Rozdział XVI
"Nie ufaj nikomu"
Głos twierdził, że będę wiedziała, co robić, ale ja kompletnie nie mam pojęcia, gdzie powinnam się udać. Zachwycam się otaczającym mnie pięknem. Gwiazdy. Jakie piękne gwiazdy. Co jakiś czas widzę, że któraś mruga, najpierw wolno, potem coraz szybciej. Robi się coraz większa. Coraz jaśniejsza. Tak gorąca, że czuję jej żar, a przecież jest tak daleko. I wybucha. Wielki wybuch. Koniec kolejnego istnienia. Koniec... Czy właśnie to czeka Sfery? Wielki wybuch spowodowany głupimi wojnami o... no właśnie, o co te wojny? Nad czym Zło chce panować? Tu już nic nie ma. Brud. Smród. Wszystko spalone. Zniszczone. Nawet niebo nie jest już błekitne. Ogarnia mnie poczucie bezsensowności mojej misji. Przecież nawet jeśli uda mi się usidlić Zło, co dalej? Gdzie żyć? JAK żyć? Wszystkie przenikające się Sfery tak samo zniszczone. Nie ma nic. Egzystencja pod powierzchnią ziemi? To można nazwać tylko i wyłącznie pustą egzystencją. Nie chcę tego. Już lepiej... nie, nie mogę tak myśleć. Ale, do cholery, nie ma innego wyjścia! Muszę zniszczyć świat. Wyrządzę mu tym samym największą przysługę. W dodatku, kim ja teraz tak naprawdę jestem? Z czym wiąże się moja rola Istoty? Jak widzą mnie inni? Czy jestem teraz skazana na samotność? Tak bardzo tęsknie za bliskimi... Nawet za Lunem i Agnes. Co się z nimi stało? Czy oni też przeszli na stronę Zła? A jeśli w jakimś stopniu je zniszczę, to czy zgładzę też jego sługów? Nic nie rozumiem, nic nie wiem... Jestem głupia. Jestem zwykłym człowiekiem. No, może nie do końca zwykłym, ale o Sferach dowiedziałam się zaledwie... nawet nie wiem, kiedy się o nich dowiedziałam. Nie wiem, ile czasu minęło. Chciałabym, żeby wszystko wróciło do normy. Tak po prostu.
Nagle świst. Huk. Jakiś wybuch, którego siła wyrzuca mnie gdzieś daleko. Nie wiem, co się dzieje. Wokół mnie nie ma już gwiazd. Nie ma nic. Ciemność. Hałas. Zatykam uszy, ale to w niczym nie pomaga. Moja głowa pulsuje. Czuję, że zaraz wybuchnie. Czerń. Tak przeraźliwie ciemna. Jakby gęsta smoła, w której powoli się zatapiam, która zaraz mnie pochłonie. Jestem przerażona. A przecież jeszcze przed chwilą czułam tą ogromną moc! Próbuję skupić się na jakimś zaklęciu, którego w rzeczywistości nie znam, przywołać w myślach światłośc, cokolwiek. Nic. Nic się nie dzieje. Ciemność. Twarze. Z ciemności wyłaniają się twarze. Tysiące ciemnych, zimnych twarzy. Ogromne puste oczy. Gorące oddechy. Parzący dotyk. Elmal. Zło. Jestem Istotą. Muszę ich pokonać. Jeśli teraz mnie dopadną, wszystko się skończy. Nie mogę. Nie mogę do tego dopuścić. Co robić?! Libertad, gdyby była tu Libertad. Ale teraz jestem od niej silniejsza. Teraz jestem silniejsza od nich wszystkich. Dam radę. Muszę dać radę. Tylko jak, jak do cholery?! Chcę się ukryć. Muszę się ukryć. "Seguridad"- znikąd pojawia się w mojej głowie. Słowo, którego znaczenia nie znam. Kieruję ręce w stronę napierających na mnie sylwetek i krzyczę sformułowanie, które podpowiedziały mi chyba gwiazdy. Wybuch, a raczej tylko jego konsekwencje. Magowie ropraszają się na wszystkie strony. Znikają. Zostaję sama. Seguridad... Dlaczego...w jaki sposób...? Zamykam oczy. "Chcę być z Libertad!"- myślę. Przywołuję w pamięci jej osobę. Melodyjny głos. Delikatne dłonie. Ach, Libertad! Jesteś taka mądra, dlaczego to nie ty zostałaś wybrana na Istotę?
-Bo każdy z nas ma swą misję. Moja została już wypełniona. A twoją jest danie spokoju światu- słyszę głos Libertad. Zwariowałam. Najwyraźniej zwariowałam. Kręcę głową i śmieję się pogardliwie sama z siebie.
-Otwórz oczy, Floro. Wezwałaś mnie, dlaczego teraz uciekasz?- znowu ten sam głos. Coś jest chyba ze mną nie tak.
-Floro!- dotyk lodowatej dłoni na ramieniu. Wzdrygam się. Serce zaczyna mi szybciej bić. A więc to nie omamy. Libertad tu jest! Otwieram oczy. Przede mną stoi mała, wątła staruszka. Pomarszczona skóra. Płowe włosy. Zapadnięte policzki. A przecież... Widok ten sprawia mi ból. Czuję łzy spływające po moim policzku. Gorące łzy na zimnej twarzy.
-Nie płacz. Przecież wiesz, że mój czas dobiega końca. Ale teraz mogę odejść w spokoju, bo wiem, że Sferami rządzi mądry i sprawiedliwy mag- tylko głos wciąż pozostał ten sam. Niosący ukojenie. I radość.
-Och, Libertad! Nie jestem mądra, nic nie rozumiem! Nawet nie wiem, co mam robić! Nie potrafię uspokoić Zła, nie potrafię panować! Mam 17 lat!!! - krzyczę i już zanoszę się płaczem. Libertad zbliża się do mnie, a ja padam jej w objęcia. Ja, wielka i potężna, wtulam się w to drobne ciało. A przecież jeszcze niedawno to ja byłam przy tej boginii nic nie znaczącym ziarenkiem piasku...
-Chciałabym ci pomóc, ale nie potrafię. Wbrew pozorom to TY wiesz więcej, to TY znasz wszystkie tajemnice tego świata. Całego świata. Wystarczy, że wsłuchasz się w głos serca, głos natury, gwiazd- Libertad gładzi mnie po plecach i włosach. Mama też tak robiła, gdy byłam mała. Dokładnie tak się teraz czuję. Mała i bezbronna... I dlaczego ktoś znowu mówi o tym słuchaniu własnego serca?! Przecież takie rzeczy wygaduje się tylko w filmach i bajkach, każdy racjonalnie myślący człowiek wie, że w prawdziwym życiu liczy się tylko logiczne myślenie, a nie jakieś tępe wsłuchiwanie się w rytm uderzeń tego zwykłego kawałka mięsa i doszukiwanie się w tym znaków. Dosyć, dosyć, dosyć! Wyrywam się kobiecie:
-Przestań! Wcale tak nie jest! A to durne serce nic mi nie powie! Nie wiem, co się ze mną stało! Nie wiem, jak mam się poruszać w tej...próżni. Nie wiem, jak rozmawiać z ludźmi. Nie wiem, co konkretnie mam zrobić ze Złem. Nie wiem, Libertad, nic nie wiem. Odkąd się tu znalazłam, prawie cały czas czuję się nie na miejscu. Już nawet nie wiem, co czuję. Wcześniej chociaż wiedziałam, że muszę pomóc Dobru, żeby uratować rodzinę i Krzyśka. A teraz? Krzysiek jest po stronie Noche. On...chyba przestał być dla mnie tak ważny, jak kiedyś. Mama, bracia? O nich nie myślę, nie potrafię juz przywołać w pamięci ich wyglądu. Nie mam pojęcia, od jakiego czasu tutaj jestem. Wiem tylko, że to wszystko jest bez sensu, do niczego nie prowadzi. Jestem Istotą, tak? A więc co? Koniec z moim ludzkim życiem? Koniec z byciem nastolatką? Odebraliście mi wszystko, z czym się liczyłam. Odebraliście mi życie. Teraz jestem w stanie tylko wegetować, jak roślina, a i to podlega dyskusji. Przecież ja nawet nie muszę jeść, pić, spać! Unoszę się tutaj bez celu, czuję się samotna i bezużyteczna. Gdy pojawia się Zło, rośnie we mnie też siła, ale nie ma to nic wspólnego z moją niby mocą. To strach i nic więcej. Boję się, bo nie wiem, co tak naprawdę się ze mną stanie. Boję się śmierci, ale z drugiej strony tak bardzo chciałabym przestać istnieć. Mam dosyć, Libertad, ja naprawdę mam dosyć. Wybierzcie kogoś innego. Chociażby Kadmę. Jest piękna, inteligentna i z pewnością godniejsza ode mnie tego..."stanowiska". Przede wszystkim ona jest magiem. Wychowała się w tym środowisku. A ja? Zostałam tu wrzucona na siłę, niczego mnie nie nauczyliście, o niczym nie powiedzieliście. W jaki sposób mam wami władać? To bez sensu...
-Dziecko, chciałabym ci wszystko wytłumaczyć, ale ja sama niewiele wiem. Sama nie znam odpowiedzi na większość zadanych przez ciebie pytań. Stałam się przywódcą Bueno, gdy miałam 12 lat. U nas czas płynie inaczej. Momentami nawet 4 razy szybciej, więc nie jestem w stanie powiedzieć ci, ile wtedy miałam "ludzkich" lat. Wiem, że byłam młoda. Tak samo zagubiona, jak ty teraz. Straciłam rodziców zaraz po urodzeniu. Nawet ich nie pamiętam. Wychowałam się w szkole. Już od małego wykazywałam duże zdolności, potrafiłam sama wymyślać zaklęcia, ale to nie to zadecydowało o tym, na kogo mnie wybrano. To moje serce. Wielkie, dobre serce. To ono nauczyło mnie, jak żyć i władać - kobieta dotyka mojej piersi. Sucha dłoń czuje bicie mojego młodego serca - To tutaj tkwi twoja siła. Uwierz w siebie. A wszystko będzie dobrze - uśmiech wąskich warg, zmarszczki wokół nich. Czuję ciepło. Ciepło w sercu. Może to tylko przez położoną na nim dłoń Libertad, a może...może to ten głos, znak? Może właśnie uświadamiam sobie, że rzeczywiście dam radę? Zamykam oczy. Ogarnia mnie cisza. Spokój. Poczucie bezpieczeństwa. Oddycham głęboko. Do moich nozdrzy dociera zapach bzu. Kocham bez. Unoszę powieki. Siedzę na polanie. Obok mama. Bracia. Śmieją się, puszczają bańki mydlane. Idealnie błękitne niebo. Delikatne promienie słońca. Gdzieś w oddali śpiew ptaka, którego nie potrafię nazwać. To tylko moja wyobraźnia, wiem, ale...tak, ten obraz daje mi siłę. Daje mi wiarę. Spoglądam w oczy mamy. Są brązowe. Czarne. Mama ma niebieskie oczy. Jej skóra. Ciemniejsza niż w rzeczywistości. Coś jest nie tak. Mrugam. Mama zbliża się do mnie. Wyciąga w moją stronę ręce. Długie, chude, nienaturalnie kościste. Usta. Wykrzywione. Zaczyna się śmiać. Ten dźwięk sprawia mi ból. Pulsuje w mojej głowie, rozrywa się na strzępy. Otwarte usta. Węże. Z ust mamy wydostają się węże. Wielkie, z długimi jęzorami. Chcą mnie zaatakować. Są coraz bliżej. Krzyczę.
-Nikomu nie ufaj, tylko twoje własne serce jest prawdziwym przyjacielem, tylko ono chce dla ciebie dobrze, pamiętaj- mówi Libertad, a ja wiem, że ma rację.
*
-Jesteśmy z tobą - mówi Kadma i kładzie dłoń na mojej. Znalazłam ich. Wystarczyło przywołać w pamięci to miejsce. Być może magia wcale nie jest taka trudna.
-Kadmo, muszę ci coś powiedzieć. Jak wiesz, teraz jestem Istotą. I myślę, że to do mnie należy wybór następczyni Libertad...
-Następczyni Libertad?! Czy ona...ona...- pyta zdławionym głosem Pero.
-Tak, ona nie żyje. Ale odeszła w spokoju. Pewna, że dokonała swej misji. Że pozostawiła Sferę Magów w dobrych rękach. Te dobre ręce należą do ciebie, Kadmo. Wiem, że Libertad zgodziłaby się z moją decyzją. Jesteś niezwykle inteligentna, w dodatku dobra. I doskonale wiesz, czego chcesz. Takie przywódcy potrzebują magowie Bueno. Są zagubieni, pozbawieni jakiejkolwiek nadziei. Ty im ją dasz. Wlejesz w nich ducha walki. Przecież wiesz, że się do tego nadajesz.
-Tak... Floro, ja idę do reszty magów. Porozmawiam z nimi. Myślę, że bardziej posłuchają mnie, niż ciebie. Dobrze?
-Jasne, nie ma sprawy! - odpowiadam. Kadma odchodzi, a wraz z nią... nie, Pero zostaje. Po co? Czego on chce? Cholera, czuję motylki w brzuchu! Mimo tego, że jestem magiem, a w dodatku Istotą, nadal czuję te cholerne motylki.
-Floro...ja...eh... - Pero macha ze zrezygnowaniem ręką. Patrzy mi prosto w oczy. Nadal jest ode mnie wyższy. Potężniejszy. Jego ramiona... Usta... Dlaczego zwracam na to uwagę?! Potrząsam niezauważenie głową. Dlaczego ciągle wyobrażam sobie jakieś niestworzone rzeczy związane z nim?! Jest coraz bliżej mnie. Łapie mnie za ręke. Moja gorąca, jego lodowata. Dwa inne światy. A jednak tak podobne. Przysuwa się coraz bliżej. Czuję ciepło jego ciała.
-Pero, czego ty chcesz? - pytam, a cała magia pryska.
-Przepraszam - mówi zmieszany. - Wiesz, ja chciałem za tobą pobiec. Wtedy, gdy wypowiedziałaś wszystkie te bolesne, ale i prawdziwe słowa. Naprawdę chciałem. Tylko, że Kadma mnie zatrzymała. Wszyscy mnie zatrzymywali. Stwierdzili, że to bez sensu. Ale nie posłuchałem ich! Gdy już napięcie opadło, gdy wszyscy udali się do swoich mieszkań, ja wyszedłem na powierzchnię. Ale nie było tam już nikogo. Ani nic. Ciemność. Wołałem cię, szukałem, ale nikt nie odpowiadał. Głucha cisza. Tak bardzo się o ciebie wtedy bałem... Usiadłem i płakałem. Bo ja... Floro, ja się chyba...
-Nie, proszę, nie mów, że się we mnie zakochałeś! Przecież to bez sensu! Znasz mnie parę godzin!
-Tak...ale uwierz, gdy tylko cię ujrzałem, moje serce wręcz podskoczyło. To była...to jest miłość od pierwszego wejrzenia. Nigdy tego nie czułem. Byłem z wieloma kobietami, ale na ciebie jedynie popatrzyłem i od razu wiedziałem, że jesteś tą właściwą.
-Doprawdy? A co z Kadmą? Jak to się stało, że tak szybko się zaprzyjaźniliście? Jej też powiedziałeś te wszystkie słodkie słówka, tylko, że ona była mądrzejsza ode mnie i nie uwierzyła?
-Hahaha! - śmieje się Pero. Dlaczego on wygląda tak cudownie?! - Jesteś zazdrosna, Flora jest zazdrosna! A to oznacza, że też coś do mnie czujesz, przyznaj się. Może tylko mnie lubisz, ale to i tak dużo. A Kadma... wiesz, okazało się, że chodziliśmy razem do...jak wy to nazywacie? Do szkoły!
-Mhm - staram się zachować spokój, ale nie potrafię. Mój oddech staje się płytszy, bicie serca szybsze.
-Floro, zaufaj mi - jego usta coraz bliżej moich. Oczy wciąż patrzące w moje. Zimne ręce na rozpalonych plecach. "Nikomu nie ufaj"- pojawia się w moich myślach. "Tylko serce...". Właśnie. Serce podpowiada mi, żebym... Pero dotyka wargami moich ust. Ogień i lód. Pragnienie. Przeczesuje palcami jego jasną czuprynę. Wtulam się w jego silne ciało. Czuję ucisk w dołku. Pero wypowiada szeptem jakieś słowa. Całuje moją szyję.
Nagle jesteśmy w jakimś małym pokoju. Łóżko, szafa, stolik, dwa krzesła.
-Pomyślałem, że tu będzie...bardziej komfortowo. To mój pokój. Mieszkanie. Na lewo są drzwi do łazienki, a na prawo do kuchni - wyjaśnia mężczyzna wciąż przejeżdżając dłońmi po moim ciele.
-Ja...też tak uważam... - z trudem wydobywam z siebie słowa. Pero odsuwa się ode mnie. Mierzy mnir wzrokiem od stóp do głów. Delikatnie zsuwa z moich ramion długą suknię. Patrzy mi w oczy, jakby szukając jakiegoś znaku, że nie zgadzam się na jego działania. Ale ja tak bardzo go pragnę... Stoję przed nim naga. Jego koszula ląduje na podłodze. Mężczyzna bierze mnie w ramiona, kładzie na łóżku. Przyspieszone urwane oddechy. Szybkie bicia serca. Nieudolne ruchy. Wszystko takie szybkie. Zdecydowane. Nieśmiałe. Dwa ciała. Jedno ciało. Jeden oddech, jedno serce, jeden głos.
*
Otwieram oczy. Leżę wtulona w ciało Pera. Jest ciepłe. Uśmiecham się. Być może ostatniej nocy podarowałam mu trochę swojego żaru. Patrzę na niego, podziwiam jego piękno. Gładzę jego idealny tors. Pero unosi powieki. Dostrzega mnie, a na jego twarz wpełza przepiękny uśmiech.
-Jesteś taka piękna - stwierdza i przeczesuje moje włosy. Całuje policzek. Leżymy jeszcze chwilę, aż Pero stwierdza, że musimy w końcu wyjść z łóżka. bo za pewne wszyscy się martwią. Zarzucam na ramiona koszulę mężczyzny i udaje się do łazienki. Wszędzie czuję jego zapach. Tak intensywny. Piękny. Magiczny.
Gdy wychodzę, Pero jest już gotowy do wyjścia. Całuje mnie delikatnie, łapie za rękę i wskazuje drzwi wyjściowe. Razem kierujemy się w ich stronę. Prechodzimy przez ciemny korytarz. Jest cicho i pusto.
-Dziwne, wszyscy powinni być już na nogach - mówi mój ideał. Nerwowo przygryza wargę.
Wchodzimy do głównej sali i zamieramy. Krew. Dużo krwi. Porwanych szat. Poprzewracanych mebli. Nikogo nie ma. Martwe przedmioty. Gdzie są magowie?! Nagle w kącie dostrzegam jakąś sylwetkę. Bez zazstanowienia podbiegam do niej. To...to Kadma. Trzyma się za bok, z którego sączy się czerwono-błękitna krew. Ledwo oddycha. Klękam przy niej. Gładzę ją po włosach.
-Kadmo, jestem przy tobie, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz, wyjdziesz z tego.
-Oni...oni przyszli po ciebie...musieliśmy cię...chronić...Nie ufaj nikomu... - mówi Kadma i zamyka oczy. Znowu to zdanie. Nie ufaj nikomu. Odwracam się w stronę Pera, ale zamiast mężczyzny widzę tylko oślepiającą wiązkę światła. Śmiertelną wiązkę światła.
Alicja Mazurek