niedziela, 27 maja 2012

Gość

   Witajcie, kochani Czytelnicy. Długo nie pisałam. Nawał zajęć. Szkoła. Lekcje. Dom. A gdy znajdę chwilę wolnego, po prostu idę spać. Ewentualnie biegnę do mojego drugiego domu- mieszkania znajdującego się zaledwie kilka metrów od mojego, domu mojej przyjaciółki.
   Dzisiaj dodam coś innego. W głowie krąży mi tyle pomysłów, że nie jestem w stanie ich zapisać. Nie potrafię ich zatrzymać, gdy już zaczną wylewać się na 'papier'. 


"Szczęście"

Zatrzymane w spojrzeniu brązowych oczu
w silnym uścisku mocnych ramion
w palącym pocałunku rozgrzanych warg
w uśmiechu oczu ust i policzków
w długich rzęsach zabawnie łaskoczących skórę
w delikatnie silnych dłoniach poznających mapę ciała
w gorącym szepcie omiatającym różowy płatek ucha
w czułym objęciu dającym poczucie bezpieczeństwa
w oszałamiającym oddechu smaku zapachu wypełniającym całą przestrzeń

Szczęście zatrzymane w Tobie
ukryte w naszym małym świecie
pełnym wielu kilometrów
zmęczenia ciała
tęsknoty

pewności


    Nawet nie wiem, jak to nazwać. Wiersz? Raczej zlepek myśli. Rozbieganych. Emocji. Drżenia. Delikatności. Uczuć. Trwamy w tym związku już od 23 lipca 2009 roku. To bardzo długo. Bardzo długo, a jednocześnie tak krótko. Wiemy o sobie tak wiele, a jednocześnie wciąż dowiadujemy się czegoś nowego. Prawie każdy dzień wygląda tak samo, a jednak nie ma w tym rutyny. Tyle razem przeszliśmy. Mimo tych 200 km, które nas dzielą.
    Tęsknota. Nieodłączna część tego związku. Jest mi już tak bliska, że powoli przestaję ją zauważać. Chyba, że przychodzą takie dni. Tak długo się nie widzimy. Nie rozmawiamy. Każde z nas gna w swoją stronę. Pędzimy sami nie wiedząc, gdzie, próbujemy uciec od tego, co tak bardzo nas boli, z czym już nie potrafimy sobie radzić. Zaszywamy się w ciemnym kącie, mame pewność, że tutaj nas to nie dopadnie.
    A jednak. Przyszła. Za bardzo się jej baliśmy. Przyszła i już szybko nas nie opuści. Najpierw powoli zatacza koła wokół naszych ciał. Spogląda na nas nieśmiało, jakby próbowała nas jakoś do siebie przekonać. Ale my wciąż nieugięcie próbujemy powiedzieć jej 'stop!'. Nie obchodzi jej nasze zdanie. Zaczyna być coraz bardziej odważna. Dotyka nas. Zaczepia. Delikatnie szczypie. To wszystko boli, ale da się z tym żyć, normalnie funkcjonować, nawet uśmiechać się. Ale już czujemy jej obecność. I wcale nie jest nam z tym dobrze.
    Kolejny etap. Zaczyna szeptać do ucha. Przypomina wszystkie wspaniałe chwile. Ale przy tym wciąż zadaje ból. Łokieć w brzuch. Pstryk w ucho. W dodatku pojawiają się jakieś głupie myśli. A co, jeśli nie jestem wystarczająco dobra/dobry? Przecież są lepsze/lepsi ode mnie. Pojawiają się pierwsze łzy. Coraz trudniej jest utrzymać uśmiech, ale jeszcze można, trzeba się tylko postarać.
    Ale nadchodzi kolejna noc. Noc jest najgorsza. Ciemna i głucha. Pusta. A przecież moglibyśmy być tu razem. Wyobraźnia. Fantazje. To tylko pogorsza sprawę. Kolejne łzy. Tak bardzo chcę do ciebie! Ale nie mogę, nie mamy jak, musimy wytrzymać. Damy radę. Damy? Przecież jesteśmy tylko ludźmi. Tak bardzo potrzebuję ciepła twojego ciała. Twojego uśmiechu.
    I wtedy ona zadaje kolejny cios. Wchodzi do twojego umysłu. Serca. Przesiąkasz nią. Czujesz ją w każdej komórce swojego ciała. Nie chcesz już jeść. Pić. Chodzić. Myśleć. Nie chcesz spać. Nie chcesz żyć. Nie chcesz nic. Tylko do niego/niej. Leżysz w łóżku całymi dniami. W niczym nie widzisz sensu. Przestajesz go dostrzegać już nawet w miłości. Przecież miłość przynosi tylko ból. Naprawdę? Dobrze wiesz, że tak nie jest, ale gość twojego umysłu spełnia swoje zadanie. Chcesz coś zrobić. Ale co? Nic nie możesz. A może by tak zastąpić ból psychiczny fizycznym? I robisz to. Dłuższe paznokcie, ostre narzędzia, a może po prostu ćwiczenia, po których mdlejesz. Cokolwiek. Aby zapomnieć o gościu. Pojawiają się używki. Ale i one nie potrafią wypędzić gościa z twojego świata.
    Gość. Zadaje ból. Odbiera chęć do życia. Odbiera uśmiech. Radość z oczu. Zainteresowanie światem. Niszczy cię. Twoje marzenia. Utrudnia oddychanie. Przełykanie. Otwieranie oczu. Utrudnia życie. Gość, którym jest tęsknota. Tęsknota tak silna, że przestajesz wierzyć, że ten związek ma sens.
    Aż rzychodzi ten wspaniały dzień. Kilka wspólnych godzin. Powraca uśmiech. Radość. Spokój. Poczucie bezpieczeństwa. Znowu wierzysz, że tęsknota już nie wróci. I jednocześnie dobrze wiesz, że znowu masz nadzieję na niemożliwe. Bo ona wraca. Zawsze wraca. A mimo to JESTEŚ SZCZĘŚLIWA/SZCZĘŚLIWY. Paradoks. Świat pełen jest paradoksów.





poniedziałek, 14 maja 2012

17. Chcę krzyczeć

NAPĘDZAM SIĘ
nie słucham takiej muzyki, ale akurat 
dzisiaj ten utwór nawenował mnie idealnie,
pisało się fantastycznie, a więc może czytać też 
się tak będzie?




Rozdział XVII
"Chcę krzyczeć" 



    Umarłam. Błękit. Słoneczne światło. Zapach czegoś, czego nie potrafię rozpoznać. Piękny zapach. Wygoda. Bezpieczeństwo. Przyjemność. Umarłam. To jest Niebo. 
-Przepraszam, musiałem... - słyszę głos. Do kogo należy? Wydaje mi się, że go znam. Tylko skąd? I skąd wziął się tutaj, w Niebie? Przecież umarłam. Czy nawet po śmierci nie zaznam spokoju? Otworzyć oczy. Ktoś prosi, żebym otworzyła oczy. Po co? Jestem w Niebie. Mogę robić, co chcę. A może nie? Może muszę wykonywać rozkazy Wyższych? Nie, przecież to ja jestem Istotą! Ale skoro nią jestem, to dlaczego umarłam? Przecież nie wybrałam nikogo na swojego następce. A może już od długiego czasu byłam chora psychicznie i wymyśliłam sobie cały ten świat? Tak, z pewnością tak. Zresztą najwyraźniej nadal jestem chora, nawet po śmierci. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że gdy otwieram oczy, przede mną stoi kilku mężczyzn ubranych w białe szaty, a ja wiszę w powietrzu i nie mogę się ruszyć? Wodzę po nich wzrokiem. Puste oczy. Zimne spojrzenia. Utkwione we mnie. W moim ciele. W moim nagim ciele. Dlaczego jestem naga? Tylko jedno. Jedno spojrzenie jest inne. Smutne. Przytłoczone. Żal. Lęk. Spojrzenie jasnych oczu. Błękit. Zimny błękit. Który rozpala we mnie ogień. Pero. Skąd go znam? Dlaczego tu jest? Dlaczego nie wiem, kim jest? Skąd wiem, jak się nazywa? Zamykam oczy. Otwieram. Nadal to samo. Mężczyzni. Przerażający. Wstrząsa mną dreszcz. Moje ciało zaczyna się bać. Rozum nie wie, co się dzieje. Dusza. Moja dusza unosi się nad ciałem. Nie, nie mam ciała. Przecież umarłam. Dlaczego czuję ból? Dlaczego ktoś mnie dotyka? To piecze. Moja ręka. Czuję swąd palonej skóry. Co się dzieje?! Wiję się, moja dusza się wije, ciało wciąż pozostaje nieruchome. Chcę krzyczeć, ale nie mogę. Pero. Ból. Przyjemność. Łzy. Śmiech. Radość. Łóżko. Nagie ciała. Spocona skóra. Roześmiane oczy. Łzy. Łzy. Łzy. Pero, jak mogłeś?! Już wszystko wiem. Wszystko pamiętam. Jak mogłeś? A teraz. Teraz tak bardzo boli. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Jestem tylko człowiekiem. Małą zagubiona istotką. Moje serce krwawi. Moje ciało. Widzę krew. Mnóstwo krwi. Wyobraźnia? Obrazy. Ciemność. Kadma. Co z Kadmą?! Nie, proszę, nie, ona nie mogła umrzeć! Nie ona, tylko nie ona! Dlaczego? Dlaczego to wszystko mnie spotkało?! Gdzie ja jestem?! Dlaczego nie mogę się ruszyć?! Tak bardzo chcę krzyczeć, ale nie mogę! Wykrzyczeć tą złość, ból i żal. Nie mogę. 
    Lód. Chłód w nogach. Gorąco w głowie. Piersi. Coś je rozrywa. Nic nie widzę. Tylko ciemność. I ból. Krzyk w mojej głowie. Krzyk, który nie może wydobyć się na zewnątrz, więc powoli wykańcza moje wnętrze. To boli, to tak strasznie boli. Zaufałam. Po raz kolejny zaufałam i zawiodłam się. Boli. Zło zwycięża. Zawiodłam się. Znowu się zawiodłam. Dlaczego jestem tak cholernie naiwna?! Dlaczego...dlaczego dałam się na to nabrać? Przecież...przecież miałam Krzyśka. Łzy. Łzy spływają do mojego ciała. Moje organy topią się we łzach. Krew wypływa. Tak dużo krwi. Nie sądziłam, że ludzkie ciało tyle jej mieści. Krzysiek. Dlaczego zadurzyłam się w Perze?! Nie, nie zadurzyłam, ja się w nim zakochałam. Oddałam mu się w całości. Zdradziłam wszystkie tajemnice. Zdjęłam zasłonę odgradzającą go od moich myśli. Staliśmy się jednością. Jednością. Więc dlaczego?! Jak on mógł, jak on mógł...? Łzy. Tak dużo łez. Wciąż tak dużo łez. Gorycz. Wypełnia mnie. Krąży w moich żyłach. Żal. Ludzie. Magowie. Wszyscy są tak samo beznadziejni. Bez sensu. Wszyscy ranią. Wszyscy kłamią. Nie zasługują na życie. Nie zasługują na dobre życie. Męka. Cierpienia. Tak, właśnie to powinno ich spotkać. Dlaczego właśnie ja?! Dlaczego zabraliście mnie z mojego małego bezpiecznego świata? Bezpiecznego świata? Nie, on nie był bezpieczny...
    Styczeń. 2002 rok. Mała 7-letnia dziewczynka. Długie warkocze. Śmieszne oczy. Pucołowata buzia. Sukienka. Przed kolano. Niebieska. Odsłaniająca brudne posiniaczone nogi. Huśtawka. Skrzypi. Nienaoliwiona. Dlaczego tatuś nie naoliwił huśtawki? Mamusiu, dlaczego tatuś tego nie zrobił? Przecież wiesz, jaki jest tatuś, córciu. Dużo pracuje. Tak, wiem... Szeroko otwarte śmieszne oczy. Mamusia nie patrzy na ubrudzoną piachem twarz. Mamusia nie trzyma za rękę. Tatuś trzyma. Dziewczynka nie lubi trzymania za rękę. Trzymanie boli. Wychodzi z ogródka. Mały, zaniedbany. Mamusia nie ma czasu na ogródek. Tatuś...tatuś pracuje. Nauczycielka pyta, gdzie. Nie wiem. Wraca późno. Czasem przynosi prezenty. Jakie prezenty. Cukierka, czasem dwa. Inne dzieci jedzą dużo cukierków. Dziewczynka wie, że ona nie może. Nie może. Bo trzymanie za rękę bardzo boli. Idzie polną drogą. Mamusia została. Zawsze zostaje. Bolą ją nogi. Ma spracowane ręce. Szorstkie. Ale ich dotyk nie boli. Tatuś ma ręce gładkie. Duże. Silne. Tak, tatuś ma silne ręce. Dziewczynka biegnie. Lubi biegać. Chociaż czasem nie ma siły. Bieganie wymaga siły. Żeby mieć siłę, trzeba dużo jeść. Dziewczynka nie zawsze może dużo zjeść. Dużo je w szkole. Ale tam dzieci dziwnie się na nią patrzą. Nie lubią jej. Bo jest chuda. Mówią, że brudna. Nie prawda. Dziewczynka się myje. Raz na tydzień bierze porządną kąpiel. Wtedy mama szoruje jej uszy. Częściej nie można. Tatuś wraca wcześniej i wtedy tatuś musi wziąć porządną kąpiel. Trzymanie za rękę boli, trzeba o tym pamiętać. Mamusia czasem przytula dziewczynkę. Głaszcze po włosach. Dziewczynka to lubi. Wtedy czuje się dobrze. Uśmiecha się. Teraz dziewczynka też się uśmiecha. Przecież biegnie. A biegać, to prawie latać. Latać, to prawie dosięgać chmur. Dosięgać chmur, to prawie być w Niebie. Być w Niebie, to być szczęśliwym. Być szczęśliwym to...to nie być trzymanym za rękę. Dziewczynka biegnie. Kwiaty. Tyle kwiatów. Dziewczynka lubi kwiaty. Tak pięknie pachną. Ładniej niż ona. Dużo ładniej. Dziewczynka pachnie krwią. Ktoś kiedyś powiedział, że spermą. Dziewczynka nie wie, co to sperma. Chyba coś śmiesznego, bo chłopcy bardzo się śmieli, gdy o tym mówili. Potem wytykali ją palcami. A przecież ona się myje. Motyle. Motyle też są piękne i lubiane przez dziewczynkę. Latają. A latać to...no wiadomo. Dziewczynka biegnie, bardzo szybko, piach na drodze wzbija się w górę. Biegnie tak szybko, że aż oczy zachodzą jej łzami. Duże brązowe oczy. Biegnie, bo musi. Mamusia kazała. Powiedziała, że dziewczynka musi szybko pobiec do babci. Szybko, szybciutko, jak najszybciej. Zanim tatuś wróci. I zostać tam na noc. Zostań na noc u babci, tatuś by tego chciał. Dziewczynka słucha tatusia. Trzymanie za rękę boli. Więc biegnie. Biegnie tak szybko. Oddycha ciężko. Na policzkach wykwitły jej wielkie ciemne rumieńce. Ładnie dzięki temu wygląda. Zauważa kałużę, chce się w niej przejrzeć, ale rezygnuje z tego. Przecież musi szybko, szybciutko, jak najszybciej biec do babci. Ciekawe, dlaczego. Wróci do domu jutro. Tak kazała mamusia. Jutro po śniadaniu. Wbiega do domu babci. Na stole czeka zimny sok truskawkowy. Dziewczynka lubi zimny sok truskawkowy. Taki dobry jest tylko u babci w domu. Ale dziewczynka żadko może tu przychodzić. Tatuś nie pozwala. Tatuś lubi, gdy dziewczynka i mamusia siedzą w domu. Gotują obiad. A potem... potem mamusia zwykle płacze. Dziewczynka też. Tatuś nie. Tatuś się śmieje. Mówi, że tak ma być. Krzyczy. Mówi, że na tym polega rola mężczyzny w domu. Na krzyczeniu. Dziewczynka nie chce mieć mężczyzn w domu. Chciałaby mieszkać tylko z mamusią i babcią. Ale nie może, kurcze, nie może! Dziewczynka wie, że nie można mówić kurcze. Potem...potem trzymanie za ręke boli jeszcze bardziej. Dziewczynka przygryza wargę. Zawsze tak robi, gdy się denerwuje. Gdy się boi. Dziewczynka często przygryza wargę. Siedzi przy stole. Czeka na babcię. Wypija cały dzbanek soku. Babci nadal nie ma. Więc idzie do ogródka. Może tam ją znajdzie. W ogródku nie ma babci. Nigdzie nie ma babci. Dziewczynka czeka. Jest już głodna. Chce się jej spać. Robi się ciemno. I strasznie. Dziewczynka nie chce tu być. Chce wrócić do domu. To nic, że trzymanie za rękę będzie bolało. To nic, że potem przez wiele dni będą siniaki. To nic, że ściana będzie brudna. Brudna. To nic, że może ktoś będzie miał o jednego zęba za mało. Tatuś będzie bardzo zły. Ale tatuś jest prawdziwy. Tatuś może sprawić, że ciało będzie bolało. A duchy...duchy mogą zabrać serduszko. I duszyczkę. Dziewczynka nie chce tu być. Więc biegnie szybko do domu. Szybko, szybciutko, jeszcze szybciej niż wcześniej. Biegnie, ale nie widzi piachu. Jest za ciemno. I w końcu dociera do domu. Krzyk. Ktoś krzyczy. I płacze. Dziewczynka rozpoznaje płacz mamusi. Wchodzi po cichutku do domu. Chce uratować mamusię. Ale jest za mała i dobrze o tym wie. Tatuś dostrzega dziewczynkę. Wzrok, który mógłby zabić. Ale dziewczynka czuje nagły przypływ odwagi. Zostaw mamusię! Nabij mnie, nabij, nabij! Tylko zostaw mamusię! Tatuś śmieje się. Uderza mamusię. Tak, że mamusia upada na podłogę. Siniak na twarzy. Ślady na szyi. Porwane ubranie. Krew, to chyba krew. Dziewczynka zaczyna się bać. Spojrzenie tatusia mówi, że tatuś posłucha dziewczynki. A przecież nigdy nie słucha. Łapie dziewczynkę za rękę. Ściska mocno. Drugą rękę zaciska na szyi. Przyciska dziewczynkę do ściany. Podnosi ją za włosy. Dziewczynka czuje ból, ale nie płacze. Przygryza tylko wargę. Paznokcie tatusia wbijają się w jej ciało. Szczypią. Pięści uderzają w jej wątłe ramionka. Biją, biją. Tłuką. Jak jabłko. Stłuc na kwaśne jabłko. Dziewczynka myśli, że to określenie bardzo się jej podoba. Teraz będzie jabłkiem. Jabłka nie płaczą, więc ona też nie może. Tatuś rozpina spodnie. Popycha dziewczynkę na podłogę. Dziewczynka widzi przed sobą coś dużego i nabrzmiałego. Bierz do gęby! Dziewczynka nie wie, co to może znaczyć. Zwykle tatuś bił. Nigdy nie kazał niczego jeść. Bierz suko! Tatuś zwykle mówił tak do mamusi. Czy teraz dziewczynka stanie się mamusią? Krew. Mnóstwo krwi. Krzyk mamy. Tatuś leży na podłodze. Krew. Tatuś nie rusza się. Z jego pleców wystaje nóż. A mamusia zwykle kroiła nim ziemniaki. Czy teraz będzie kroiła tatusia?
   Ten świat nie był bezpieczny. Żaden świat nie jest bezpieczny. A nawet jeśli niektórzy tak nie uważają, to zaczną. Nie pozwolę, żeby inni mieli dobrze. Nie! Nie pozwolę! Nie tak powinno wyglądać moje dzieciństwo! Nie tak! Nie tak powinno wyglądać moje życie! Ból ustaje. Teraz tylko gorąco. Brak krwi. Łzy i żal płyną w moim ciele. Łzy i żal to ja. Zło to ja. Jestem zła. Chcę krzyczeć. I mogę to robić. Wstaję i krzyczę. Krzyczę, jak bardzo nienawidzę tego świata. Jak bardzo nienawidzę ludzi. Dobra. Libertad. Nienawidzę życia. Dostrzegam Noche. Śmieje się. Ja też to robię. Jesteśmy takie same. Wszyscy się śmieją. Wszyscy są tacy jak ja. Ubrani na czarno. Źli. Pragnący zemsty. Tylko Pero. Tylko Pero jest smutny. Jego oczy płaczą. Nie zastanawiam się długo. Ciskam w niego zaklęciem. Pada na podłogę. Martwy. Śmieję się jeszcze głośniej. Zabiłam. Zabiłam! Do tej pory zabijano mnie. Teraz to ja będę zabijać. Niszczyć. Tak jak kiedyś niszczono mnie. Teraz to ja będę zła. Jestem zła. Jestem Złem. Chcę krzyczeć. Krzyczę.


Alicja Mazurek


autor fotografii: Mateusz Strelau
fan page
                                                                                                                    fotoblog

niedziela, 6 maja 2012

16. Nie ufaj nikomu

   Rozdział XVI
  "Nie ufaj nikomu"


    Głos twierdził, że będę wiedziała, co robić, ale ja kompletnie nie mam pojęcia, gdzie powinnam się udać. Zachwycam się otaczającym mnie pięknem. Gwiazdy. Jakie piękne gwiazdy. Co jakiś czas widzę, że któraś mruga, najpierw wolno, potem coraz szybciej. Robi się coraz większa. Coraz jaśniejsza. Tak gorąca, że czuję jej żar, a przecież jest tak daleko. I wybucha. Wielki wybuch. Koniec kolejnego istnienia. Koniec... Czy właśnie to czeka Sfery? Wielki wybuch spowodowany głupimi wojnami o... no właśnie, o co te wojny? Nad czym Zło chce panować? Tu już nic nie ma. Brud. Smród. Wszystko spalone. Zniszczone. Nawet niebo nie jest już błekitne. Ogarnia mnie poczucie bezsensowności mojej misji. Przecież nawet jeśli uda mi się usidlić Zło, co dalej? Gdzie żyć? JAK żyć? Wszystkie przenikające się Sfery tak samo zniszczone. Nie ma nic. Egzystencja pod powierzchnią ziemi? To można nazwać tylko i wyłącznie pustą egzystencją. Nie chcę tego. Już lepiej... nie, nie mogę tak myśleć. Ale, do cholery, nie ma innego wyjścia! Muszę zniszczyć świat. Wyrządzę mu tym samym największą przysługę. W dodatku, kim ja teraz tak naprawdę jestem? Z czym wiąże się moja rola Istoty? Jak widzą mnie inni? Czy jestem teraz skazana na samotność? Tak bardzo tęsknie za bliskimi... Nawet za Lunem i Agnes. Co się z nimi stało? Czy oni też przeszli na stronę Zła? A jeśli w jakimś stopniu je zniszczę, to czy zgładzę też jego sługów? Nic nie rozumiem, nic nie wiem... Jestem głupia. Jestem zwykłym człowiekiem. No, może nie do końca zwykłym, ale o Sferach dowiedziałam się zaledwie... nawet nie wiem, kiedy się o nich dowiedziałam. Nie wiem, ile czasu minęło. Chciałabym, żeby wszystko wróciło do normy. Tak po prostu.
     Nagle świst. Huk. Jakiś wybuch, którego siła wyrzuca mnie gdzieś daleko. Nie wiem, co się dzieje. Wokół mnie nie ma już gwiazd. Nie ma nic. Ciemność. Hałas. Zatykam uszy, ale to w niczym nie pomaga. Moja głowa pulsuje. Czuję, że zaraz wybuchnie. Czerń. Tak przeraźliwie ciemna. Jakby gęsta smoła, w której powoli się zatapiam, która zaraz mnie pochłonie. Jestem przerażona. A przecież jeszcze przed chwilą czułam tą ogromną moc! Próbuję skupić się na jakimś zaklęciu, którego w rzeczywistości nie znam, przywołać w myślach światłośc, cokolwiek. Nic. Nic się nie dzieje. Ciemność. Twarze. Z ciemności wyłaniają się twarze. Tysiące ciemnych, zimnych twarzy. Ogromne puste oczy. Gorące oddechy. Parzący dotyk. Elmal. Zło. Jestem Istotą. Muszę ich pokonać. Jeśli teraz mnie dopadną, wszystko się skończy. Nie mogę. Nie mogę do tego dopuścić. Co robić?! Libertad, gdyby była tu Libertad. Ale teraz jestem od niej silniejsza. Teraz jestem silniejsza od nich wszystkich. Dam radę. Muszę dać radę. Tylko jak, jak do cholery?! Chcę się ukryć. Muszę się ukryć. "Seguridad"- znikąd pojawia się w mojej głowie. Słowo, którego znaczenia nie znam. Kieruję ręce w stronę napierających na mnie sylwetek i krzyczę sformułowanie, które podpowiedziały mi chyba gwiazdy. Wybuch, a raczej tylko jego konsekwencje. Magowie ropraszają się na wszystkie strony. Znikają. Zostaję sama. Seguridad... Dlaczego...w jaki sposób...? Zamykam oczy. "Chcę być z Libertad!"- myślę. Przywołuję w pamięci jej osobę. Melodyjny głos. Delikatne dłonie. Ach, Libertad! Jesteś taka mądra, dlaczego to nie ty zostałaś wybrana na Istotę?
-Bo każdy z nas ma swą misję. Moja została już wypełniona. A twoją jest danie spokoju światu- słyszę głos Libertad. Zwariowałam. Najwyraźniej zwariowałam. Kręcę głową i śmieję się pogardliwie sama z siebie.
-Otwórz oczy, Floro. Wezwałaś mnie, dlaczego teraz uciekasz?- znowu ten sam głos. Coś jest chyba ze mną nie tak.
-Floro!- dotyk lodowatej dłoni na ramieniu. Wzdrygam się. Serce zaczyna mi szybciej bić. A więc to nie omamy. Libertad tu jest! Otwieram oczy. Przede mną stoi mała, wątła staruszka. Pomarszczona skóra. Płowe włosy. Zapadnięte policzki. A przecież... Widok ten sprawia mi ból. Czuję łzy spływające po moim policzku. Gorące łzy na zimnej twarzy.
-Nie płacz. Przecież wiesz, że mój czas dobiega końca. Ale teraz mogę odejść w spokoju, bo wiem, że Sferami rządzi mądry i sprawiedliwy mag- tylko głos wciąż pozostał ten sam. Niosący ukojenie. I radość.
-Och, Libertad! Nie jestem mądra, nic nie rozumiem! Nawet nie wiem, co mam robić! Nie potrafię uspokoić Zła, nie potrafię panować! Mam 17 lat!!! - krzyczę i już zanoszę się płaczem. Libertad zbliża się do mnie, a ja padam jej w objęcia. Ja, wielka i potężna, wtulam się w to drobne ciało. A przecież jeszcze niedawno to ja byłam przy tej boginii nic nie znaczącym ziarenkiem piasku...
-Chciałabym ci pomóc, ale nie potrafię. Wbrew pozorom to TY wiesz więcej, to TY znasz wszystkie tajemnice tego świata. Całego świata. Wystarczy, że wsłuchasz się w głos serca, głos natury, gwiazd- Libertad gładzi mnie po plecach i włosach. Mama też tak robiła, gdy byłam mała. Dokładnie tak się teraz czuję. Mała i bezbronna... I dlaczego ktoś znowu mówi o tym słuchaniu własnego serca?! Przecież takie rzeczy wygaduje się tylko w filmach i bajkach, każdy racjonalnie myślący człowiek wie, że w prawdziwym życiu liczy się tylko logiczne myślenie, a nie jakieś tępe wsłuchiwanie się w rytm uderzeń tego zwykłego kawałka mięsa i doszukiwanie się w tym znaków.  Dosyć, dosyć, dosyć! Wyrywam się kobiecie:
-Przestań! Wcale tak nie jest! A to durne serce nic mi nie powie! Nie wiem, co się ze mną stało! Nie wiem, jak mam się poruszać w tej...próżni. Nie wiem, jak rozmawiać z ludźmi. Nie wiem, co konkretnie mam zrobić ze Złem. Nie wiem, Libertad, nic nie wiem. Odkąd się tu znalazłam, prawie cały czas czuję się nie na miejscu. Już nawet nie wiem, co czuję. Wcześniej chociaż wiedziałam, że muszę pomóc Dobru, żeby uratować rodzinę i Krzyśka. A teraz? Krzysiek jest po stronie Noche. On...chyba przestał być dla mnie tak ważny, jak kiedyś. Mama, bracia? O nich nie myślę, nie potrafię juz przywołać w pamięci ich wyglądu. Nie mam pojęcia, od jakiego czasu tutaj jestem. Wiem tylko, że to wszystko jest bez sensu, do niczego nie prowadzi. Jestem Istotą, tak? A więc co? Koniec z moim ludzkim życiem? Koniec z byciem nastolatką? Odebraliście mi wszystko, z czym się liczyłam. Odebraliście mi życie. Teraz jestem w stanie tylko wegetować, jak roślina, a i to podlega dyskusji. Przecież ja nawet nie muszę jeść, pić, spać! Unoszę się tutaj bez celu, czuję się samotna i bezużyteczna. Gdy pojawia się Zło, rośnie we mnie też siła, ale nie ma to nic wspólnego z moją niby mocą. To strach i nic więcej. Boję się, bo nie wiem, co tak naprawdę się ze mną stanie. Boję się śmierci, ale z drugiej strony tak bardzo chciałabym przestać istnieć. Mam dosyć, Libertad, ja naprawdę mam dosyć. Wybierzcie kogoś innego. Chociażby Kadmę. Jest piękna, inteligentna i z pewnością godniejsza ode mnie tego..."stanowiska". Przede wszystkim ona jest magiem. Wychowała się w tym środowisku. A ja? Zostałam tu wrzucona na siłę, niczego mnie nie nauczyliście, o niczym nie powiedzieliście. W jaki sposób mam wami władać? To bez sensu...
-Dziecko, chciałabym ci wszystko wytłumaczyć, ale ja sama niewiele wiem. Sama nie znam odpowiedzi na większość zadanych przez ciebie pytań. Stałam się przywódcą Bueno, gdy miałam 12 lat. U nas czas płynie inaczej. Momentami nawet 4 razy szybciej, więc nie jestem w stanie powiedzieć ci, ile wtedy miałam "ludzkich" lat. Wiem, że byłam młoda. Tak samo zagubiona, jak ty teraz. Straciłam rodziców zaraz po urodzeniu. Nawet ich nie pamiętam. Wychowałam się w szkole. Już od małego wykazywałam duże zdolności, potrafiłam sama wymyślać zaklęcia, ale to nie to zadecydowało o tym, na kogo mnie wybrano. To moje serce. Wielkie, dobre serce. To ono nauczyło mnie, jak żyć i władać - kobieta dotyka mojej piersi. Sucha dłoń czuje bicie mojego młodego serca - To tutaj tkwi twoja siła. Uwierz w siebie. A wszystko będzie dobrze - uśmiech wąskich warg, zmarszczki wokół nich. Czuję ciepło. Ciepło w sercu. Może to tylko przez położoną na nim dłoń Libertad, a może...może to ten głos, znak? Może właśnie uświadamiam sobie, że rzeczywiście dam radę? Zamykam oczy. Ogarnia mnie cisza. Spokój. Poczucie bezpieczeństwa. Oddycham głęboko. Do moich nozdrzy dociera zapach bzu. Kocham bez. Unoszę powieki. Siedzę na polanie. Obok mama. Bracia. Śmieją się, puszczają bańki mydlane. Idealnie błękitne niebo. Delikatne promienie słońca. Gdzieś w oddali śpiew ptaka, którego nie potrafię nazwać. To tylko moja wyobraźnia, wiem, ale...tak, ten obraz daje mi siłę. Daje mi wiarę. Spoglądam w oczy mamy. Są brązowe. Czarne. Mama ma niebieskie oczy. Jej skóra. Ciemniejsza niż w rzeczywistości. Coś jest nie tak. Mrugam. Mama zbliża się do mnie. Wyciąga w moją stronę ręce. Długie, chude, nienaturalnie kościste. Usta. Wykrzywione. Zaczyna się śmiać. Ten dźwięk sprawia mi ból. Pulsuje w mojej głowie, rozrywa się na strzępy. Otwarte usta. Węże. Z ust mamy wydostają się węże. Wielkie, z długimi jęzorami. Chcą mnie zaatakować. Są coraz bliżej. Krzyczę.
-Nikomu nie ufaj, tylko twoje własne serce jest prawdziwym przyjacielem, tylko ono chce dla ciebie dobrze, pamiętaj- mówi Libertad, a ja wiem, że ma rację.

*

-Jesteśmy z tobą - mówi Kadma i kładzie dłoń na mojej. Znalazłam ich. Wystarczyło przywołać w pamięci to miejsce. Być może magia wcale nie jest taka trudna. 
-Kadmo, muszę ci coś powiedzieć. Jak wiesz, teraz jestem Istotą. I myślę, że to do mnie należy wybór następczyni Libertad...
-Następczyni Libertad?! Czy ona...ona...- pyta zdławionym głosem Pero.
-Tak, ona nie żyje. Ale odeszła w spokoju. Pewna, że dokonała swej misji. Że pozostawiła Sferę Magów w dobrych rękach. Te dobre ręce należą do ciebie, Kadmo. Wiem, że Libertad zgodziłaby się z moją decyzją. Jesteś niezwykle inteligentna, w dodatku dobra. I doskonale wiesz, czego chcesz. Takie przywódcy potrzebują magowie Bueno. Są zagubieni, pozbawieni jakiejkolwiek nadziei. Ty im ją dasz. Wlejesz w nich ducha walki. Przecież wiesz, że się do tego nadajesz.
-Tak... Floro, ja idę do reszty magów. Porozmawiam z nimi. Myślę, że bardziej posłuchają mnie, niż ciebie. Dobrze?
-Jasne, nie ma sprawy! - odpowiadam. Kadma odchodzi, a wraz z nią... nie, Pero zostaje. Po co? Czego on chce? Cholera, czuję motylki w brzuchu! Mimo tego, że jestem magiem, a w dodatku Istotą, nadal czuję te cholerne motylki.
-Floro...ja...eh... - Pero macha ze zrezygnowaniem ręką. Patrzy mi prosto w oczy. Nadal jest ode mnie wyższy. Potężniejszy. Jego ramiona... Usta... Dlaczego zwracam na to uwagę?! Potrząsam niezauważenie głową. Dlaczego ciągle wyobrażam sobie jakieś niestworzone rzeczy związane z nim?! Jest coraz bliżej mnie. Łapie mnie za ręke. Moja gorąca, jego lodowata. Dwa inne światy. A jednak tak podobne. Przysuwa się coraz bliżej. Czuję ciepło jego ciała.
-Pero, czego ty chcesz? - pytam, a cała magia pryska.
-Przepraszam - mówi zmieszany. - Wiesz, ja chciałem za tobą pobiec. Wtedy, gdy wypowiedziałaś wszystkie te bolesne, ale i prawdziwe słowa. Naprawdę chciałem. Tylko, że Kadma mnie zatrzymała. Wszyscy mnie zatrzymywali. Stwierdzili, że to bez sensu. Ale nie posłuchałem ich! Gdy już napięcie opadło, gdy wszyscy udali się do swoich mieszkań, ja wyszedłem na powierzchnię. Ale nie było tam już nikogo. Ani nic. Ciemność. Wołałem cię, szukałem, ale nikt nie odpowiadał. Głucha cisza. Tak bardzo się o ciebie wtedy bałem... Usiadłem i płakałem. Bo ja... Floro, ja się chyba...
-Nie, proszę, nie mów, że się we mnie zakochałeś! Przecież to bez sensu! Znasz mnie parę godzin!
-Tak...ale uwierz, gdy tylko cię ujrzałem, moje serce wręcz podskoczyło. To była...to jest miłość od pierwszego wejrzenia. Nigdy tego nie czułem. Byłem z wieloma kobietami, ale na ciebie jedynie popatrzyłem i od razu wiedziałem, że jesteś tą właściwą.
-Doprawdy? A co z Kadmą? Jak to się stało, że tak szybko się zaprzyjaźniliście? Jej też powiedziałeś te wszystkie słodkie słówka, tylko, że ona była mądrzejsza ode mnie i nie uwierzyła?
-Hahaha! - śmieje się Pero. Dlaczego on wygląda tak cudownie?! - Jesteś zazdrosna, Flora jest zazdrosna! A to oznacza, że też coś do mnie czujesz, przyznaj się. Może tylko mnie lubisz, ale to i tak dużo. A Kadma... wiesz, okazało się, że chodziliśmy razem do...jak wy to nazywacie? Do szkoły!
-Mhm - staram się zachować spokój, ale nie potrafię. Mój oddech staje się płytszy, bicie serca szybsze. 
-Floro, zaufaj mi - jego usta coraz bliżej moich. Oczy wciąż patrzące w moje. Zimne ręce na rozpalonych plecach. "Nikomu nie ufaj"- pojawia się w moich myślach. "Tylko serce...". Właśnie. Serce podpowiada mi, żebym... Pero dotyka wargami moich ust. Ogień i lód. Pragnienie. Przeczesuje palcami jego jasną czuprynę. Wtulam się w jego silne ciało. Czuję ucisk w dołku. Pero wypowiada szeptem jakieś słowa. Całuje moją szyję.
    Nagle jesteśmy w jakimś małym pokoju. Łóżko, szafa, stolik, dwa krzesła.
-Pomyślałem, że tu będzie...bardziej komfortowo. To mój pokój. Mieszkanie. Na lewo są drzwi do łazienki, a na prawo do kuchni - wyjaśnia mężczyzna wciąż przejeżdżając dłońmi po moim ciele.
-Ja...też tak uważam... - z trudem wydobywam z siebie słowa. Pero odsuwa się ode mnie. Mierzy mnir wzrokiem od stóp do głów. Delikatnie zsuwa z moich ramion długą suknię. Patrzy mi w oczy, jakby szukając jakiegoś znaku, że nie zgadzam się na jego działania. Ale ja tak bardzo go pragnę... Stoję przed nim naga. Jego koszula ląduje na podłodze. Mężczyzna bierze mnie w ramiona, kładzie na łóżku. Przyspieszone urwane oddechy. Szybkie bicia serca. Nieudolne ruchy. Wszystko takie szybkie. Zdecydowane. Nieśmiałe. Dwa ciała. Jedno ciało. Jeden oddech, jedno serce, jeden głos.
 
*

    Otwieram oczy. Leżę wtulona w ciało Pera. Jest ciepłe. Uśmiecham się. Być może ostatniej nocy podarowałam mu trochę swojego żaru. Patrzę na niego, podziwiam jego piękno. Gładzę jego idealny tors. Pero unosi powieki. Dostrzega mnie, a na jego twarz wpełza przepiękny uśmiech. 
-Jesteś taka piękna - stwierdza i przeczesuje moje włosy. Całuje policzek. Leżymy jeszcze chwilę, aż Pero stwierdza, że musimy w końcu wyjść z łóżka. bo za pewne wszyscy się martwią. Zarzucam na ramiona koszulę mężczyzny i udaje się do łazienki. Wszędzie czuję jego zapach. Tak intensywny. Piękny. Magiczny. 
    Gdy wychodzę, Pero jest już gotowy do wyjścia. Całuje mnie delikatnie, łapie za rękę i wskazuje drzwi wyjściowe. Razem kierujemy się w ich stronę. Prechodzimy przez ciemny korytarz. Jest cicho i pusto.
-Dziwne, wszyscy powinni być już na nogach - mówi mój ideał. Nerwowo przygryza wargę. 
    Wchodzimy do głównej sali i zamieramy. Krew. Dużo krwi. Porwanych szat. Poprzewracanych mebli. Nikogo nie ma. Martwe przedmioty. Gdzie są magowie?! Nagle w kącie dostrzegam jakąś sylwetkę. Bez zazstanowienia podbiegam do niej. To...to Kadma. Trzyma się za bok, z którego sączy się czerwono-błękitna krew. Ledwo oddycha. Klękam przy niej. Gładzę ją po włosach.
-Kadmo, jestem przy tobie, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz, wyjdziesz z tego.
-Oni...oni przyszli po ciebie...musieliśmy cię...chronić...Nie ufaj nikomu... - mówi Kadma i zamyka oczy. Znowu to zdanie. Nie ufaj nikomu. Odwracam się w stronę Pera, ale zamiast mężczyzny widzę tylko oślepiającą wiązkę światła. Śmiertelną wiązkę światła.


Alicja Mazurek

czwartek, 3 maja 2012

15. Metamorfoza

Rozdział XV
"Metamorfoza"

    -Piękna jesteś. Właśnie tak sobie ciebie wyobrażałam- mówi Noche i przejeżdża  gorącą dłonią po moim policzku. Długie, brudne paznokcie drapią mi skórę. Wzdrygam się. A więc moja matka żyje. Dlaczego Libertad powiedziała mi, że tak nie jest? A może po prostu o tym nie wiedziała?
-Tęskniłas za mamusią? - pyta Zło.
-Tak, bardzo tęsknię za moją mamą, która teraz jest gdzieś bezpiecznie ukryta - odpowiadam i strząsam z siebie wzbudzającą strach i obrzydzenie dłoń. Oczy Noche zmieniają się. Robią się wielkie, czerwone, źrenice płoną. Kobieta wykrzywia usta w grymasie, który chyba ma być interpretowany jako uśmiech.
-To ja jestem twoją matką. Zapamiętaj to sobie- syczy i kieruje rękę w moją stronę. Nie moge oddychać. Wydaje mi się, że moje serce nagle przestaje bić. Oczy wychodzą mi z orbit. Nogi się pode mną uginają. Łapię się za szyję, próbuję zerwać niewidzialne kajdany. Noche śmieje się. Opuszcza dłoń. Wszystko wraca do normy. Dyszę ciężko, czuję ból w klatce.
-Nie martw się, przecież nie zrobiłabym nic złego swojej ukochanej córeczce. Chyba, że bardzo by mnie zdenerwowała. 
    Błysk zła w oku. Powietrze jest ciężkie i gęste. Nie czuję się dobrze. Noche nie działa na mnie tak, jak spotkany wcześniej mag Elmal. Może ona wcale nie próbuje mnie do siebie przekonać. Przeciez i tak wie, kto ma przewagę. Wie, że jestem przy niej niczym. NICZYM.
    Zło jest piękne. Pociągające. I prawie wcale nie różni się od Dobra. Długie, piękne włosy, potężna, smukła sylwetka, twarz o wyrafinowanym wdzięku. Szczegóły. Drobne elementy, które pozwalają je od siebie odróżnić. Inny odcień skóry. Mniej lub bardziej zmrużone oczy. Kąciki ust uniesione pod innym kątem. Źrenice, w których tkwi siła duszy. Coś, co najtrudniej zauważyć. Dobro i Zło. Jak wybrać dobrą ścieżkę, skoro tak trudno je rozróżnić?
    Patrzy na mnie, przeszywa mnie wzrokiem. Wręcz przegląda moje wnętrze. Nagle zaczyn się pogardliwie śmiać. Wyrzuca głowę w tył i pstryka palcami. Ot, zwykła czynność, gest. A jednak wzbudza we mnie jakieś dziwne uczucie. Nie potrafię go określić. Nie jest dobre. To wiem na pewno. Trzask. Oślepiający błysk. Mrużę powieki, a gdy je unoszę, obok Noche widzę... Nie, to niemożliwe! Przeciram oczy, znowu i znowu. To NIEMOŻLIWE! Obok Noche stoi Krzysiek. ma tak samo zimne spojrzenie jak Zło. Wąskie, wykrzywione w ironicznym uśmiechu usta. Krzysiek, mój Krzysiek... Co się stało? Co ona mu zrobiła?! Chcę do niego podejść, ale nie mogę. Od Zła oddziela mnie jakas niewidoczna ściana. Napieram na nią z całej siły. Krzyczę. Wołam Krzyśka. Czuję pod powiekami wzbierające łzy. Śmiech. Obrzydliwy rechot Zła. I Krzyśka... Płaczę, upadam na kolana, ramię boli mnie od uderzania w przeszkodę.
    Patrzę na chłopaka i bóstwo. Całują się. Wręcz połykają się wzajemnie. NIE WIERZĘ. Modlę się, żeby to był tylko głupi sen. Niech to wszystko będzie snem! Nie chcę tu być, tak bardzo nie chcę tu być. Nie chcę być Flora. Nie chcę uczestniczyć w walce ze Złem. Chcę, aby moim jednymy problemem znowu było to, że nie mam w co się ubrać. Nie chcę wiedzieć o istnieniu jakiś idiotycznych Sfer. Nie chcę, nie chcę, nie chcę! Unoszę ręce i załzawioną twarz do góry. Wydaję z siebie przeraźliwy dźwięk. Krzyk bólu, rozpaczy, zniechęcenia. Czuję kotłujący się we mnie gniew. Żar pod powiekami. Lód w brzuchu. Ogień w sercu. Nie wiem, co się dzieje, ale odczuwam napełniającą mnie siłę i moc. Nagle staję się wielka i potężna. Unoszę się nad Ziemia. Władam Wiatrem! Płonąca suknia okrywa moje roziskrzone ciało. Kieruję rękę w stronę Noche. Świetlisty płomień. Świst powietrza. Drżenie podloża. Lęk w oczach Zła.
-Muerte! - krzyczę, a ognista wiązka przecina nieruchomą przestrzeń. Noche znika, a wraz z nią Krzysiek. Zaklęcie rozchodzi się na wszystkie strony, nie wyrządzając nikomu krzywdy. 
   Śmieję się. Jestem silna. Samo Zło się mnie boi. Żywioły się mnie słuchają. Myślę o wodzie i płynie ona po moich dłoniach. Ogień- rozpala się przede mną. Wiatr- wiruje wokół mojej sylwetki. Ziemia rozrywa się, pioruny rozświetlają niebo. Kim jestem? Przeistoczyłam się w coś, co mnie przeraża, a jednocześnie podnieca i raduje. 

*

   Ciemne niebo. Gwiazdy. Wokół mnie miliardy gwiazd. Słońce. Księżyc. Planety. Ziemia przede mną. Taka mała. Brudna. Pusta. Bezbronna. Latam. Unoszę się. Nie rozumiem, co się wydarzyło, nie wiem, w jaki sposób się tutaj znalazłam. Ale czuję się dobrze. Jestem spokojna i rozluźniona. Pewna siebie.
-Mój czas się skończył. Wybrano ciebie. Teraz ty władasz Sferami. To ty musisz uspokoić Zło. Ale nie niszcz Go. Pamiętaj, nigdy nie niszcz Zła. Gdy zniknie Zło, Dobro też przestanie istnieć. Dobro i Zło są jak jeden organizm. Trzeba tylko pilnować, aby tylko jedna część wiodła prym. Spraw, by tą częścią było Dobro. Floro, od tej pory jesteś Istotą. Nie mogliśmy wybrać nikogo lepszego. Będziesz wiedziała, co robić. Wystarczy, że wsłuchasz się w głos swego serca. Gwiazdy zawsze ci pomogą. Żegnaj. I pamiętaj- Zło należy uspokoić, a nie zniszczyć.- wygłasza monolog dziwny głęboki głos. Nie potrafię ocenić, skąd pochodzi. Otacza mnie. Otula. To zdumiewające, ale nie przerażają mnie jego słowa. Nie dziwią. Wiem, że jestem Istotą. Każdy mógł się nią stać. Każdy może tworzyć świat. Wybrano mnie, bo jestem córką Zła, ale matką Dobra.



Alicja Mazurek


   Przepraszam, że tak późno i że tak krótko, ale obecnie panująca pogoda skutecznie uniemożliwa siedzenie przed komputerem :) Pozdrawiam, ściskam i życzę miłego dnia! :)