Strasznie Was przepraszam, że dopiero teraz, ale naprawdę miałam nawał obowiązków. Postaram się pisać częściej. Ten rozdział dedykuję Małgosi Nowosad :)
Weszła do domu i od razu
zauważyła, że w mieszkaniu znajduje się ktoś obcy. Słyszała szepty, drżący głos
mamy. Ona po dziś dzień to przeżywała. Zresztą tak samo jak wszyscy inni, tak
samo jak Karolina. Różnica między nimi polegała na tym, że Karolina cierpiała w
samotności, nigdy tak naprawdę nie opowiedziała nikomu swojej historii. Zresztą
nie miała po co. Gdy po zamordowaniu chłopca zmienili miejsce zamieszkania,
chcieli zacząć wszystko od nowa. Nie podejrzewali jednak, że to będzie aż tak
trudne.
Dziewczyna
weszła do salonu. Na sofie siedziała mama ukrywająca twarz w dłoniach, obok
niej stał policjant trzymający w dłoniach kajecik, w których szybko coś
notował. Powiedziała „Dzień dobry” i usiadła obok mamy obejmując ją ramieniem.
Była jedyną podporą swojej rodzicielki. Ojciec… on cierpiał chyba najbardziej.
I najbardziej ranił tym bliskich. Dlatego Karolina wiedziała, że musiała dbać o
mamę, choćby za cenę własnego zdrowia psychicznego czy też fizycznego.
Policjant poprosił o komunikowanie się z nim, w przypadku dowiedzenia się
czegoś nowego, pożegnał się i wyszedł. W domu pozostały tylko Karolina i jej
mama. Cisza. Cisza, która je otaczała, była tak przeraźliwa i ciężka. Karolina
bała się zapytać mamę, po co przyszedł policjant. Kobieta była roztrzęsiona,
zachowywała się prawie tak samo, jak w czasie półrocznej depresji przeżywanej
po śmierci Kacpra. Ten okres był chyba najstraszniejszym okresem w życiu
Karoliny. Mama całymi dniami leżała w łóżku, naszpikowana lekami o działaniu
psychotropowym, brudna, nieuczesana, w za dużej piżamie, którą dawno powinna
wyrzucić do śmieci. Nie było z nią kontaktu. Nie jadła. Nie pracowała. Nie
wychodziła do toalety. Zdawało się, jakby nie żyła. Zachowywała się jak
roślinka. Biernie wegetująca. Nawet nie płakała. Była tak obojętna, że aż
straszna. Przywodziła na myśl martwą osobę. Karolina czuła się wtedy, jakby nie
umarł jej tylko brat, ale również mama. Zresztą, ojca też wtedy już nie miała.
Potrafił nie zjawiać się w domu przez cały tydzień bądź dwa. Gdy już wracał, miał
czerwone podkrążone oczy, cuchnący alkoholem oddech. Śmierdział innymi
kobietami. Jedyną osobą zachowującą w miarę trzeźwy umysł w domu dziewczyny była ona sama.
-Karolinko… przynieś mi wody-
poprosiła cichym głosem mama. Dziewczyna zerwała się z kanapy i pobiegła do
kuchni. Po chwili była już z powrotem ze szklanką pełną napoju trzymaną w
drżącej dłoni. Delikatnie podała ją mamie. Ta wzięła ją do ręki i powoli piła.
Z każdym łykiem życie jakby do niej powracało. Powoli. Ale jednak.
Podniosła
oczy. Były duże i ciemne. Podobne do oczu Kacpra. Karolina pokręciła głową, nie
chciała teraz myśleć o bracie, nie mogła. Chwilę przyglądały się sobie. W końcu
mama westchnęła i poklepała miejsce obok siebie.
-Usiądź – powiedziała i Karolina
spełniła jej prośbę – Policjant tu był, bo… bo dzisiaj rano w skrzynce
pocztowej znalazłam dziwną wiadomość.
-Co? Jak to? Dlaczego mi nie
powiedziałaś?
-Nie było cię już w domu, wyszłaś
do szkoły. Była dziwna, bo… a zresztą, sama zobacz – kobieta sięgnęła ręką po
kopertę leżącą na stole. Podała ją dziewczynie. Ta musnęła ją delikatnie
palcami. Była chłodna, zupełnie niepodobna w dotyku do zwykłego papieru. A
przecież była właśnie zwykłym papierem, zwykłą kopertą. Nieskazitelnie białą.
Bez znaczków. Bez nazwisk. Adresu. A więc ktoś osobiście musiał wrzucić ją do
ich skrzynki pocztowej.
Karolina
bała się otworzenia koperty. Bała się momentu ujrzenia jej zawartości. Skoro
mama była tak roztrzęsiona, skoro przyjechała policja, skoro tata do niej
zadzwonił… Po plecach przebiegły jej
dreszcze. Drżącymi dłońmi rozchyliła
kopertę. Zobaczyła w niej kartkę, pożółkłą, zdawałoby się, że również
poplamioną. Ostrożnie wyjęła ją, rozłożyła i zaczęła czytać…
Listy powinno zaczynać się od powitania, więc witam!
W szkole uczono mnie, że na wstępie trzeba pozdrowić adresata, więc
pozdrawiam. Nie przeproszę, że dawno nie pisałem, bo nie pisałem nigdy. Przejdę
więc do sedna sprawy
Pamiętasz ten dzień, gdy twoje życie wywróciło się do góry nogami? Gdy
wszystko straciło sens? Gdy radość przestała istnieć? Wiem, że doskonale
pamiętasz. Ból, smutek, depresja, łzy napływające do oczu na samo wspomnienie
jego głosu. Pamiętasz ten dzień, gdy zapragnęłaś śmierci? Gdy zechciałaś
podzielić los swojego maleńkiego synka? Pamiętasz, jak bardzo chciałaś, abyś to
ty znalazła się na jego miejscu? Pamiętasz widok jego pokrytego krwią ubranka?
Pamiętasz ten moment, gdy śledczy kazali ci zidentyfikować ciało, a ty
widziałaś jedynie krwawą masę? Pamiętasz? Cieszę się. Ja też pamiętam.
Obserwowałem cię wtedy. Obserwowałem cię również dużo wcześniej. Ciebie,
twojego męża, twoje dzieci. Obserwowałem cię i zastanawiałem się, dlaczego ja
nie mogłem mieć takiej rodziny? Postanowiłem więc, że wszyscy powinni cierpieć
razem ze mną. Zacząłem od ciebie. Bo miałaś wszystko. Teraz nie masz nic.
Jesteś jak ja. Oboje nic nie mamy, jesteśmy niczym. Piszę ten list dwa dni po
śmierci twojego syna. Kiedyś ci go wyślę. Gdy uznam, że jesteś gotowa. Gdy
uznam, że powinnaś znowu zacząć cierpieć. Wyślę ci go, gdy zaczniesz zapominać.
I będę wysyłał już do końca. Żebyś nigdy nie zapomniała. NIGDY. Rozumiesz?
Pozdrawiam cię serdecznie,
tutaj powinienem się podpisać, ale nie zrobię tego.
Poczuła,
że uginają się jej nogi. Zamknęła oczy. List wypadł jej z ręki. Osunęła się na
zimną podłogę. Było jej niedobrze. Przymknęła powieki. Ogarnęła ją ciemność.
Poddała się jej. Nie miała siły ani ochoty walczyć. Chciała zniknąć. Znikała.
***
Poczuła mocny dotyk
ciepłej dłoni na ramieniu. Słyszała ciche głosy. Nasilały się wraz z upływem
czasu. W końcu przybrały formę krzyków, więc z trudem otworzyła oczy. Nad sobą
ujrzała matkę oraz… Dawida. Znowu przymknęła powieki i odpłynęła.
***
Tym razem
poczuła, że ma wysoko uniesione nogi i coś zimnego na czole. Dotknęła tego
ręką, okazało się, że to zimny okład. Wzięła głęboki oddech i spojrzała przed
siebie. Dawid. Tak, Dawid siedział na kanapie. Był zdenerwowany.
Pocierał dłońmi o spodnie. Przygryzał nerwowo wargę i marszczył brwi. Potrząsał
prawą nogą. Uderzenia buta o podłogę
były równomierne i głośne. Jakby odliczały czas do jakiś strasznych wydarzeń.
Usłyszała
stukot obcasów. Delikatnie odwróciła głowę. Ujrzała mamę, która zauważyła, że
córka w końcu się ocknęła. Szybko do niej podeszła, położyła dłoń na jej czole
i powiedziała:
-Nic nie mów. Nie powinnam dawać
ci tego listu, to był za duży szok… Dla mnie, dla ciebie… Ale teraz leż
spokojnie, odpoczywaj.
-Mamo… nic mi nie jest. Już w
porządku- odpowiedziała dziewczyna i podniosła się, ale przed oczami pojawiły
się jej mroczki, więc na nowo opadła na poduszki. Poczuła na sobie wzrok
Dawida. Odwróciła się w jego stronę. Jego widok tak ją zdziwił, że nie
wiedziała nawet, co myśleć. Uśmiechnął się do niej blado. Nadal był
zdenerwowany. Nie mniej od niej. Wstał z kanapy, włożył ręce do kieszeni i
podszedł do Karoliny.
-Cześć… - przywitał się cicho i
spoglądał prosto w jej oczy. Miał takie piękne usta…
-Cześć. Co… co ty tu robisz?-
zapytała starając się nie mówić drżącym głosem
-Byliśmy umówieni, pamiętasz?
Zobaczyłem cię, gdy wychodziłaś ze szkoły. Byłaś bardzo roztrzęsiona. Wydawało
mi się, że płakałaś. Postanowiłem pójść za tobą, żeby nic ci się nie stało. No
i… trafiłem aż do twojego domu. Nie chciałem wchodzić, ale w pewnym momencie
zobaczyłem przez okno, że upadasz. Wbiegłem więc bez pukania. Twoja mama była
trochę zdziwiona, ale szybko się przedstawiłem i pomogłem jej ułożyć cię we
właściwej pozycji. Ona… powiedziała mi mniej więcej, dlaczego zemdlałaś…-
opowiadał niepewnie, co chwilę przerywając, aby zaczerpnąć tchu i zbadać
reakcję dziewczyny. Ta patrzyła na niego z lękiem. A więc ktoś poznał jej
tajemnicę. Więc nie jest już anonimowa. Więc jest ktoś, kto zna historię Kacpra…
Usta jej zadrżały. Oczami wyobraźni ujrzała maleńkiego chłopca ubranego w
niebieskie kąpielówki. Wszystko zaczęło do niej powracać. Wspomnienia
wyciągnęła do niej swe ciemne i lepkie macki. Nie była w stanie się im oprzeć.
Napływały z każdej strony. Postanowiła się im poddać. I tak Dawid już wszystko
wiedział…
***
Karolina siedziała w fotelu kilka dobrych
godzin. Nie ruszała się. Nie płakała. Nie czuła głodu. Smutku. Nie czuła
strachu przed burzą. Stała się kamieniem. Obojętnym na otaczający go świat.
Siedziała skulona i czekała na powrót rodziców. Wciąż miała nadzieję, że być
może to pomyłka. Że to inne dziecko, że to ktoś inny tak cierpi… Wpatrywała się
w ścianę. Chciała się z nią stopić. Zniknąć. Stać się niewidzialną. Chciała,
żeby rodzice nigdy jej nie odnaleźli. Doskonale wiedziała, że będą ją obwiniać.
Oczywiste było, że nie powiedzą jej tego wprost, ale żal będzie można odczytać
z ich oczu. Najgorsze było to, że sama czuła się tak cholernie winna. Gdyby się
nie potknęła, gdyby nie musieli jej ratować… Kacprowi nic by się nie stało.
Siedziałby tu. Razem z nią. Z rodzicami. Graliby w domino. To była jego
ulubiona gra.
Usłyszała dźwięk
samochodu. Zatrzymał się. Trzasnęły drzwi. Ciche kroki na podjeździe. Samochód
odjechał. Ktoś pociągnął za klamkę. Skrzypnięcie drzwi. Odgłos zdejmowanych
butów. Kurtka zawieszana na wieszaku. Sunięcie stóp po podłodze. Pstryknięcie
włącznika światła. Tato. Skulony. Zgarbiony. Zwieszona głowa. Przeszedł obok
niej, jakby była powietrzem. Pomyślała, że to całkiem dobrze. Zgasił światło.
Zostawił ją samą w ciemnościach. Wyszedł do sypialni.
Usłyszała dźwięk
syreny policyjnego wozu. Zatrzymał się. Trzasnęły drzwi. Ciche kroki na
podjeździe. Samochód odjechał. Ktoś pociągnął za klamkę. Skrzypnięcie drzwi.
Odgłos zdejmowanych butów. Kurtka zawieszana na wieszaku. Sunięcie stóp po
podłodze. Pstryknięcie włącznika światła. Mama. Skulona. Zgarbiona. Zwieszona
głowa. Przeszła obok niej, jakby była powietrzem. Pomyślała, że to całkiem dobrze.
Zgasiła światło. Zostawiła ją samą w ciemnościach. Wyszła do sypialni.
Usłyszała szloch.
Głośny. Spazmatyczny płacz. Usłyszała słowa pocieszenia. Nie były kierowane do
niej. Teraz to mama potrzebowała pocieszenia. Wstała z fotela i przeszła do sypialni.
Nawet na nią nie spojrzeli. Położyła się obok nich. Wtuliła w ramiona taty.
Duże, mocne i ciepłe. Przynajmniej takie powinny być. Nie sądziła, że będą
całkiem inne. Małe, słabe i chłodne. Mokre od łez. Płakali. Wszyscy razem. Nie
wiedzieli, ile czasu minęło. Świat przestał dla nich istnieć. Zabrakło
najważniejszej istoty. Zabrakło słońca. Otoczyła ich bolesna ciemność.
***
Policzki jej
drżały. W oczach tańczyły łzy. Tak bardzo chciała, żeby ktoś ją przytulił. Spojrzała
na Dawida. Być może czytał jej w myślał, a może po prostu znał się na
kobietach. Usiadł obok niej i wziął ją w ramiona. Wtuliła się w niego i zaczęła
płakać.
-Ciii… - uspokajał ją i gładził
po plecach, kołysząc w ramionach – To już nigdy nie wróci, nie ma sensu
rozpamiętywać, nie ma sensu, jemu jest teraz dobrze, lepiej niż tutaj, nie
chciałby żebyś płakała – mówił cicho i powoli, jak do skrzywdzonego zwierzęcia.
A ona pozwalała łzom płynąć. Chciała, żeby wraz z nimi wypłynęły te bolesne
wspomnienia, smutek, żal, nienawiść do świata i siebie samej. Czuła się
bezpiecznie. Zaufała obcemu człowiekowi. Pomyślała o Kacprze. Przecież on też
zaufał… Nie, to nie to samo! Skarciła się w duchu, uspokoiła oddech i
delikatnie odsunęła się od Dawida. Wytarła rękawem oczy i nos. Zdawała sobie
sprawę, że wygląda wprost żałośnie. Nie tak miała wyglądać ich pierwsza randka…
Podniosła oczy i napotkała spojrzenie chłopaka. Patrzył na nią z troską. Miał
ściągnięte brwi.
-Przepraszam… - powiedziała
speszona.
-Przestań, nie masz za co!
Przecież ja to wszystko rozumiem…- rzekł i wtedy Karolina zdała sobie sprawę,
jak blisko siebie znajdują się ich ciała. Usta. Jak splatają się ich oddechy.
Przeszył ją dreszcz.
-Przyniosłam wam kanapki-
zakomunikowała mama, która właśnie weszła do salonu. Speszeni oderwali od
siebie wzrok. Karolina szybko wstała i wzięła od mamy talerz.
-Dzięki- odpowiedziała i wzrokiem
dawała rodzicielce znać, żeby zostawiła ich samych.
-To ja… pójdę na górę. Muszę
trochę… popracować – mama uśmiechnęła się kwaśno i odeszła. Zostali sami. Pojawiło
się między nimi napięcie. Gdzieś zniknęła swoboda, która jeszcze niedawno
doprowadziłaby do… właśnie, do czego?
-Słuchaj, ja muszę już iść,
podziękuj mamie za kanapki, ale spieszę się do domu- Dawid nagle wstał, wziął
kurtkę leżącą na oparciu kanapy i zwrócił się w stronę wyjścia. Dziewczynę
zatkało. Nie wiedziała, jak zareagować. Otworzyła usta, ale nie wydała żadnego
dźwięku. Przed chwilą tulił ją, gładził po plecach, mówił takie czułe słowa, a
teraz… teraz po prostu wyszedł. Nie mogła w to uwierzyć. Ale w sumie czego się
spodziewała? Zastał ją w takim stanie… pewnie pomyślał, że jest prawdziwą
wariatką. Zresztą, teraz miała inne sprawy na głowie. Naprawdę nie powinna przejmować
się Dawidem. Musi… musi porozmawiać z mamą. Musi zapytać ją, dlaczego śledczy
nie zabrali listu do analizy. Przecież w telewizji widziała, że zabiera się
takie dowody, aby znaleźć odciski palców. Więc dlaczego zostawili list w domu…?
Odstawiła kanapki na stół i pobiegła na górę.
Dawid
szedł z uśmiechem przez miasto. Wszystko szło po jego myśli. Szybciej, niż mógł
się spodziewać. Nie sądził, że tak łatwo uda mu się wkraść w ich łaski. Jedynie
ta matka… dziwnie na niego patrzyła. Jakby coś przeczuwała. Ale nie,
niemożliwe. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak zachowa się Dawid Głowacki.
Nawet on sam. Zaśmiał się cicho na wspomnienie tamtych wakacji. Dziwne, ale
rozpamiętywanie tamtych chwil sprawiało mu przyjemność. Wielką przyjemność.
Alicja Mazurek