cię wtedy. Obserwowałem cię również dużo wcześniej. Ciebie, twojego męża, twoje dzieci. Obserwowałem cię i zastanawiałem się, dlaczego ja nie mogłem mieć takiej rodziny? Postanowiłem więc, że wszyscy powinni cierpieć razem ze mną. Zacząłem od ciebie. Bo miałaś wszystko. Teraz nie masz nic. Jesteś jak ja. Oboje nic nie mamy, jesteśmy niczym. Piszę ten list dwa dni po śmierci twojego syna. Kiedyś ci go wyślę. Gdy uznam, że jesteś gotowa. Gdy uznam, że powinnaś znowu zacząć cierpieć. Wyślę ci go, gdy zaczniesz zapominać. I będę wysyłał już do końca. Żebyś nigdy nie zapomniała. NIGDY. Rozumiesz?
Pozdrawiam cię serdecznie,
tutaj powinienem się podpisać, ale nie zrobię tego.

                Poczuła, że uginają się jej nogi. Zamknęła oczy. List wypadł jej z ręki. Osunęła się na zimną podłogę. Było jej niedobrze. Przymknęła powieki. Ogarnęła ją ciemność. Poddała się jej. Nie miała siły ani ochoty walczyć. Chciała zniknąć. Znikała.

***
               
Poczuła mocny dotyk ciepłej dłoni na ramieniu. Słyszała ciche głosy. Nasilały się wraz z upływem czasu. W końcu przybrały formę krzyków, więc z trudem otworzyła oczy. Nad sobą ujrzała matkę oraz… Dawida. Znowu przymknęła powieki i odpłynęła.

***
               
Tym razem poczuła, że ma wysoko uniesione nogi i coś zimnego na czole. Dotknęła tego ręką, okazało się, że to zimny okład. Wzięła głęboki oddech i spojrzała przed siebie. Dawid. Tak, Dawid siedział na kanapie. Był zdenerwowany. Pocierał dłońmi o spodnie. Przygryzał nerwowo wargę i marszczył brwi. Potrząsał prawą nogą. Uderzenia  buta o podłogę były równomierne i głośne. Jakby odliczały czas do jakiś strasznych wydarzeń.
                Usłyszała stukot obcasów. Delikatnie odwróciła głowę. Ujrzała mamę, która zauważyła, że córka w końcu się ocknęła. Szybko do niej podeszła, położyła dłoń na jej czole i powiedziała:
-Nic nie mów. Nie powinnam dawać ci tego listu, to był za duży szok… Dla mnie, dla ciebie… Ale teraz leż spokojnie, odpoczywaj.
-Mamo… nic mi nie jest. Już w porządku- odpowiedziała dziewczyna i podniosła się, ale przed oczami pojawiły się jej mroczki, więc na nowo opadła na poduszki. Poczuła na sobie wzrok Dawida. Odwróciła się w jego stronę. Jego widok tak ją zdziwił, że nie wiedziała nawet, co myśleć. Uśmiechnął się do niej blado. Nadal był zdenerwowany. Nie mniej od niej. Wstał z kanapy, włożył ręce do kieszeni i podszedł do Karoliny.
-Cześć… - przywitał się cicho i spoglądał prosto w jej oczy. Miał takie piękne usta…
-Cześć. Co… co ty tu robisz?- zapytała starając się nie mówić drżącym głosem
-Byliśmy umówieni, pamiętasz? Zobaczyłem cię, gdy wychodziłaś ze szkoły. Byłaś bardzo roztrzęsiona. Wydawało mi się, że płakałaś. Postanowiłem pójść za tobą, żeby nic ci się nie stało. No i… trafiłem aż do twojego domu. Nie chciałem wchodzić, ale w pewnym momencie zobaczyłem przez okno, że upadasz. Wbiegłem więc bez pukania. Twoja mama była trochę zdziwiona, ale szybko się przedstawiłem i pomogłem jej ułożyć cię we właściwej pozycji. Ona… powiedziała mi mniej więcej, dlaczego zemdlałaś…- opowiadał niepewnie, co chwilę przerywając, aby zaczerpnąć tchu i zbadać reakcję dziewczyny. Ta patrzyła na niego z lękiem. A więc ktoś poznał jej tajemnicę. Więc nie jest już anonimowa. Więc jest ktoś, kto zna historię Kacpra… Usta jej zadrżały. Oczami wyobraźni ujrzała maleńkiego chłopca ubranego w niebieskie kąpielówki. Wszystko zaczęło do niej powracać. Wspomnienia wyciągnęła do niej swe ciemne i lepkie macki. Nie była w stanie się im oprzeć. Napływały z każdej strony. Postanowiła się im poddać. I tak Dawid już wszystko wiedział…

***
               
Karolina siedziała w fotelu kilka dobrych godzin. Nie ruszała się. Nie płakała. Nie czuła głodu. Smutku. Nie czuła strachu przed burzą. Stała się kamieniem. Obojętnym na otaczający go świat. Siedziała skulona i czekała na powrót rodziców. Wciąż miała nadzieję, że być może to pomyłka. Że to inne dziecko, że to ktoś inny tak cierpi… Wpatrywała się w ścianę. Chciała się z nią stopić. Zniknąć. Stać się niewidzialną. Chciała, żeby rodzice nigdy jej nie odnaleźli. Doskonale wiedziała, że będą ją obwiniać. Oczywiste było, że nie powiedzą jej tego wprost, ale żal będzie można odczytać z ich oczu. Najgorsze było to, że sama czuła się tak cholernie winna. Gdyby się nie potknęła, gdyby nie musieli jej ratować… Kacprowi nic by się nie stało. Siedziałby tu. Razem z nią. Z rodzicami. Graliby w domino. To była jego ulubiona gra.
                Usłyszała dźwięk samochodu. Zatrzymał się. Trzasnęły drzwi. Ciche kroki na podjeździe. Samochód odjechał. Ktoś pociągnął za klamkę. Skrzypnięcie drzwi. Odgłos zdejmowanych butów. Kurtka zawieszana na wieszaku. Sunięcie stóp po podłodze. Pstryknięcie włącznika światła. Tato. Skulony. Zgarbiony. Zwieszona głowa. Przeszedł obok niej, jakby była powietrzem. Pomyślała, że to całkiem dobrze. Zgasił światło. Zostawił ją samą w ciemnościach. Wyszedł do sypialni.
                Usłyszała dźwięk syreny policyjnego wozu. Zatrzymał się. Trzasnęły drzwi. Ciche kroki na podjeździe. Samochód odjechał. Ktoś pociągnął za klamkę. Skrzypnięcie drzwi. Odgłos zdejmowanych butów. Kurtka zawieszana na wieszaku. Sunięcie stóp po podłodze. Pstryknięcie włącznika światła. Mama. Skulona. Zgarbiona. Zwieszona głowa. Przeszła obok niej, jakby była powietrzem. Pomyślała, że to całkiem dobrze. Zgasiła światło. Zostawiła ją samą w ciemnościach. Wyszła do sypialni.
                Usłyszała szloch. Głośny. Spazmatyczny płacz. Usłyszała słowa pocieszenia. Nie były kierowane do niej. Teraz to mama potrzebowała pocieszenia. Wstała z fotela i przeszła do sypialni. Nawet na nią nie spojrzeli. Położyła się obok nich. Wtuliła w ramiona taty. Duże, mocne i ciepłe. Przynajmniej takie powinny być. Nie sądziła, że będą całkiem inne. Małe, słabe i chłodne. Mokre od łez. Płakali. Wszyscy razem. Nie wiedzieli, ile czasu minęło. Świat przestał dla nich istnieć. Zabrakło najważniejszej istoty. Zabrakło słońca. Otoczyła ich bolesna ciemność.

***

Policzki jej drżały. W oczach tańczyły łzy. Tak bardzo chciała, żeby ktoś ją przytulił. Spojrzała na Dawida. Być może czytał jej w myślał, a może po prostu znał się na kobietach. Usiadł obok niej i wziął ją w ramiona. Wtuliła się w niego i zaczęła płakać.
-Ciii… - uspokajał ją i gładził po plecach, kołysząc w ramionach – To już nigdy nie wróci, nie ma sensu rozpamiętywać, nie ma sensu, jemu jest teraz dobrze, lepiej niż tutaj, nie chciałby żebyś płakała – mówił cicho i powoli, jak do skrzywdzonego zwierzęcia. A ona pozwalała łzom płynąć. Chciała, żeby wraz z nimi wypłynęły te bolesne wspomnienia, smutek, żal, nienawiść do świata i siebie samej. Czuła się bezpiecznie. Zaufała obcemu człowiekowi. Pomyślała o Kacprze. Przecież on też zaufał… Nie, to nie to samo! Skarciła się w duchu, uspokoiła oddech i delikatnie odsunęła się od Dawida. Wytarła rękawem oczy i nos. Zdawała sobie sprawę, że wygląda wprost żałośnie. Nie tak miała wyglądać ich pierwsza randka… Podniosła oczy i napotkała spojrzenie chłopaka. Patrzył na nią z troską. Miał ściągnięte brwi.
-Przepraszam… - powiedziała speszona.
-Przestań, nie masz za co! Przecież ja to wszystko rozumiem…- rzekł i wtedy Karolina zdała sobie sprawę, jak blisko siebie znajdują się ich ciała. Usta. Jak splatają się ich oddechy. Przeszył ją dreszcz.
-Przyniosłam wam kanapki- zakomunikowała mama, która właśnie weszła do salonu. Speszeni oderwali od siebie wzrok. Karolina szybko wstała i wzięła od mamy talerz.
-Dzięki- odpowiedziała i wzrokiem dawała rodzicielce znać, żeby zostawiła ich samych.
-To ja… pójdę na górę. Muszę trochę… popracować – mama uśmiechnęła się kwaśno i odeszła. Zostali sami. Pojawiło się między nimi napięcie. Gdzieś zniknęła swoboda, która jeszcze niedawno doprowadziłaby do… właśnie, do czego?
-Słuchaj, ja muszę już iść, podziękuj mamie za kanapki, ale spieszę się do domu- Dawid nagle wstał, wziął kurtkę leżącą na oparciu kanapy i zwrócił się w stronę wyjścia. Dziewczynę zatkało. Nie wiedziała, jak zareagować. Otworzyła usta, ale nie wydała żadnego dźwięku. Przed chwilą tulił ją, gładził po plecach, mówił takie czułe słowa, a teraz… teraz po prostu wyszedł. Nie mogła w to uwierzyć. Ale w sumie czego się spodziewała? Zastał ją w takim stanie… pewnie pomyślał, że jest prawdziwą wariatką. Zresztą, teraz miała inne sprawy na głowie. Naprawdę nie powinna przejmować się Dawidem. Musi… musi porozmawiać z mamą. Musi zapytać ją, dlaczego śledczy nie zabrali listu do analizy. Przecież w telewizji widziała, że zabiera się takie dowody, aby znaleźć odciski palców. Więc dlaczego zostawili list w domu…? Odstawiła kanapki na stół i pobiegła na górę.
                Dawid szedł z uśmiechem przez miasto. Wszystko szło po jego myśli. Szybciej, niż mógł się spodziewać. Nie sądził, że tak łatwo uda mu się wkraść w ich łaski. Jedynie ta matka… dziwnie na niego patrzyła. Jakby coś przeczuwała. Ale nie, niemożliwe. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak zachowa się Dawid Głowacki. Nawet on sam. Zaśmiał się cicho na wspomnienie tamtych wakacji. Dziwne, ale rozpamiętywanie tamtych chwil sprawiało mu przyjemność. Wielką przyjemność.

Alicja Mazurek



środa, 10 kwietnia 2013

TRZY.


                Wychodziła z klasy z uśmiechem na ustach. Na PO było naprawdę zabawnie, ćwiczyli prawidłowe bandażowanie i oblepili całego Marcina- klasowego wariata- opatrunkami. Szła ramię w ramię z Wiolą, która była jej najlepszą koleżanką w klasie, przynajmniej potrafiła się z nią choć trochę dogadać. Wiola nie spędzała całych dni przed lusterkiem, nie lubiła zakupów, za to uwielbiała książki i zjawiska paranormalne. A więc miały ze sobą trochę wspólnego. Jedną z różnic między dziewczynami był fakt, że Wiola pochodziła z niezwykle ubogiej rodziny, miała czwórkę młodszego rodzeństwa, jej mama była chora na białaczkę, a jedynym członkiem rodziny, który utrzymywał jej rodzinę, był jej tata- kierowca miejskiego autobusu, którego pensja ledwo wystarczała na opłacenie rachunków, jedzenie i leki dla chorej mamy. Karolina często czuła się naprawdę głupio, gdy odbierała połączenia na swoim super nowym telefonie, sprawdzała godzinę na zegarku za parę tysięcy czy w szatni , w której przebierały się na wf, pokazywała bieliznę od najsławniejszych projektantów. Starała się pomagać w pewien sposób Wioli. Zapraszała ją do siebie na obiady, często wraz z 4-letnią siostrą, która chyba była najbardziej pokrzywdzona z całego rodzeństwa. Była najmłodsza, nie chodziła do szkoły, rodzice nie mieli pieniędzy, aby zapisać ją do żłobka czy przedszkola. Dziewczynka całymi dniami przyglądała się umierającej mamie, która z trudem podawała córce drobne posiłki przygotowane wcześniej przez innego członka rodziny. Gdy Martyna- bo tak miała na imię siostra Wioli- przychodziła do Karoliny zmieniała się nie do poznania. Bawiła się starymi lalkami dziewczyny, ubierała je w najlepsze ubranka, zajadała ze smakiem obiady i desery przygotowane przez służącą Karoliny i oglądała kreskówki na 103-calowej plazmie.
                Wiola nigdy nie wstydziła się, że nie należy do bogatych ludzi, że nie ma najnowszych ubrań, że często na kolację je chleb posmarowany smalcem i cebulą- zresztą bardzo lubiła ten posiłek! Uważała, że o człowieku świadczy stan jego umysłu i dobre serce, a nie markowe ciuchy czy znajomości z ludźmi show biznesu. W tym była podobna do Karoliny, dlatego nie czuła się źle, gdy dziewczyna zapraszała ją do domu. Przeciwnie, lubiła wizyty u koleżanki, przede wszystkim dlatego, że nie czuła, że pomaga jej ona z litości, ale z czystej sympatii.
                Również i tego dnia Wiola miała pójść wraz z Karoliną do domu koleżanki, gdzie miały razem przygotowywać projekt na chemię. Karolina doskonale pamiętała, że umówiła się z Dawidem, ale nie miała pojęcia, co może powiedzieć Wioli. Dobrze wiedziała, że jej koleżanka nie spotykała się z chłopakami, miała do nich ogólnie dość chłodny stosunek. Być może było to spowodowane tym, że w jej rodzinie mężczyźni raczej nie należeli do tych wykształconych, inteligentnych, zaradnych, opiekuńczych i wolnych od uzależnień pół-ideałów.
                Szły w stronę szatni, gdy Wiola powiedziała:
-Widziałaś tego nowego co się bawi w księgową? Strasznie nadęty się wydaje, nie uważasz?
-Yyy… tak… - odpowiedziała zmieszana Karolina. Teraz już naprawdę nie miała pojęcia jak wytłumaczyć się koleżance! Niespodziewanie usłyszała dźwięk telefonu. Na wyświetlaczu widniał napis „TATA dzwoni”. Dziewczyna zdziwiła się, w końcu rodzice rzadko kiedy dzwonili do niej bez powodu, zwykle robili to, gdy coś się stało. Ale co mogło stać się tym razem...?
-Tak, słucham?
-Karolina? Policja znalazła kolejne poszlaki. Chyba są już blisko. Może w końcu odkryją, kto… wiesz… - mówił rozgorączkowany tata dziewczyny.
-Tak, tato, wiem… Mam przyjechać do domu?
-Jeśli możesz. Mama się źle czuła, zresztą rozumiesz… Ona nadal się nie pozbierała…
-Jasne, już jadę. – odpowiedziała Karolina i rozłączyła się. Jej oczy zaszły mgłą. Wiola zauważyła, że coś dziwnego dzieje się z koleżanką, ale nie chciała drążyć tematu, wiedziała, że ta sama powie jej, co się stało, jeśli tylko poczuje się na siłach.
-Wiola… przepraszam cię, ale muszę iść. Przepraszam, ale muszę jechać do domu… sama… Ja… naprawdę cię przepraszam…
-Przestań, nie musisz się tłumaczyć! Rozumiem. Pa i trzymaj się, kochana! – dziewczyna uścisnęła koleżankę na pożegnanie i poszła w stronę wyjścia. Przy drzwiach minęła tego nowego, z pokoju księgowej. Przyglądał się jej dziwnie, natarczywie, zbyt natarczywie… Poczuła nieprzyjemny dreszcz na karku i szybko wyszła na chodnik zalany wiosennym słońcem.
                Karolina stała nieruchomo przy szkolnej szafce. Minuty mijały, ale ona zdawał się tego nie zauważać. Myślami była już gdzie indziej. Przeszukiwała pamięć. Wędrowała w strasznych zakamarkach, które ukrywały przerażające wspomnienia. Wspomnienia lipca 2009 roku, od którego minęły już ponad cztery lata. Cztery długie lata a ona nadal pamiętała każdą przepełnioną strachem sekundę, każde płochliwe spojrzenie mamy, każdą ucieczkę wzroku taty, każde wzruszenie ramionami policjantów. Ale najdokładniej pamiętała Kacpra. Tak małego, bezbronnego, tak strasznie zranionego…

***

                Kacper od początku był dzieckiem, którym zachwycali się wszyscy. Zawsze uśmiechnięty, z zaróżowionymi policzkami, szeroko otwartymi oczkami pragnącymi zbadać wszystko, co spotkały na swej drodze. Maleńkie rączki pragnęły przytulać każdą żywą istotę, czerwone usta obcałowywały wszystkie policzki. I być może to go zgubiło, to, że tak ufał ludziom, tak bardzo wierzył w ich dobroć i miłość…
                Karolina miała 8 lat, gdy urodził się jej upragniony braciszek. Tak bardzo wyczekany przez nią i przez rodziców. Naprawdę bardzo się ucieszyli na wieść o pojawieniu się nowego członka rodziny. Karolina również czerpała korzyści z ich radości. Częściej przebywali w domu, nie wyjeżdżali tak często na wyjazdy służbowe, tata przestał ciągle być w delegacjach z miłymi paniami z pracy. Dziewczynka czuła, że gdy pojawi się braciszek, to wszystko jeszcze bardziej przybierze na sile, być może rodzice bardziej zaczną ją kochać.
                Rzeczywiście, gdy pojawił się Kacper, rodzina Kubackich zmieniła się nie do poznania. Wszyscy rozpływali się w zachwytach nad maleńkim chłopczykiem, który swoim uśmiechem oczarowywał każdego. W dodatku miał takie piękne oczy. Oczy, które w tych ostatnich chwilach były przepełnione bólem i strachem…
                Okres czterech lat po urodzeniu Kacpra był chyba najwspanialszym okresem życia Kubackich. Byli naprawdę szczęśliwi. Każdy weekend spędzali razem, wyjeżdżając na pikniki, biwaki, urządzając przyjęcia dla dzieci i grille dla dorosłych. Wydawało się, że ich szczęście nigdy się już nie skończy. Kacper wlał w nich nową dawkę miłości, pozytywnej energii, a przede wszystkim wiary w ludzi. Za dużo, o wiele za dużo wiary w ludzi…
                W lipcu 2009 roku Kacper obchodził swoje czwarte urodziny. Rodzice chłopca i Karoliny postanowili szczególnie uczcić ten dzień, również ze względu na to, że była to ich 15 rocznica ślubu. Planowali już od dawna wyjechać na pięciodniową wycieczkę do Polańczyka- miejsca, które szczególnie lubili. Połączenie wody i gór idealnie im pasowało, gdyż jedno z nich uwielbiało wylegiwać się na plaży, zaś drugie zdobywać górskie szczyty. Dzieciaki też cieszyły się na ten wyjazd. Lubiły spędzać czas z rodzicami, ale tez lubiły siebie.
                Karolina zawsze starała się okazywać Kacprowi troskę i miłość. Była prawdziwą starszą siostrą. Opiekuńcza, potrafiła mu czegoś zabronić, chwaliła go, ale również karciła za złe zachowanie, wymyślała coraz to nowsze zabawy, rozpieszczała go, spędzała z nim każdą wolną chwilę. Stał się jej oczkiem w głowie, jej najlepszym przyjacielem, tak maleńkim, ale tak dobrze rozumiejącym, co dzieje się w jej głowie. Sądziła, że jej brat jest nad wyraz rozwinięty. Pomimo tego, że miał zaledwie cztery lata, potrafił grać na pianinie i liczyć. Martwiło ją jedynie to, że tylko ona zauważała jego zdolności, rodzice woleli skupiać się na powierzchowności, na tym, jaki był śliczny, słodki, jak soczyste dawał buziaki i jak mocno przytulał.
                Miał bardzo jasne włosy. W ogóle niepodobne do włosów Karoliny. Ogólnie nie był do niej podobny. Pucołowaty, z okrągłą twarzą, lekkimi piegami na całej buzi. Niezwykle lubił dotyk innych ludzi, czego nie można było powiedzieć o Karolinie. Był w stanie wejść na kolana każdej nieznajomej osobie, byle tylko ona tego chciała. To nie było dobre, tego powinni go oduczyć. Ale wtedy jeszcze nie wiedzieli…
                Dwa miesiące wcześniej zamówili domek. Był przepiękny. Usytuowany na wzgórzu, w pobliżu nie było żadnych innych zabudowań. Drewniany, z pokrytym strzechą wysokim dachem. Przed domkiem znajdowało się niewielkie źródełko, ogródek pełen różnokolorowych kwiatów oraz ścieżka, która prowadziła w głąb lasu znajdującego się za budynkiem. On sam był mały, ale wysoki. Dwa pokoje sypialnianie, salon, łazienka oraz kuchnia bardzo im odpowiadały. Wnętrze urządzone było w starodawny typowo góralski sposób. Kominek na środku salonu sprawiał, że pomieszczenie wydawało się niezwykle przyjemne i rodzinne, idealne na taki właśnie wyjazd. Dom posiadał okna wychodzące na werandę, jezioro Solińskie oraz Połoninę Wetlińską. Byli pewni, że spędzą wspaniały weekend.
                Rzeczywiście, zaczął się wręcz idealnie. Wyruszyli o świcie, ubrani w sportowe bluzy i dresy, zaopatrzeni w kosze z jedzeniem. Czekała ich kilkugodzinna podróż samochodem, ale nie byli tym zmartwieni. Lubili razem podróżować. Śpiewali wtedy wakacyjne piosenki, rozwiązywali krzyżówki, zagadki wymyślane przez siebie, opowiadali bajki, planowali czekające ich dni.
                Gdy tylko dojechali na miejsce, wyskoczyli z samochodu i popędzili do domku. Niezwykle ich zachwycił. Pogoda również była cudowna. Słońce ogrzewało skórę, lecz nie prażyło, dzięki czemu upał nie był uciążliwy. Tata wniósł bagaże do salonu, dzieciaki przebrały się w stroje kąpielowe, mama założyła kapelusz z szerokim rondem i razem wyruszyli na plażę.
                Zapowiadał się naprawdę miły dzień. Plaża wypełniona była opalającymi się ludźmi, inni chlapali się w jeziorze, jeszcze inni latali paralotniami. Krajobrazy były naprawdę fantastyczne. Karolina czuła się jak w bajce. Wokół niej było tylu uśmiechniętych ludzi! Wszyscy wydawali się być szczęśliwi, przepełnieni radością, miłością, życzliwością. Trzymała za rękę Kacpra i uśmiechała się do niego. Chłopiec próbował ogarnąć otaczający go świat wielkimi oczyma. Zdawało jej się, że dostrzega w nich strach. Nie rozumiała, dlaczego. A może… może on coś przeczuwał… przecież był tak inny, tak wyjątkowy…
                Rodzice rozłożyli koce na ciepłym piasku, nasmarowali skóry olejkiem i w okularach przeciwsłonecznych patrzyli na ich dzieci bawiące się w wodzie. Karolina był taka opiekuńcza… I bardzo dorosła jak na swój wiek. Kacper zresztą też, ale on był jeszcze taki ciepły, posiadał tą dziecięcą prawdziwość, której brakowało dorosłym. Byli naprawdę szczęśliwi, że mieli tak zdolne i wspaniałe dzieci. Być może przed urodzeniem Kacpra za mało czasu poświęcali Karolinie, za dużo czasu spędzali w pracy, ale teraz starali się to wszystko nadrobić. Zresztą, musieli przecież zadbać o to, żeby ich dzieci miały zapewnioną dobrą materialną przyszłość. To też było ważne.
                Karolina trzymała Kacpra w ramionach i próbowała nauczyć go pływać. Chłopiec zabawnie machał rękoma i nogami, piszczał, śmiał się, miał takie cieplutkie i mięciutkie ciało. Dziewczyna uwielbiała bawić się z bratem. Uwielbiała czuć, że jest mu potrzebna, że uczy go czegoś nowego, że uczy go życia. Podniosła Kacpra do góry i mocno przytuliła. Chłopiec objął ją za szyję mokrymi rączkami i złożył soczystego całusa na jej policzku. Zaczęli się śmiać, a po chwili Kacper wyrwał się siostrze i zaczął uciekać w stronę brzegu. Woda nie była głęboka, ale Karolina mimo to nie czuła się zbyt pewnie, nie mając brata obok siebie. Starała się go dogonić, gdy nagle potknęła się o duży kamień spoczywający pod wodą i upadła. Niespodziewanie straciła grunt pod nogami, a przecież tu miało być tak płytko! Nie mogła się wynurzyć, wymachiwała kończynami, zaczynało jej brakować powietrza. Poczuła, że porywa ją jakaś dziwna siła, której nie była w stanie się sprzeciwić. Ściągało ją w dół, nie dostrzegała już promyków słońca, widziała ciemność, a w płucach czuła ból. Traciła świadomość, choć tak bardzo starała się pozostać wśród żywych. Przecież musiała pomóc Kacprowi, skoro ona się topi, to co dzieje się z jej małym braciszkiem… Mój Boże, co dzieje się z Kacprem?! Co dzieje się z Kacprem… co dzieje się z… co dzieje się… co się dzieje…?
                Poczuła piekący ból w klatce piersiowej. Otworzyła oczy i zaczęła kaszlać. Woda wylewała się jej ustami i nosem. Dusiła się, gwałtownie łapała powietrze, zbawienne powietrze. Po chwili siadła, oparła się rękoma o podłoże, spuściła głowę, która zresztą bardzo ją bolała. Miała ciężki, świszczący oddech. Gardło ją bolało. Bardzo bolało. Jakby ktoś podrapał je paznokciem. Stało nad nią wiele osób. Ratownik, kilku plażowiczów, mama, tata… ale kogoś brakowało, tak, kogoś brakowało. Patrzyła w ich zaniepokojone twarze i nie miała pojęcia, dlaczego nie zauważają, że kogoś wśród nich brakuje. KACPER. Gdzie jest Kacper?!
                Podniosła się szybko na nogi, poczuła zawrót głowy, zobaczyła mroczki przez oczami i osunęła się w ramiona ratownika.
-Karolina! Leż spokojnie i się nie ruszaj! Przed chwilą prawie się utopiłaś! Boże, jak dobrze, że nic ci nie jest, jak dobrze… - mówiła rozgorączkowana mama i gładziła ją po policzku.
-Gdzie jest Kacper?- wychrypiała dziewczyna. Ledwo wydobywała z siebie głos. Była taka zmęczona, chciała zasnąć, ale musiała dowiedzieć się czy nic nie stało się jej bratu.
-Tam, siedzi na kocu, nic mu się nie stało, przestraszył się tylko, jak wpadłaś pod wodę… był jakiś uskok, wir… jak dobrze, że nic ci się nie stało! – mama mówiła, ale Karolina nie słuchała jej słów. Szukała wzrokiem Kacpra. Przebiegała po wszystkich plażowiczach dookoła. Ale jej brata nigdzie nie było. NIGDZIE. Na ich kocu leżała jedynie czapeczka chłopca. Niebieski kaszkiet ze statkiem z przodu. Czerwonym statkiem.
-Mamo, jego tam nie ma, nie ma go na żadnym kocu!- krzyknęła pomimo rozdzierającego bólu gardła.
-Jak nie ma? Tam siedzi, patrz – rzekła, odwróciła się w stronę miejsca, na które patrzyła Karolina i zamarła – pewnie bawi się gdzieś w pobliżu, zaraz go znajdziemy, Rafał, poszukaj Kacpra – rozkazała mężowi. Starała się zachować spokój, ale w jej spojrzeniu dało się zauważyć czający się strach. Mechanicznie gładziła Karolinę po plecach sztucznie się uśmiechając. Dziewczynie zdawało się, że czas się zatrzymał lub płynął niemiłosiernie powoli. Nerwowo potrząsała nogą i przygryzała wargę. Wiedziała, że powinna się uspokoić, przecież Kacper pewnie po prostu bawi się z innymi dziećmi, przecież tak bardzo lubił towarzystwo innych ludzi. Za bardzo…
-Justyna, jego nigdzie nie ma, zgłosiłem to już ratownikom…- powrócił zdyszany tata i zdawał relacje żonie.
-Jak to nigdzie go nie ma? Przecież jeszcze niedawno siedział na kocu, bawił się samochodzikiem, gdzie jest ten samochodzik? – w głosie Justyny słychać było wyraźną już panikę. Zaczęła obgryzać paznokcie, co było oznaką najwyższego zdenerwowania. Dłonie miała zawsze zadbane, paznokcie idealnie pomalowane. Ale od lipca 2009 roku wszystko się zmieniło, włącznie ze stanem dłoni matki Karoliny.
                Mijały minuty, sekundy, godziny. Poszukiwania Kacpra przybrały na sile. Zaczęło się ściemniać, na niebie zbierały się chmury burzowe, słychać było pierwsze grzmoty, a chłopca nadal nie udało się odnaleźć. Najgorsze było to, że nikt go nie widział. Nie było żadnych poszlak. Kacper zniknął, po prostu zniknął. Przepadł. Jak kamień w wodzie. Jak kamień, o który potknęła się Karolina. Gdyby nie kamień, gdyby bardziej uważała, gdyby nie zaczęła się topić… Chłopiec nie zostałby sam nawet na moment. Nie zniknąłby. Karolina siedziała w domku bez zapalonego światła. Rodzice wyruszyli wraz z policjantami i strażakami na poszukiwanie syna, a córce rozkazali zostać w domu, gdyby Kacper nagle wrócił. Być może gdzieś zabłądził, zgubił się i… i zaraz wróci, przecież jest taki mądry! Dziewczyna nie potrafiła przestać się obwiniać. Mama i tata nie pokazywali, że mieli do niej pretensje, ale ona czuła, że myślą, że to jej wina. Uważała zresztą, że woleliby, żeby to ona zaginęła, żeby to jej coś się stało…
                Usłyszała dzwonek telefonu i grzmot. Po chwili niebo rozświetliło światło błyskawicy. Była odrętwiała, dzwonek dźwięczał, ale ona zdawała się tego nie zauważyć. Miała złe przeczucia. Coś podpowiadało jej, że ktoś, kto próbuje się do niej dodzwonić, ma jej do przekazania coś strasznego. Ociągała się z wciśnięciem zielonej słuchawki. Wpatrywała się w wyświetlacz. „Mama dzwoni”. Mama. Mama jej nie kocha. Może kiedyś kochała, ale teraz… teraz już na pewno przestała. Przestała, bo… Po jej policzkach spłynęły łzy. Ona to wiedziała. Nie potrzebowała odbierać telefonu.
-Tak?- rzekła cichym głosem do słuchawki.
-On…- mamie załamał się głos. Głośno załkała.
-Wiem… - odpowiedziała Karolina, rozłączyła się, skuliła i poczuła, że nie ma już po co żyć. Kacpra nie było. Więc jej też nie powinno być. Chciała zniknąć. Tak bardzo chciała zniknąć.

***

                Miała w oczach łzy. Otarła je ze zdenerwowaniem ręką. Nie lubiła okazywać emocji. Od tamtego pamiętnego dnia. Nie lubiła go wspominać. A z drugiej strony nie było dnia, żeby tego nie robiła. Codziennie po zgaśnięciu światła i położeniu się w łóżku widziała twarz Kacpra. I płakała. Tak bardzo płakała. Bo to ona powinna być na jego miejscu. TO ONA POWINNA ZOSTAĆ TAK STRASZLIWIE ZAMORDOWANA! Zagryzła wargę. Krew pociekła jej po brodzie. A więc znowu się zaczyna, znowu poczuła ulgę dzięki bólowi fizycznemu… Zarzuciła kurtkę na ramię i wyszła ze szkoły. Szybkim krokiem szła w stronę przystanku. Chciała znaleźć się już w domu. Chciała dowiedzieć się, co nowego odkryli śledczy. Chciała w końcu poznać osobę, która zrobiła coś tak okropnego małemu, bezbronnemu dziecku…
              Zapomniała o Dawidzie. Zapomniała o radosnym podnieceniu, które przepełniało ją od kilku dni. Zapomniała. I może dlatego nie zauważyła wielkich czekoladowych oczu, które wpatrywały się w nią z niechęcią. Oczy nie znoszące sprzeciwu. Oczy należące do mężczyzny, który nienawidził osób, które robiły cokolwiek nie po jego myśli. A wystawienie go nie należało do rzeczy, które mu odpowiadały. Odwrócił się ze złością. Miał plan. Miał cholernie dobry plan.


Alicja Mazurek

niedziela, 31 marca 2013

DWA


-Nic ci nie jest?- zapytał z troską w głosie trzymając ją w ramionach. Pachniał odurzająco. Był zbyt blisko, zapach stawał się zbyt intensywny, zbyt… erotyczny.
-Nie… dzięki za… za uratowanie… - mówiła nie mogąc złapać tchu. Sama nie wiedziała, co tak na nią zadziałało. Wizja wypadku czy może obecność  tego wspaniałego mężczyzny tak blisko niej…
-Uważaj na siebie – rzekł miękko i z niechceniem wypuścił ją z objęć. Stała przed nim z miną wyrażającą rozczarowanie. Zdawała sobie sprawę, że musi wyglądać niesamowicie śmiesznie, ale nie potrafiła ukryć, że bardzo chciała, aby tajemniczy towarzysz podróży z autobusu wciąż otaczał ją silnymi ramionami.
-Na pewno dobrze się czujesz? Nie wyglądasz za dobrze, może odprowadzę cię do domu?- zapytał, tym razem już widocznie rozbawiony. Nic dziwnego, w końcu gapiła się na niego z lekko otwartymi ustami i oczami, które mogłyby konkurować z tymi z kota ze Shreka. Ze zdenerwowaniem pokręciła głową.
-Tak, dobrze się czuję, dzięki za komplement - zaznaczyła ironiczne urażona stwierdzeniem, że niezbyt dobrze wygląda -I za uratowanie życia. A teraz pozwól, że już pójdę. Śpieszę się na autobus – burknęła zażenowana, wyminęła mężczyznę i szybkim krokiem powędrowała w stronę przystanku. Miała ochotę obejrzeć się i sprawdzić czy jej wybawca nadal tam stoi, ale wiedziała, że tylko dałaby mu tym kolejny powód do naśmiewania się z niej. Zacisnęła zęby i z opuszczoną głową szła przed siebie. Zastanawiało ją tylko, skąd ten mężczyzna wziął się w pobliżu jej szkoły? Przypadek? Spotkanie z takim bóstwem i to dwa razy w ciągu dnia… Tak, dwa razy w ciągu dnia, a ty, idiotko, nic z tym nie zrobiłaś! Inne dziewczyny już dawno uwiodłyby go spojrzeniem, wymieniły się numerami, chociażby poznały jego imię, ale nie, nie ona, zbyt głupia i wstydliwa. Była na siebie naprawdę zła, gdy wchodząc do autobusu włączała swoją ulubioną piosenkę na odtwarzaczu MP3. „Mad Word” Gary’ego Jules’a zawsze ją uspokajał, bo tekstem tak doskonale opisywał to, co i ona czuła. Smutny świat, szalony świat, pełen smutnych twarzy…

***

                Weszła do domu i włączyła komputer. Facebook, gg, ask, fotoblog i inne głupie strony, z których korzystała sama nie wiedząc czemu. Miała tam mnóstwo znajomych, ale tak naprawdę ich nie znała, rzadko komu z nich mówiła „cześć”. Pod tym względem była podobna do innych. Chciała akceptacji. Chciała przyjaciół, ale nie potrafiła ich znaleźć… Westchnęła, włączyła płytę Adele i zaczęła robić zadania z matmy. Ciągi naprawdę ją wykańczały…
                Usłyszała charakterystyczny dźwięk ogłaszający nadejście powiadomienia na facebooku. Zdziwiła się, bo niczego w ostatnim czasie nie udostępniała. „Dawid Głowacki lubi Twoje zdjęcie”. Dawid Głowacki? Nie miała pojęcia, kim był ów „fejsbukowicz”. Weszła na jego profil. 26 lat,były student ekonomii, chodził kiedyś do szkoły, do której ona teraz uczęszcza. Weszła w album jego zdjęć. Niestety mogła zobaczyć tylko jedno, reszta była zablokowana. Niewiele mogła na nim dostrzec, było czarno-białe, ukazywało fragment ust, jedno około i kawałek policzka. I kilka włosów opadających na czoło. Nie wydał jej się znajomy, wyszła z jego profilu zdziwiona polubieniem jej zdjęciem. Pomyślała, że może jednak jeszcze komuś się podoba i uśmiechnęła się. Wstała od biurka i podeszła do lustra. Przyjrzała się sobie, poprawiła włosy, wygładziła szarą bluzkę opinającą jej zgrabne ciało. Nie była brzydka, może tylko mało kobieca. Drobna, nie miała figury klepsydry, pełnych bioder. Usłyszała nadejście kolejnego powiadomienia. Tym razem wiadomości. Wróciła do komputera i ujrzała wiadomość od Dawida. Kim był do cholery jasnej ten chłopak?
                „Witaj, trafiłaś szczęśliwie do domu? Nie masz żadnych nieprzyjemnych skutków po dzisiejszym prawie wypadku?”- głosiła wiadomość. Ależ  była głupia! Jak mogła nie poznać tego faceta?! Przecież to on, jej tajemniczy towarzysz podróży, jej wybawca! Serce waliło jej jak młotem, skąd on wiedział jak ona się nazywa?! Cholera, cholera, cholera, nie mogła się uspokoić, zerknęła nerwowo za siebie, przez okno, miała dziwne wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Znowu wyobraźnia płatała jej figle… W końcu wystukała odpowiedź: „Witaj, tak, trafiłam szczęśliwie. Na szczęście nic mi się nie stało, bo KTOŚ mnie uratował. Tak w ogóle, skąd wiesz jak się nazywam?”. Niecierpliwie patrzyła na wirtualne pióro oznaczające, że Dawid pisał do niej wiadomość. Wydawało jej się, że minęły wieki, zanim ujrzała tekst napisany przez tajemniczego mężczyznę: „KTOŚ bardzo się cieszy, że uratował tak piękną dziewczynę. Karolino, po prostu mamy wspólnych znajomych J”. No tak, a ty co sobie myślałaś, że szukał cię w Urzędzie Stanu Cywilnego?! Poczuła, że robi się jej gorąco. Oblała się rumieńcem. Nie wiedziała czy powodem był komplement, jaki dał jej Dawid, czy też jej głupota. Wysłała kolejną wiadomość:
Karolina Kubacka: Nie zauważyłam J To miłe, że uważasz, że jestem piękną dziewczyną.
Dawid Głowacki: Stwierdzam jedynie fakty J Widzieliśmy się dzisiaj również w autobusie, nieprawdaż?
Karolina Kubacka: Dokładnie, dziwny zbieg okoliczności.
Dawid Głowacki: Wcale nie taki dziwny, jechałem tym autobusem żeby trafić do szkoły ( do której zresztą chodzisz ), aby zanieść tam moje CV J
Karolina Kubacka: CV? Co będziesz robił w mojej szkole?
Dawid Głowacki: Pracował J
Karolina Kubacka: Tego się domyśliłam.
Dawid Głowacki: Wiem, przepraszam, kiepski ze mnie żartowniś J Mam zamiar zatrudnić się na miejscu księgowego.
Karolina Kubacka: O, coś nowego, zwykle z posadą księgowej… przepraszam, księgowego… księgowej… no właśnie! Zwykle jest to kobieta J
Dawid Głowacki: Zauważyłem J Przepraszam, muszę już lecieć, może kiedyś jeszcze PRZEZ PRZYPADEK spotkamy się, ty w szkole, ja w pracy J Do zobaczenia J
Karolina Kubacka: Do zobaczenia J
                Miała wypieki na twarzy. Ta krótka rozmowa wydawała jej się najwspanialszą konwersacją w życiu! A przecież wymienili tylko kilka nieistotnych zdań… Jednak czuła, że ten mężczyzna ma naprawdę dużo do powiedzenia. Dużo ciekawego do powiedzenia. Szkoda, że musiał iść, tak szybko… Postanowiła, że zaprosi go do znajomych. Była pewna, że przyjmie zaproszenie, ale czuła się trochę dziwnie wysyłając je. W jej brzuchu tańczyły motylki! Tego totalnie nie potrafiła zrozumieć, ale nawet nie próbowała, jej ciało często ją zadziwiało. Często? Nie, tylko przy tym facecie. Czuła się przy nim taka… zniewolona, onieśmielona, a z drugiej strony wywyższona i uwielbiona. Znowu wyobrażała sobie Bóg wie co! Wyłączyła komputer, sięgnęła do szafy po piżamę oraz bieliznę i ruszyła do łazienki, aby uraczyć się długą, gorącą kąpielą. Uwielbiała kąpiele. Wśród zapachu bzu, migdałów, róż… Czuła się wtedy jak nimfa. Zaśmiała się cicho. Naprawdę powinna przestać tyle czytać.

***

                Zastanawiała się, dlaczego Dawid do tej pory się nie odezwał. Minęło już równo 10 dni od ich pierwszego niespodziewanego spotkania. Owszem, przyjął zaproszenie do znajomych, ale nic poza tym. Zauważyła, że w ogóle rzadko kiedy siedzi na facebooku. W profilu miał podany numer telefonu, miała ogromną ochotę napisać do niego, ale postanowiła, że nie będzie się narzucać, to on powinien do niej napisać. Poza tym przecież dał jej do zrozumienia, że następnym razem porozmawiają, gdy spotkają się w szkole.
                Właśnie miała biologię, lekcję, której najbardziej nienawidziła. Nie prowadziła nawet zeszytu, nauczycielka dyktowała tak szybko, że nawet robot nie byłby w stanie zapisać chociażby połowy notatki. Uczyła się z książki i to wystarczało, aby miała czwórkę. Ledwo, ledwo, ale jednak.
                Niezwykle się nudziła. Postanowiła, że wyjdzie do łazienki. Powiedziała nauczycielce, że wychodzi i niespiesznym krokiem udała się w stronę toalety. Po drodze oglądała portery absolwentów szkoły. Postanowiła odnaleźć wśród nich Dawida. Po kilku minutach znalazła go w klasie matematyczno-fizycznej. Uśmiechnęła się. A więc był na takim samym profilu, co ona. Dokładnie oglądała jego zdjęcie. Już wtedy był przystojny, chociaż było to jakieś 7 lat temu. Był mniej męski, na jego twarzy nie widniał ten seksowny zarost, ale oczy już wtedy miał niezwykle ciemne, ciemne jak jego… dusza? Znowu te myśli, nie wiedziała dlaczego, ale przy spoglądaniu w oczy tego mężczyzny czuła, jak ogarnia ją mrok. Czuła jak robi się smutna. Nie spodobało jej się to, więc oderwała oczy od portretu i odwróciła się w stronę łazienek.
-Komu się przyglądałaś?- zapytał mężczyzna głosem, którego nie była w stanie zapomnieć. Odwróciła się i ujrzała przed sobą Dawida, stał z założonymi rękoma, lekko się uśmiechając, przekrzywiając zabawnie głowę. Ubrany był w ciemne dżinsy i koszulę, która lekko odsłaniała włoski na jego klatce. Bezwiednie przesunęła językiem po swojej wardze i pomyślała, że bardzo chciałaby, aby mężczyzna ją pocałował.
-Hej, zadałem ci pytanie!- powiedział zabawnie machając jej przed oczami ręką. Uśmiechał się pięknie, z jego oczu zniknął mrok.
-Przepraszam, zamyśliłam się. Ja… y… patrzyłam na ciebie- rzekła i opuściła z zażenowaniem wzrok. Usłyszała głośny śmiech.
-Wiem, tak tylko zapytałem, nie musisz się chować, zbyt piękne masz oczy.
-Ym… dzięki.
-Wiesz, ja niestety muszę już lecieć, jestem tu na okres próbny, a chciałbym zagrzać miejsce. Ale może byśmy się umówili? O której kończysz lekcje?
-14:15.
-Świetnie! Ja kończę pracę o 14, więc zaczekam na ciebie przy głównym wejściu, co ty na to?
-Y… no… okej.
-Super, więc do zobaczenia!- wręcz krzyknął z nieudawaną radością i oddalił się w stronę gabinetu księgowej… księgowego… nieważne! Stała jak wryta. Nie mogła uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. Dawid, bóstwo, zaprosił ją na randkę! Nie, nie na randkę, na zwykłe spotkanie, tak, to tylko zwykłe spotkanie. Cholera, dlaczego zrobiła z siebie taką idiotkę i odpowiadała monosylabami! Trudno, nic już nie mogła na to poradzić. Teraz musiała tylko wyglądać naprawdę olśniewająco na ich randce… spotkaniu! Zaraz, zaraz. Olśniewająco? Przecież mieli się spotkać zaraz po szkole! Tupnęła ze złością nogą i udała się do łazienki. Zostały jej 2 godziny lekcyjne, musiała się chociaż trochę ogarnąć. Cieszyła się, że chociaż strój miała w miarę odpowiedni do randki… spotkania! Obcisłe czarne spodnie, błękitna lekko prześwitująca bluzka z delikatnym dekoltem, baleriny. Trudno, najwyraźniej nie było jej pisane wyglądać pięknie przy Dawidzie.

Alicja Mazurek

piątek, 29 marca 2013

JEDEN.


Jechała autobusem. Każdy jej dzień zaczynał się tak samo- jazdą autobusem. Wcześniej oczywiście poranna toaleta, śniadanie, ale to jazda autobusem stanowiła punkt główny każdego ranka. Jazda zatłoczonym pojazdem wśród ludzi, których każdego dnia próbowała rozgryźć.  Patrzyła na ich twarze i czytała emocje malujące się na nich. Ból, złość, radość, podniecenie. Wymyślała historie dla tych ludzi. Uważała, że dzięki temu te szare postacie w szarym tłumie nabiorą koloru, że świat nabierze koloru. Może tylko dla niej, ale jednak.
Tego dnia także jak zwykle jechała autobusem. Siedziała obok mężczyzny o zagubionym wzroku. Ciekawe dlaczego tak wygląda? Może się boi. Boi się siebie samego. Swoich marzeń, celów, tego, że mogłyby się spełnić. Boi się, że byciem sobą zawiedzie otaczających go ludzi. Po chwili zdała sobie sprawę, że opisuje samą siebie. Często to robiła. Dlatego tak lubiła jazdę autobusem. Wtedy mogła spojrzeć na siebie z góry, ocenić swoje zachowania i w pewnym sensie lepiej poznać swoją duszę. Podczas tych krótkich podróży podejmowała decyzje  o zmianie swego życia, ale po otworzeniu autobusach drzwi i opuszczeniu autobusowego wnętrza pojawiały się inne problemy i zmiana swojego życia przestawała być już tak ważna. Czas na sprawdziany, kartkówki, irytujących nauczycieli i otoczenie pustych panienek.
Jechała autobusem i zastanawiała się, dlaczego na świecie jest tyle fałszu i obłudy, tyle cierpienia i chorób, tyle klęsk żywiołowych i wojen. Czym ludzie sobie na to zasłużyli? Dlaczego zostali opuszczeni przez Stwórcę i zdani na własną wolną wolę? Nie potrafią z niej korzystać, nigdy nie potrafili i nigdy nie będą potrafić. Biedni ludzie. Zagubieni w świecie, zdezorientowani, przytłoczeni.
Właśnie taki był mężczyzna siedzący obok niej. Przyglądała mu się bez zażenowania, oglądała dokładnie jego profil, idealnie wykrojone usta, długie rzęsy, wyraźne kości policzkowe. Musiała przyznać, że był przystojny. Ciemne włosy, ciemna karnacja, ciemne oczy. Ciemna dusza? Zastanawiała się nad tym, powoli odpływała w świat fikcji wymyślając historię życia mężczyzny, gdy ten nagle spojrzał przenikliwie prosto w jej oczy, a ją przeszył dreszcz. W płucach zabrakło jej powietrza, zresztą nie był jej już ono potrzebne, bo zapomniała całkowicie o oddychaniu. Chłonęła całą sobą spojrzenie, którym obdarzył ją tajemniczy towarzysz podróży. Jego oczy przestał mieć zagubiony wyraz, źrenice rozszerzyły się, a usta zacisnęły w wąską linię. Patrzył na nią jakby… jakby chciał zrobić jej krzywdę. Miał spojrzenie tych wszystkich psychopatów z horrorów. A może tak tylko działała jej wybujała fantazja? Nie czuła się dobrze czując na sobie to spojrzenie, ale też nie mogła przestać patrzeć w te wielkie czekoladowe oczy.
-Przepraszam, wysiadam tutaj, możesz mnie przepuścić?- odezwał się niskim głosem. I wtedy jakby wszystkie emocje opadły, znowu jechała zwyczajnym autobusem wśród zwyczajnych ludzi. Oblała się szkarłatnym rumieńcem, sama nie wiedząc czemu i nieporadnie wstała przepuszczając mężczyznę. Gdy prześlizgiwał się obok niej, bezwiednie wstrzymała oddech. Poczuła jego zapach. Był nieziemsko odurzający i zmysłowy, dziwiła się, ze dopiero teraz go wyczuła. Jego kurtka lekko dotknęła jej płaszcza. Materiały otarły się o siebie i zaszeleściły. Szelest ten sprawił, że wyobraziła sobie ciemną uliczkę w parku, po której powoli idzie mężczyzna. Posuwa się w jednostajnym rytmie, jego twarz ukryta jest w cieniu, ona nie widzi go, ale po chwili ten odwraca się i strzela w jej stronę nabitym wcześniej pistoletem. Potrząsnęła głową i zaśmiała się cicho. Zdecydowanie miała zbyt wybujałą wyobraźnię. Tajemniczy towarzysz podróży stał już przy wyjściu, za chwilę drzwi miały się otworzyć i być może już nigdy nie ujrzałaby człowieka, który tak bardzo ją zaciekawił. Autobus zatrzymuje się, drzwi powoli się rozsuwają i już go nie ma. A wydawało jej się, że… że może w końcu spotkała tego KOGOŚ. Że poczuła to COŚ. Głupia.
                Autobus przejechał kilka przystanków i w końcu i ona wysiadła. Przypomniała sobie, że w szkole czeka na nią 8 lekcji i 4 sprawdziany. Nauczyciele znowu nie przestrzegali regulaminu, ale przestała się już tym przejmować. Trzeba było się uczyć i nic nie można było na to poradzić. Miała tego dosyć, ale chciała dać rodzicom powód do dumy. Czasem naprawdę nie dawała rady, zakuwanie po nocach nie było dobre dla jej organizmu, ale tak bardzo chciała, żeby rodzice w końcu ją… pokochali. Tak naprawdę nigdy nie czuła ich miłości. Owszem, miała wszystko, co zapragnęła. Najmodniejsze ubrania, najnowsze gadżety, kolosalne kieszonkowe, imprezy, wycieczki, ale poza tym nie miała nic. Nie pamiętała, kiedy ostatnio mogła porozmawiać z mamą. Zawsze były ważniejsze sprawy, praca, zebrania, wyjazdy służbowe. Ojca widywała jeszcze rzadziej niż mamę, on wiecznie był w delegacjach, podejrzewała, że nie chodziło tu tylko o wyjazdy służbowe, ale to nie była jej sprawa, nie miała prawa się mieszać. Tak bardzo chciała, żeby rodzice zwrócili na nią uwagę, żeby zaczęli traktować ją jak człowieka, a nie rzecz, którą można kupić. Próbowała już wszystkiego. Przechodziła okres buntu, ćpała, piła, kradła, uciekała z domu. Ale wtedy wynajmowali najdroższych psychologów, zamiast z nią porozmawiać. Więc zaczęła się starać im dorównać. Oni byli mistrzami swoich zawodów, ona zapragnęła stać się mistrzem w szkole. I udawało się jej. Miała najwyższą średnią w klasie, chodząc do jednego z najlepszym liceów w województwie jej oceny to były prawie same piątki i czwórki. Ciężko na nie pracowała i była z siebie naprawdę dumna, ale niestety tylko ona. Rodzice zdawali się nie zauważać, jak inteligentna i zdolna jest ich córka. Może po prostu nie mieli na to czasu.
                Westchnęła ciężko i nacisnęła na klamkę szkolnych drzwi. Uderzył w nią natłok głosów, szumu, hałasu. Nie lubiła tego. Ogólnie nie lubiła szkoły. Wolała pracować w ciszy przy biurku lub na łonie natury, gdzie wszystko egzystowało ze sobą w idealnej harmonii. Nie to co tutaj. Nie lubiła swojej klasy. Pełnej dziewczyn, dla których najważniejszy był wygląd i posiadanie super przystojnego chłopaka, który oczywiście musiał być sportowcem. Ona jeszcze nigdy nie miała chłopaka. Nie chciała byle kogo. Pragnęła mężczyzny, który całkowicie by nią zawładnął. Który zadziałałby na nią jak… tajemniczy towarzysz podróży z autobusu. Po raz kolejny tego dnia potrząsnęła głową starając się odgonić od siebie dziwne myśli i z niechęcią udała się na biologię.
***
                Miała za sobą naprawdę ciężki dzień. Zawaliła sprawdzian z matmy, niemiecki też poszedł jej fatalnie, dostała banię z chemii, a na angielski nic nie umiała, bo uczyła się pół nocy z matematyki, przez co dostała dwóję za odpowiedź. Naprawdę powinna przestać przejmować się aż tak bardzo ocenami. I tak nikogo poza nią to nie obchodziło. Nawet nie miała przyjaciół. Zawsze sama, odizolowana, jakby z innego świata… Nie mogła z nikim znaleźć wspólnego języka. Nie lubiła rozmów o chłopakach, kosmetykach, nowych gwiazdach popu. Chciała prowadzić konwersacje na tematy bardziej wysublimowane, lubiła filozofię, tak bardzo interesowały ją sprawy dotyczące fizyki, a szczególnie podróży w czasie. Ale nikt z jej rówieśników nie miał takich zainteresowań, a przynajmniej nikt z jej rówieśników z jej otoczenia. Owszem, czasami po wejściu na czat znajdywała kogoś, kto potrafił długo i mądrze rozmawiać na tematy poruszające sprawy dziwne, niezbadane, ale były to z reguły osoby mieszkające na drugim krańcu kraju bądź nawet kontynentu. Widocznie nie było jej dane rozmawiać w realnym świecie z ludźmi podobnymi do niej. Dobrze, że miała chociaż książki. Bardzo lubiła czytać. Potrafiła całym dniami siedzieć w łóżku i pożerać lektury. Czasem nawet zapominała o jedzeniu, co dobrze wpływało na jej figurę.
Była wysoka i szczupła, miała bardzo bladą cerę, niektórzy twierdzili, że nieskazitelną. Duże błękitne oczy i długie rzęsy sprawiały, że była naprawdę ładną dziewczyną. Zgrabny nosek, długie kruczoczarne włosy i małe usta dopełniały ten obraz przyciągający uwagę niejednego mężczyzny. Ale ona tego nie potrzebowała. Nie pragnęła, tak jak większość dziewczyn w jej wieku, być adorowaną i wielbioną przez całą męską populację. Chciała tylko miłości rodziców, akceptacji społeczeństwa i może jakiegoś małego przyjaciela, któremu mogłaby się zwierzać ze swoich trosk i radości. Ale nie było jej to dane. Dostawała zawistne spojrzenia znajomych ze szkoły i niechęć chłopaków, którzy nie byli przyzwyczajeni do odrzucania przez dziewczyny. Żyła więc sama, skryta pod maską obojętności, zanurzona w świecie fantazji.
Szła chodnikiem na przystanek. Miała do pokonania jeszcze jakieś siedemset metrów. Lubiła spacery. I jazdę na rowerze. Ogólnie lubiła ruch na świeżym powietrzu. Często rano jeszcze przed wyjściem do szkoły biegała przez dwadzieścia minut. Pomimo zmęczenia, czuła się wtedy bardziej wypoczęta i gotowa na kolejny dzień wśród ludzi tak do niej niepodobnych. Na dworze było dość ciepło, w końcu w przyrodzie widać było pierwsze oznaki wiosny. Słońce delikatnie ogrzewało jej twarz, ptaki cichutko śpiewały a lekki wietrzyk rozwiewał jej włosy. Odetchnęła głęboko i na moment zamknęła oczy. Nagle poczuła przed sobą świst powietrza wywołany przejeżdżającym bardzo blisko pojazdem, pisk opon i straciła grunt pod nogami. Oczami wyobraźni już czuła ból tyłka po wylądowaniu na twardy chodnik, ale zamiast tego poczuła jedynie mocny uścisk dłoni w pasie. Otworzyła oczy i ujrzała przed sobą wielkie czekoladowe oczy, które tym razem patrzyła na nią z troską i… uwielbieniem?
                

Alicja Mazurek