środa, 15 maja 2013

CZTERY.


Strasznie Was przepraszam, że dopiero teraz, ale naprawdę miałam nawał obowiązków. Postaram się pisać częściej. Ten rozdział dedykuję Małgosi Nowosad :)       


         Weszła do domu i od razu zauważyła, że w mieszkaniu znajduje się ktoś obcy. Słyszała szepty, drżący głos mamy. Ona po dziś dzień to przeżywała. Zresztą tak samo jak wszyscy inni, tak samo jak Karolina. Różnica między nimi polegała na tym, że Karolina cierpiała w samotności, nigdy tak naprawdę nie opowiedziała nikomu swojej historii. Zresztą nie miała po co. Gdy po zamordowaniu chłopca zmienili miejsce zamieszkania, chcieli zacząć wszystko od nowa. Nie podejrzewali jednak, że to będzie aż tak trudne.
                Dziewczyna weszła do salonu. Na sofie siedziała mama ukrywająca twarz w dłoniach, obok niej stał policjant trzymający w dłoniach kajecik, w których szybko coś notował. Powiedziała „Dzień dobry” i usiadła obok mamy obejmując ją ramieniem. Była jedyną podporą swojej rodzicielki. Ojciec… on cierpiał chyba najbardziej. I najbardziej ranił tym bliskich. Dlatego Karolina wiedziała, że musiała dbać o mamę, choćby za cenę własnego zdrowia psychicznego czy też fizycznego. Policjant poprosił o komunikowanie się z nim, w przypadku dowiedzenia się czegoś nowego, pożegnał się i wyszedł. W domu pozostały tylko Karolina i jej mama. Cisza. Cisza, która je otaczała, była tak przeraźliwa i ciężka. Karolina bała się zapytać mamę, po co przyszedł policjant. Kobieta była roztrzęsiona, zachowywała się prawie tak samo, jak w czasie półrocznej depresji przeżywanej po śmierci Kacpra. Ten okres był chyba najstraszniejszym okresem w życiu Karoliny. Mama całymi dniami leżała w łóżku, naszpikowana lekami o działaniu psychotropowym, brudna, nieuczesana, w za dużej piżamie, którą dawno powinna wyrzucić do śmieci. Nie było z nią kontaktu. Nie jadła. Nie pracowała. Nie wychodziła do toalety. Zdawało się, jakby nie żyła. Zachowywała się jak roślinka. Biernie wegetująca. Nawet nie płakała. Była tak obojętna, że aż straszna. Przywodziła na myśl martwą osobę. Karolina czuła się wtedy, jakby nie umarł jej tylko brat, ale również mama. Zresztą, ojca też wtedy już nie miała. Potrafił nie zjawiać się w domu przez cały tydzień bądź dwa. Gdy już wracał, miał czerwone podkrążone oczy, cuchnący alkoholem oddech. Śmierdział innymi kobietami. Jedyną osobą zachowującą w miarę trzeźwy umysł w domu dziewczyny była ona sama.
-Karolinko… przynieś mi wody- poprosiła cichym głosem mama. Dziewczyna zerwała się z kanapy i pobiegła do kuchni. Po chwili była już z powrotem ze szklanką pełną napoju trzymaną w drżącej dłoni. Delikatnie podała ją mamie. Ta wzięła ją do ręki i powoli piła. Z każdym łykiem życie jakby do niej powracało. Powoli. Ale jednak.
                Podniosła oczy. Były duże i ciemne. Podobne do oczu Kacpra. Karolina pokręciła głową, nie chciała teraz myśleć o bracie, nie mogła. Chwilę przyglądały się sobie. W końcu mama westchnęła i poklepała miejsce obok siebie.
-Usiądź – powiedziała i Karolina spełniła jej prośbę – Policjant tu był, bo… bo dzisiaj rano w skrzynce pocztowej znalazłam dziwną wiadomość.
-Co? Jak to? Dlaczego mi nie powiedziałaś?
-Nie było cię już w domu, wyszłaś do szkoły. Była dziwna, bo… a zresztą, sama zobacz – kobieta sięgnęła ręką po kopertę leżącą na stole. Podała ją dziewczynie. Ta musnęła ją delikatnie palcami. Była chłodna, zupełnie niepodobna w dotyku do zwykłego papieru. A przecież była właśnie zwykłym papierem, zwykłą kopertą. Nieskazitelnie białą. Bez znaczków. Bez nazwisk. Adresu. A więc ktoś osobiście musiał wrzucić ją do ich skrzynki pocztowej.
                Karolina bała się otworzenia koperty. Bała się momentu ujrzenia jej zawartości. Skoro mama była tak roztrzęsiona, skoro przyjechała policja, skoro tata do niej zadzwonił…  Po plecach przebiegły jej dreszcze.  Drżącymi dłońmi rozchyliła kopertę. Zobaczyła w niej kartkę, pożółkłą, zdawałoby się, że również poplamioną. Ostrożnie wyjęła ją, rozłożyła i zaczęła czytać…

Listy powinno zaczynać się od powitania, więc witam!
W szkole uczono mnie, że na wstępie trzeba pozdrowić adresata, więc pozdrawiam. Nie przeproszę, że dawno nie pisałem, bo nie pisałem nigdy. Przejdę więc do sedna sprawy
Pamiętasz ten dzień, gdy twoje życie wywróciło się do góry nogami? Gdy wszystko straciło sens? Gdy radość przestała istnieć? Wiem, że doskonale pamiętasz. Ból, smutek, depresja, łzy napływające do oczu na samo wspomnienie jego głosu. Pamiętasz ten dzień, gdy zapragnęłaś śmierci? Gdy zechciałaś podzielić los swojego maleńkiego synka? Pamiętasz, jak bardzo chciałaś, abyś to ty znalazła się na jego miejscu? Pamiętasz widok jego pokrytego krwią ubranka? Pamiętasz ten moment, gdy śledczy kazali ci zidentyfikować ciało, a ty widziałaś jedynie krwawą masę? Pamiętasz? Cieszę się. Ja też pamiętam. Obserwowałem cię wtedy. Obserwowałem cię również dużo wcześniej. Ciebie, twojego męża, twoje dzieci. Obserwowałem cię i zastanawiałem się, dlaczego ja nie mogłem mieć takiej rodziny? Postanowiłem więc, że wszyscy powinni cierpieć razem ze mną. Zacząłem od ciebie. Bo miałaś wszystko. Teraz nie masz nic. Jesteś jak ja. Oboje nic nie mamy, jesteśmy niczym. Piszę ten list dwa dni po śmierci twojego syna. Kiedyś ci go wyślę. Gdy uznam, że jesteś gotowa. Gdy uznam, że powinnaś znowu zacząć cierpieć. Wyślę ci go, gdy zaczniesz zapominać. I będę wysyłał już do końca. Żebyś nigdy nie zapomniała. NIGDY. Rozumiesz?
Pozdrawiam cię serdecznie,
tutaj powinienem się podpisać, ale nie zrobię tego.

                Poczuła, że uginają się jej nogi. Zamknęła oczy. List wypadł jej z ręki. Osunęła się na zimną podłogę. Było jej niedobrze. Przymknęła powieki. Ogarnęła ją ciemność. Poddała się jej. Nie miała siły ani ochoty walczyć. Chciała zniknąć. Znikała.

***
               
Poczuła mocny dotyk ciepłej dłoni na ramieniu. Słyszała ciche głosy. Nasilały się wraz z upływem czasu. W końcu przybrały formę krzyków, więc z trudem otworzyła oczy. Nad sobą ujrzała matkę oraz… Dawida. Znowu przymknęła powieki i odpłynęła.

***
               
Tym razem poczuła, że ma wysoko uniesione nogi i coś zimnego na czole. Dotknęła tego ręką, okazało się, że to zimny okład. Wzięła głęboki oddech i spojrzała przed siebie. Dawid. Tak, Dawid siedział na kanapie. Był zdenerwowany. Pocierał dłońmi o spodnie. Przygryzał nerwowo wargę i marszczył brwi. Potrząsał prawą nogą. Uderzenia  buta o podłogę były równomierne i głośne. Jakby odliczały czas do jakiś strasznych wydarzeń.
                Usłyszała stukot obcasów. Delikatnie odwróciła głowę. Ujrzała mamę, która zauważyła, że córka w końcu się ocknęła. Szybko do niej podeszła, położyła dłoń na jej czole i powiedziała:
-Nic nie mów. Nie powinnam dawać ci tego listu, to był za duży szok… Dla mnie, dla ciebie… Ale teraz leż spokojnie, odpoczywaj.
-Mamo… nic mi nie jest. Już w porządku- odpowiedziała dziewczyna i podniosła się, ale przed oczami pojawiły się jej mroczki, więc na nowo opadła na poduszki. Poczuła na sobie wzrok Dawida. Odwróciła się w jego stronę. Jego widok tak ją zdziwił, że nie wiedziała nawet, co myśleć. Uśmiechnął się do niej blado. Nadal był zdenerwowany. Nie mniej od niej. Wstał z kanapy, włożył ręce do kieszeni i podszedł do Karoliny.
-Cześć… - przywitał się cicho i spoglądał prosto w jej oczy. Miał takie piękne usta…
-Cześć. Co… co ty tu robisz?- zapytała starając się nie mówić drżącym głosem
-Byliśmy umówieni, pamiętasz? Zobaczyłem cię, gdy wychodziłaś ze szkoły. Byłaś bardzo roztrzęsiona. Wydawało mi się, że płakałaś. Postanowiłem pójść za tobą, żeby nic ci się nie stało. No i… trafiłem aż do twojego domu. Nie chciałem wchodzić, ale w pewnym momencie zobaczyłem przez okno, że upadasz. Wbiegłem więc bez pukania. Twoja mama była trochę zdziwiona, ale szybko się przedstawiłem i pomogłem jej ułożyć cię we właściwej pozycji. Ona… powiedziała mi mniej więcej, dlaczego zemdlałaś…- opowiadał niepewnie, co chwilę przerywając, aby zaczerpnąć tchu i zbadać reakcję dziewczyny. Ta patrzyła na niego z lękiem. A więc ktoś poznał jej tajemnicę. Więc nie jest już anonimowa. Więc jest ktoś, kto zna historię Kacpra… Usta jej zadrżały. Oczami wyobraźni ujrzała maleńkiego chłopca ubranego w niebieskie kąpielówki. Wszystko zaczęło do niej powracać. Wspomnienia wyciągnęła do niej swe ciemne i lepkie macki. Nie była w stanie się im oprzeć. Napływały z każdej strony. Postanowiła się im poddać. I tak Dawid już wszystko wiedział…

***
               
Karolina siedziała w fotelu kilka dobrych godzin. Nie ruszała się. Nie płakała. Nie czuła głodu. Smutku. Nie czuła strachu przed burzą. Stała się kamieniem. Obojętnym na otaczający go świat. Siedziała skulona i czekała na powrót rodziców. Wciąż miała nadzieję, że być może to pomyłka. Że to inne dziecko, że to ktoś inny tak cierpi… Wpatrywała się w ścianę. Chciała się z nią stopić. Zniknąć. Stać się niewidzialną. Chciała, żeby rodzice nigdy jej nie odnaleźli. Doskonale wiedziała, że będą ją obwiniać. Oczywiste było, że nie powiedzą jej tego wprost, ale żal będzie można odczytać z ich oczu. Najgorsze było to, że sama czuła się tak cholernie winna. Gdyby się nie potknęła, gdyby nie musieli jej ratować… Kacprowi nic by się nie stało. Siedziałby tu. Razem z nią. Z rodzicami. Graliby w domino. To była jego ulubiona gra.
                Usłyszała dźwięk samochodu. Zatrzymał się. Trzasnęły drzwi. Ciche kroki na podjeździe. Samochód odjechał. Ktoś pociągnął za klamkę. Skrzypnięcie drzwi. Odgłos zdejmowanych butów. Kurtka zawieszana na wieszaku. Sunięcie stóp po podłodze. Pstryknięcie włącznika światła. Tato. Skulony. Zgarbiony. Zwieszona głowa. Przeszedł obok niej, jakby była powietrzem. Pomyślała, że to całkiem dobrze. Zgasił światło. Zostawił ją samą w ciemnościach. Wyszedł do sypialni.
                Usłyszała dźwięk syreny policyjnego wozu. Zatrzymał się. Trzasnęły drzwi. Ciche kroki na podjeździe. Samochód odjechał. Ktoś pociągnął za klamkę. Skrzypnięcie drzwi. Odgłos zdejmowanych butów. Kurtka zawieszana na wieszaku. Sunięcie stóp po podłodze. Pstryknięcie włącznika światła. Mama. Skulona. Zgarbiona. Zwieszona głowa. Przeszła obok niej, jakby była powietrzem. Pomyślała, że to całkiem dobrze. Zgasiła światło. Zostawiła ją samą w ciemnościach. Wyszła do sypialni.
                Usłyszała szloch. Głośny. Spazmatyczny płacz. Usłyszała słowa pocieszenia. Nie były kierowane do niej. Teraz to mama potrzebowała pocieszenia. Wstała z fotela i przeszła do sypialni. Nawet na nią nie spojrzeli. Położyła się obok nich. Wtuliła w ramiona taty. Duże, mocne i ciepłe. Przynajmniej takie powinny być. Nie sądziła, że będą całkiem inne. Małe, słabe i chłodne. Mokre od łez. Płakali. Wszyscy razem. Nie wiedzieli, ile czasu minęło. Świat przestał dla nich istnieć. Zabrakło najważniejszej istoty. Zabrakło słońca. Otoczyła ich bolesna ciemność.

***

Policzki jej drżały. W oczach tańczyły łzy. Tak bardzo chciała, żeby ktoś ją przytulił. Spojrzała na Dawida. Być może czytał jej w myślał, a może po prostu znał się na kobietach. Usiadł obok niej i wziął ją w ramiona. Wtuliła się w niego i zaczęła płakać.
-Ciii… - uspokajał ją i gładził po plecach, kołysząc w ramionach – To już nigdy nie wróci, nie ma sensu rozpamiętywać, nie ma sensu, jemu jest teraz dobrze, lepiej niż tutaj, nie chciałby żebyś płakała – mówił cicho i powoli, jak do skrzywdzonego zwierzęcia. A ona pozwalała łzom płynąć. Chciała, żeby wraz z nimi wypłynęły te bolesne wspomnienia, smutek, żal, nienawiść do świata i siebie samej. Czuła się bezpiecznie. Zaufała obcemu człowiekowi. Pomyślała o Kacprze. Przecież on też zaufał… Nie, to nie to samo! Skarciła się w duchu, uspokoiła oddech i delikatnie odsunęła się od Dawida. Wytarła rękawem oczy i nos. Zdawała sobie sprawę, że wygląda wprost żałośnie. Nie tak miała wyglądać ich pierwsza randka… Podniosła oczy i napotkała spojrzenie chłopaka. Patrzył na nią z troską. Miał ściągnięte brwi.
-Przepraszam… - powiedziała speszona.
-Przestań, nie masz za co! Przecież ja to wszystko rozumiem…- rzekł i wtedy Karolina zdała sobie sprawę, jak blisko siebie znajdują się ich ciała. Usta. Jak splatają się ich oddechy. Przeszył ją dreszcz.
-Przyniosłam wam kanapki- zakomunikowała mama, która właśnie weszła do salonu. Speszeni oderwali od siebie wzrok. Karolina szybko wstała i wzięła od mamy talerz.
-Dzięki- odpowiedziała i wzrokiem dawała rodzicielce znać, żeby zostawiła ich samych.
-To ja… pójdę na górę. Muszę trochę… popracować – mama uśmiechnęła się kwaśno i odeszła. Zostali sami. Pojawiło się między nimi napięcie. Gdzieś zniknęła swoboda, która jeszcze niedawno doprowadziłaby do… właśnie, do czego?
-Słuchaj, ja muszę już iść, podziękuj mamie za kanapki, ale spieszę się do domu- Dawid nagle wstał, wziął kurtkę leżącą na oparciu kanapy i zwrócił się w stronę wyjścia. Dziewczynę zatkało. Nie wiedziała, jak zareagować. Otworzyła usta, ale nie wydała żadnego dźwięku. Przed chwilą tulił ją, gładził po plecach, mówił takie czułe słowa, a teraz… teraz po prostu wyszedł. Nie mogła w to uwierzyć. Ale w sumie czego się spodziewała? Zastał ją w takim stanie… pewnie pomyślał, że jest prawdziwą wariatką. Zresztą, teraz miała inne sprawy na głowie. Naprawdę nie powinna przejmować się Dawidem. Musi… musi porozmawiać z mamą. Musi zapytać ją, dlaczego śledczy nie zabrali listu do analizy. Przecież w telewizji widziała, że zabiera się takie dowody, aby znaleźć odciski palców. Więc dlaczego zostawili list w domu…? Odstawiła kanapki na stół i pobiegła na górę.
                Dawid szedł z uśmiechem przez miasto. Wszystko szło po jego myśli. Szybciej, niż mógł się spodziewać. Nie sądził, że tak łatwo uda mu się wkraść w ich łaski. Jedynie ta matka… dziwnie na niego patrzyła. Jakby coś przeczuwała. Ale nie, niemożliwe. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak zachowa się Dawid Głowacki. Nawet on sam. Zaśmiał się cicho na wspomnienie tamtych wakacji. Dziwne, ale rozpamiętywanie tamtych chwil sprawiało mu przyjemność. Wielką przyjemność.

Alicja Mazurek