Wychodziła
z klasy z uśmiechem na ustach. Na PO było naprawdę zabawnie, ćwiczyli
prawidłowe bandażowanie i oblepili całego Marcina- klasowego wariata-
opatrunkami. Szła ramię w ramię z Wiolą, która była jej najlepszą koleżanką w
klasie, przynajmniej potrafiła się z nią choć trochę dogadać. Wiola nie
spędzała całych dni przed lusterkiem, nie lubiła zakupów, za to uwielbiała
książki i zjawiska paranormalne. A więc miały ze sobą trochę wspólnego. Jedną z
różnic między dziewczynami był fakt, że Wiola pochodziła z niezwykle ubogiej
rodziny, miała czwórkę młodszego rodzeństwa, jej mama była chora na białaczkę,
a jedynym członkiem rodziny, który utrzymywał jej rodzinę, był jej tata-
kierowca miejskiego autobusu, którego pensja ledwo wystarczała na opłacenie
rachunków, jedzenie i leki dla chorej mamy. Karolina często czuła się naprawdę
głupio, gdy odbierała połączenia na swoim super nowym telefonie, sprawdzała
godzinę na zegarku za parę tysięcy czy w szatni , w której przebierały się na
wf, pokazywała bieliznę od najsławniejszych projektantów. Starała się pomagać w
pewien sposób Wioli. Zapraszała ją do siebie na obiady, często wraz z 4-letnią
siostrą, która chyba była najbardziej pokrzywdzona z całego rodzeństwa. Była
najmłodsza, nie chodziła do szkoły, rodzice nie mieli pieniędzy, aby zapisać ją
do żłobka czy przedszkola. Dziewczynka całymi dniami przyglądała się
umierającej mamie, która z trudem podawała córce drobne posiłki przygotowane
wcześniej przez innego członka rodziny. Gdy Martyna- bo tak miała na imię siostra
Wioli- przychodziła do Karoliny zmieniała się nie do poznania. Bawiła się
starymi lalkami dziewczyny, ubierała je w najlepsze ubranka, zajadała ze
smakiem obiady i desery przygotowane przez służącą Karoliny i oglądała
kreskówki na 103-calowej plazmie.
Wiola
nigdy nie wstydziła się, że nie należy do bogatych ludzi, że nie ma najnowszych
ubrań, że często na kolację je chleb posmarowany smalcem i cebulą- zresztą
bardzo lubiła ten posiłek! Uważała, że o człowieku świadczy stan jego umysłu i
dobre serce, a nie markowe ciuchy czy znajomości z ludźmi show biznesu. W tym
była podobna do Karoliny, dlatego nie czuła się źle, gdy dziewczyna zapraszała
ją do domu. Przeciwnie, lubiła wizyty u koleżanki, przede wszystkim dlatego, że
nie czuła, że pomaga jej ona z litości, ale z czystej sympatii.
Również
i tego dnia Wiola miała pójść wraz z Karoliną do domu koleżanki, gdzie miały
razem przygotowywać projekt na chemię. Karolina doskonale pamiętała, że umówiła
się z Dawidem, ale nie miała pojęcia, co może powiedzieć Wioli. Dobrze
wiedziała, że jej koleżanka nie spotykała się z chłopakami, miała do nich
ogólnie dość chłodny stosunek. Być może było to spowodowane tym, że w jej
rodzinie mężczyźni raczej nie należeli do tych wykształconych, inteligentnych,
zaradnych, opiekuńczych i wolnych od uzależnień pół-ideałów.
Szły
w stronę szatni, gdy Wiola powiedziała:
-Widziałaś tego nowego co się
bawi w księgową? Strasznie nadęty się wydaje, nie uważasz?
-Yyy… tak… - odpowiedziała
zmieszana Karolina. Teraz już naprawdę nie miała pojęcia jak wytłumaczyć się
koleżance! Niespodziewanie usłyszała dźwięk telefonu. Na wyświetlaczu widniał
napis „TATA dzwoni”. Dziewczyna zdziwiła się, w końcu rodzice rzadko kiedy
dzwonili do niej bez powodu, zwykle robili to, gdy coś się stało. Ale co mogło
stać się tym razem...?
-Tak, słucham?
-Karolina? Policja znalazła
kolejne poszlaki. Chyba są już blisko. Może w końcu odkryją, kto… wiesz… -
mówił rozgorączkowany tata dziewczyny.
-Tak, tato, wiem… Mam przyjechać
do domu?
-Jeśli możesz. Mama się źle czuła,
zresztą rozumiesz… Ona nadal się nie pozbierała…
-Jasne, już jadę. – odpowiedziała
Karolina i rozłączyła się. Jej oczy zaszły mgłą. Wiola zauważyła, że coś
dziwnego dzieje się z koleżanką, ale nie chciała drążyć tematu, wiedziała, że
ta sama powie jej, co się stało, jeśli tylko poczuje się na siłach.
-Wiola… przepraszam cię, ale
muszę iść. Przepraszam, ale muszę jechać do domu… sama… Ja… naprawdę cię
przepraszam…
-Przestań, nie musisz się
tłumaczyć! Rozumiem. Pa i trzymaj się, kochana! – dziewczyna uścisnęła
koleżankę na pożegnanie i poszła w stronę wyjścia. Przy drzwiach minęła tego
nowego, z pokoju księgowej. Przyglądał się jej dziwnie, natarczywie, zbyt
natarczywie… Poczuła nieprzyjemny dreszcz na karku i szybko wyszła na chodnik
zalany wiosennym słońcem.
Karolina
stała nieruchomo przy szkolnej szafce. Minuty mijały, ale ona zdawał się tego
nie zauważać. Myślami była już gdzie indziej. Przeszukiwała pamięć. Wędrowała w
strasznych zakamarkach, które ukrywały przerażające wspomnienia. Wspomnienia
lipca 2009 roku, od którego minęły już ponad cztery lata. Cztery długie lata a
ona nadal pamiętała każdą przepełnioną strachem sekundę, każde płochliwe
spojrzenie mamy, każdą ucieczkę wzroku taty, każde wzruszenie ramionami
policjantów. Ale najdokładniej pamiętała Kacpra. Tak małego, bezbronnego, tak
strasznie zranionego…
***
Kacper od początku był dzieckiem, którym
zachwycali się wszyscy. Zawsze uśmiechnięty, z zaróżowionymi policzkami,
szeroko otwartymi oczkami pragnącymi zbadać wszystko, co spotkały na swej
drodze. Maleńkie rączki pragnęły przytulać każdą żywą istotę, czerwone usta
obcałowywały wszystkie policzki. I być może to go zgubiło, to, że tak ufał
ludziom, tak bardzo wierzył w ich dobroć i miłość…
Karolina miała 8
lat, gdy urodził się jej upragniony braciszek. Tak bardzo wyczekany przez nią i
przez rodziców. Naprawdę bardzo się ucieszyli na wieść o pojawieniu się nowego
członka rodziny. Karolina również czerpała korzyści z ich radości. Częściej
przebywali w domu, nie wyjeżdżali tak często na wyjazdy służbowe, tata przestał
ciągle być w delegacjach z miłymi paniami z pracy. Dziewczynka czuła, że gdy
pojawi się braciszek, to wszystko jeszcze bardziej przybierze na sile, być może
rodzice bardziej zaczną ją kochać.
Rzeczywiście, gdy
pojawił się Kacper, rodzina Kubackich zmieniła się nie do poznania. Wszyscy
rozpływali się w zachwytach nad maleńkim chłopczykiem, który swoim uśmiechem
oczarowywał każdego. W dodatku miał takie piękne oczy. Oczy, które w tych
ostatnich chwilach były przepełnione bólem i strachem…
Okres czterech lat
po urodzeniu Kacpra był chyba najwspanialszym okresem życia Kubackich. Byli
naprawdę szczęśliwi. Każdy weekend spędzali razem, wyjeżdżając na pikniki,
biwaki, urządzając przyjęcia dla dzieci i grille dla dorosłych. Wydawało się, że
ich szczęście nigdy się już nie skończy. Kacper wlał w nich nową dawkę miłości,
pozytywnej energii, a przede wszystkim wiary w ludzi. Za dużo, o wiele za dużo
wiary w ludzi…
W lipcu 2009 roku
Kacper obchodził swoje czwarte urodziny. Rodzice chłopca i Karoliny postanowili
szczególnie uczcić ten dzień, również ze względu na to, że była to ich 15
rocznica ślubu. Planowali już od dawna wyjechać na pięciodniową wycieczkę do
Polańczyka- miejsca, które szczególnie lubili. Połączenie wody i gór idealnie
im pasowało, gdyż jedno z nich uwielbiało wylegiwać się na plaży, zaś drugie
zdobywać górskie szczyty. Dzieciaki też cieszyły się na ten wyjazd. Lubiły
spędzać czas z rodzicami, ale tez lubiły siebie.
Karolina zawsze
starała się okazywać Kacprowi troskę i miłość. Była prawdziwą starszą siostrą.
Opiekuńcza, potrafiła mu czegoś zabronić, chwaliła go, ale również karciła za
złe zachowanie, wymyślała coraz to nowsze zabawy, rozpieszczała go, spędzała z
nim każdą wolną chwilę. Stał się jej oczkiem w głowie, jej najlepszym
przyjacielem, tak maleńkim, ale tak dobrze rozumiejącym, co dzieje się w jej
głowie. Sądziła, że jej brat jest nad wyraz rozwinięty. Pomimo tego, że miał
zaledwie cztery lata, potrafił grać na pianinie i liczyć. Martwiło ją jedynie
to, że tylko ona zauważała jego zdolności, rodzice woleli skupiać się na
powierzchowności, na tym, jaki był śliczny, słodki, jak soczyste dawał buziaki
i jak mocno przytulał.
Miał bardzo jasne
włosy. W ogóle niepodobne do włosów Karoliny. Ogólnie nie był do niej podobny.
Pucołowaty, z okrągłą twarzą, lekkimi piegami na całej buzi. Niezwykle lubił
dotyk innych ludzi, czego nie można było powiedzieć o Karolinie. Był w stanie
wejść na kolana każdej nieznajomej osobie, byle tylko ona tego chciała. To nie
było dobre, tego powinni go oduczyć. Ale wtedy jeszcze nie wiedzieli…
Dwa miesiące
wcześniej zamówili domek. Był przepiękny. Usytuowany na wzgórzu, w pobliżu nie
było żadnych innych zabudowań. Drewniany, z pokrytym strzechą wysokim dachem.
Przed domkiem znajdowało się niewielkie źródełko, ogródek pełen różnokolorowych
kwiatów oraz ścieżka, która prowadziła w głąb lasu znajdującego się za
budynkiem. On sam był mały, ale wysoki. Dwa pokoje sypialnianie, salon,
łazienka oraz kuchnia bardzo im odpowiadały. Wnętrze urządzone było w
starodawny typowo góralski sposób. Kominek na środku salonu sprawiał, że
pomieszczenie wydawało się niezwykle przyjemne i rodzinne, idealne na taki
właśnie wyjazd. Dom posiadał okna wychodzące na werandę, jezioro Solińskie oraz
Połoninę Wetlińską. Byli pewni, że spędzą wspaniały weekend.
Rzeczywiście,
zaczął się wręcz idealnie. Wyruszyli o świcie, ubrani w sportowe bluzy i dresy,
zaopatrzeni w kosze z jedzeniem. Czekała ich kilkugodzinna podróż samochodem,
ale nie byli tym zmartwieni. Lubili razem podróżować. Śpiewali wtedy wakacyjne
piosenki, rozwiązywali krzyżówki, zagadki wymyślane przez siebie, opowiadali
bajki, planowali czekające ich dni.
Gdy tylko
dojechali na miejsce, wyskoczyli z samochodu i popędzili do domku. Niezwykle
ich zachwycił. Pogoda również była cudowna. Słońce ogrzewało skórę, lecz nie
prażyło, dzięki czemu upał nie był uciążliwy. Tata wniósł bagaże do salonu,
dzieciaki przebrały się w stroje kąpielowe, mama założyła kapelusz z szerokim
rondem i razem wyruszyli na plażę.
Zapowiadał się
naprawdę miły dzień. Plaża wypełniona była opalającymi się ludźmi, inni
chlapali się w jeziorze, jeszcze inni latali paralotniami. Krajobrazy były
naprawdę fantastyczne. Karolina czuła się jak w bajce. Wokół niej było tylu
uśmiechniętych ludzi! Wszyscy wydawali się być szczęśliwi, przepełnieni
radością, miłością, życzliwością. Trzymała za rękę Kacpra i uśmiechała się do
niego. Chłopiec próbował ogarnąć otaczający go świat wielkimi oczyma. Zdawało
jej się, że dostrzega w nich strach. Nie rozumiała, dlaczego. A może… może on
coś przeczuwał… przecież był tak inny, tak wyjątkowy…
Rodzice rozłożyli
koce na ciepłym piasku, nasmarowali skóry olejkiem i w okularach przeciwsłonecznych
patrzyli na ich dzieci bawiące się w wodzie. Karolina był taka opiekuńcza… I
bardzo dorosła jak na swój wiek. Kacper zresztą też, ale on był jeszcze taki
ciepły, posiadał tą dziecięcą prawdziwość, której brakowało dorosłym. Byli
naprawdę szczęśliwi, że mieli tak zdolne i wspaniałe dzieci. Być może przed
urodzeniem Kacpra za mało czasu poświęcali Karolinie, za dużo czasu spędzali w
pracy, ale teraz starali się to wszystko nadrobić. Zresztą, musieli przecież
zadbać o to, żeby ich dzieci miały zapewnioną dobrą materialną przyszłość. To
też było ważne.
Karolina trzymała
Kacpra w ramionach i próbowała nauczyć go pływać. Chłopiec zabawnie machał
rękoma i nogami, piszczał, śmiał się, miał takie cieplutkie i mięciutkie ciało.
Dziewczyna uwielbiała bawić się z bratem. Uwielbiała czuć, że jest mu
potrzebna, że uczy go czegoś nowego, że uczy go życia. Podniosła Kacpra do góry
i mocno przytuliła. Chłopiec objął ją za szyję mokrymi rączkami i złożył
soczystego całusa na jej policzku. Zaczęli się śmiać, a po chwili Kacper wyrwał
się siostrze i zaczął uciekać w stronę brzegu. Woda nie była głęboka, ale
Karolina mimo to nie czuła się zbyt pewnie, nie mając brata obok siebie.
Starała się go dogonić, gdy nagle potknęła się o duży kamień spoczywający pod wodą
i upadła. Niespodziewanie straciła grunt pod nogami, a przecież tu miało być
tak płytko! Nie mogła się wynurzyć, wymachiwała kończynami, zaczynało jej
brakować powietrza. Poczuła, że porywa ją jakaś dziwna siła, której nie była w
stanie się sprzeciwić. Ściągało ją w dół, nie dostrzegała już promyków słońca,
widziała ciemność, a w płucach czuła ból. Traciła świadomość, choć tak bardzo
starała się pozostać wśród żywych. Przecież musiała pomóc Kacprowi, skoro ona się
topi, to co dzieje się z jej małym braciszkiem… Mój Boże, co dzieje się z
Kacprem?! Co dzieje się z Kacprem… co dzieje się z… co dzieje się… co się
dzieje…?
Poczuła piekący
ból w klatce piersiowej. Otworzyła oczy i zaczęła kaszlać. Woda wylewała się
jej ustami i nosem. Dusiła się, gwałtownie łapała powietrze, zbawienne powietrze.
Po chwili siadła, oparła się rękoma o podłoże, spuściła głowę, która zresztą
bardzo ją bolała. Miała ciężki, świszczący oddech. Gardło ją bolało. Bardzo
bolało. Jakby ktoś podrapał je paznokciem. Stało nad nią wiele osób. Ratownik,
kilku plażowiczów, mama, tata… ale kogoś brakowało, tak, kogoś brakowało.
Patrzyła w ich zaniepokojone twarze i nie miała pojęcia, dlaczego nie
zauważają, że kogoś wśród nich brakuje. KACPER. Gdzie jest Kacper?!
Podniosła się
szybko na nogi, poczuła zawrót głowy, zobaczyła mroczki przez oczami i osunęła
się w ramiona ratownika.
-Karolina! Leż spokojnie i się nie ruszaj! Przed chwilą prawie się
utopiłaś! Boże, jak dobrze, że nic ci nie jest, jak dobrze… - mówiła
rozgorączkowana mama i gładziła ją po policzku.
-Gdzie jest Kacper?- wychrypiała dziewczyna. Ledwo wydobywała z siebie
głos. Była taka zmęczona, chciała zasnąć, ale musiała dowiedzieć się czy nic
nie stało się jej bratu.
-Tam, siedzi na kocu, nic mu się nie stało, przestraszył się tylko, jak
wpadłaś pod wodę… był jakiś uskok, wir… jak dobrze, że nic ci się nie stało! –
mama mówiła, ale Karolina nie słuchała jej słów. Szukała wzrokiem Kacpra. Przebiegała
po wszystkich plażowiczach dookoła. Ale jej brata nigdzie nie było. NIGDZIE. Na
ich kocu leżała jedynie czapeczka chłopca. Niebieski kaszkiet ze statkiem z przodu.
Czerwonym statkiem.
-Mamo, jego tam nie ma, nie ma go na żadnym kocu!- krzyknęła pomimo
rozdzierającego bólu gardła.
-Jak nie ma? Tam siedzi, patrz – rzekła, odwróciła się w stronę
miejsca, na które patrzyła Karolina i zamarła – pewnie bawi się gdzieś w
pobliżu, zaraz go znajdziemy, Rafał, poszukaj Kacpra – rozkazała mężowi.
Starała się zachować spokój, ale w jej spojrzeniu dało się zauważyć czający się
strach. Mechanicznie gładziła Karolinę po plecach sztucznie się uśmiechając.
Dziewczynie zdawało się, że czas się zatrzymał lub płynął niemiłosiernie
powoli. Nerwowo potrząsała nogą i przygryzała wargę. Wiedziała, że powinna się
uspokoić, przecież Kacper pewnie po prostu bawi się z innymi dziećmi, przecież
tak bardzo lubił towarzystwo innych ludzi. Za bardzo…
-Justyna, jego nigdzie nie ma, zgłosiłem to już ratownikom…- powrócił zdyszany
tata i zdawał relacje żonie.
-Jak to nigdzie go nie ma? Przecież jeszcze niedawno siedział na kocu,
bawił się samochodzikiem, gdzie jest ten samochodzik? – w głosie Justyny
słychać było wyraźną już panikę. Zaczęła obgryzać paznokcie, co było oznaką
najwyższego zdenerwowania. Dłonie miała zawsze zadbane, paznokcie idealnie
pomalowane. Ale od lipca 2009 roku wszystko się zmieniło, włącznie ze stanem
dłoni matki Karoliny.
Mijały minuty, sekundy,
godziny. Poszukiwania Kacpra przybrały na sile. Zaczęło się ściemniać, na
niebie zbierały się chmury burzowe, słychać było pierwsze grzmoty, a chłopca
nadal nie udało się odnaleźć. Najgorsze było to, że nikt go nie widział. Nie
było żadnych poszlak. Kacper zniknął, po prostu zniknął. Przepadł. Jak kamień w
wodzie. Jak kamień, o który potknęła się Karolina. Gdyby nie kamień, gdyby bardziej
uważała, gdyby nie zaczęła się topić… Chłopiec nie zostałby sam nawet na
moment. Nie zniknąłby. Karolina siedziała w domku bez zapalonego światła.
Rodzice wyruszyli wraz z policjantami i strażakami na poszukiwanie syna, a
córce rozkazali zostać w domu, gdyby Kacper nagle wrócił. Być może gdzieś
zabłądził, zgubił się i… i zaraz wróci, przecież jest taki mądry! Dziewczyna
nie potrafiła przestać się obwiniać. Mama i tata nie pokazywali, że mieli do
niej pretensje, ale ona czuła, że myślą, że to jej wina. Uważała zresztą, że
woleliby, żeby to ona zaginęła, żeby to jej coś się stało…
Usłyszała dzwonek
telefonu i grzmot. Po chwili niebo rozświetliło światło błyskawicy. Była
odrętwiała, dzwonek dźwięczał, ale ona zdawała się tego nie zauważyć. Miała złe
przeczucia. Coś podpowiadało jej, że ktoś, kto próbuje się do niej dodzwonić,
ma jej do przekazania coś strasznego. Ociągała się z wciśnięciem zielonej
słuchawki. Wpatrywała się w wyświetlacz. „Mama dzwoni”. Mama. Mama jej nie
kocha. Może kiedyś kochała, ale teraz… teraz już na pewno przestała. Przestała,
bo… Po jej policzkach spłynęły łzy. Ona to wiedziała. Nie potrzebowała odbierać
telefonu.
-Tak?- rzekła cichym głosem do słuchawki.
-On…- mamie załamał się głos. Głośno załkała.
-Wiem… - odpowiedziała Karolina, rozłączyła się, skuliła i poczuła, że
nie ma już po co żyć. Kacpra nie było. Więc jej też nie powinno być. Chciała
zniknąć. Tak bardzo chciała zniknąć.
***
Miała
w oczach łzy. Otarła je ze zdenerwowaniem ręką. Nie lubiła okazywać emocji. Od
tamtego pamiętnego dnia. Nie lubiła go wspominać. A z drugiej strony nie było
dnia, żeby tego nie robiła. Codziennie po zgaśnięciu światła i położeniu się w
łóżku widziała twarz Kacpra. I płakała. Tak bardzo płakała. Bo to ona powinna
być na jego miejscu. TO ONA POWINNA ZOSTAĆ TAK STRASZLIWIE ZAMORDOWANA!
Zagryzła wargę. Krew pociekła jej po brodzie. A więc znowu się zaczyna, znowu
poczuła ulgę dzięki bólowi fizycznemu… Zarzuciła kurtkę na ramię i wyszła ze
szkoły. Szybkim krokiem szła w stronę przystanku. Chciała znaleźć się już w
domu. Chciała dowiedzieć się, co nowego odkryli śledczy. Chciała w końcu poznać
osobę, która zrobiła coś tak okropnego małemu, bezbronnemu dziecku…
Zapomniała
o Dawidzie. Zapomniała o radosnym podnieceniu, które przepełniało ją od kilku
dni. Zapomniała. I może dlatego nie zauważyła wielkich czekoladowych oczu,
które wpatrywały się w nią z niechęcią. Oczy nie znoszące sprzeciwu. Oczy
należące do mężczyzny, który nienawidził osób, które robiły cokolwiek nie po
jego myśli. A wystawienie go nie należało do rzeczy, które mu odpowiadały.
Odwrócił się ze złością. Miał plan. Miał cholernie dobry plan.
Alicja Mazurek