środa, 10 kwietnia 2013

TRZY.


                Wychodziła z klasy z uśmiechem na ustach. Na PO było naprawdę zabawnie, ćwiczyli prawidłowe bandażowanie i oblepili całego Marcina- klasowego wariata- opatrunkami. Szła ramię w ramię z Wiolą, która była jej najlepszą koleżanką w klasie, przynajmniej potrafiła się z nią choć trochę dogadać. Wiola nie spędzała całych dni przed lusterkiem, nie lubiła zakupów, za to uwielbiała książki i zjawiska paranormalne. A więc miały ze sobą trochę wspólnego. Jedną z różnic między dziewczynami był fakt, że Wiola pochodziła z niezwykle ubogiej rodziny, miała czwórkę młodszego rodzeństwa, jej mama była chora na białaczkę, a jedynym członkiem rodziny, który utrzymywał jej rodzinę, był jej tata- kierowca miejskiego autobusu, którego pensja ledwo wystarczała na opłacenie rachunków, jedzenie i leki dla chorej mamy. Karolina często czuła się naprawdę głupio, gdy odbierała połączenia na swoim super nowym telefonie, sprawdzała godzinę na zegarku za parę tysięcy czy w szatni , w której przebierały się na wf, pokazywała bieliznę od najsławniejszych projektantów. Starała się pomagać w pewien sposób Wioli. Zapraszała ją do siebie na obiady, często wraz z 4-letnią siostrą, która chyba była najbardziej pokrzywdzona z całego rodzeństwa. Była najmłodsza, nie chodziła do szkoły, rodzice nie mieli pieniędzy, aby zapisać ją do żłobka czy przedszkola. Dziewczynka całymi dniami przyglądała się umierającej mamie, która z trudem podawała córce drobne posiłki przygotowane wcześniej przez innego członka rodziny. Gdy Martyna- bo tak miała na imię siostra Wioli- przychodziła do Karoliny zmieniała się nie do poznania. Bawiła się starymi lalkami dziewczyny, ubierała je w najlepsze ubranka, zajadała ze smakiem obiady i desery przygotowane przez służącą Karoliny i oglądała kreskówki na 103-calowej plazmie.
                Wiola nigdy nie wstydziła się, że nie należy do bogatych ludzi, że nie ma najnowszych ubrań, że często na kolację je chleb posmarowany smalcem i cebulą- zresztą bardzo lubiła ten posiłek! Uważała, że o człowieku świadczy stan jego umysłu i dobre serce, a nie markowe ciuchy czy znajomości z ludźmi show biznesu. W tym była podobna do Karoliny, dlatego nie czuła się źle, gdy dziewczyna zapraszała ją do domu. Przeciwnie, lubiła wizyty u koleżanki, przede wszystkim dlatego, że nie czuła, że pomaga jej ona z litości, ale z czystej sympatii.
                Również i tego dnia Wiola miała pójść wraz z Karoliną do domu koleżanki, gdzie miały razem przygotowywać projekt na chemię. Karolina doskonale pamiętała, że umówiła się z Dawidem, ale nie miała pojęcia, co może powiedzieć Wioli. Dobrze wiedziała, że jej koleżanka nie spotykała się z chłopakami, miała do nich ogólnie dość chłodny stosunek. Być może było to spowodowane tym, że w jej rodzinie mężczyźni raczej nie należeli do tych wykształconych, inteligentnych, zaradnych, opiekuńczych i wolnych od uzależnień pół-ideałów.
                Szły w stronę szatni, gdy Wiola powiedziała:
-Widziałaś tego nowego co się bawi w księgową? Strasznie nadęty się wydaje, nie uważasz?
-Yyy… tak… - odpowiedziała zmieszana Karolina. Teraz już naprawdę nie miała pojęcia jak wytłumaczyć się koleżance! Niespodziewanie usłyszała dźwięk telefonu. Na wyświetlaczu widniał napis „TATA dzwoni”. Dziewczyna zdziwiła się, w końcu rodzice rzadko kiedy dzwonili do niej bez powodu, zwykle robili to, gdy coś się stało. Ale co mogło stać się tym razem...?
-Tak, słucham?
-Karolina? Policja znalazła kolejne poszlaki. Chyba są już blisko. Może w końcu odkryją, kto… wiesz… - mówił rozgorączkowany tata dziewczyny.
-Tak, tato, wiem… Mam przyjechać do domu?
-Jeśli możesz. Mama się źle czuła, zresztą rozumiesz… Ona nadal się nie pozbierała…
-Jasne, już jadę. – odpowiedziała Karolina i rozłączyła się. Jej oczy zaszły mgłą. Wiola zauważyła, że coś dziwnego dzieje się z koleżanką, ale nie chciała drążyć tematu, wiedziała, że ta sama powie jej, co się stało, jeśli tylko poczuje się na siłach.
-Wiola… przepraszam cię, ale muszę iść. Przepraszam, ale muszę jechać do domu… sama… Ja… naprawdę cię przepraszam…
-Przestań, nie musisz się tłumaczyć! Rozumiem. Pa i trzymaj się, kochana! – dziewczyna uścisnęła koleżankę na pożegnanie i poszła w stronę wyjścia. Przy drzwiach minęła tego nowego, z pokoju księgowej. Przyglądał się jej dziwnie, natarczywie, zbyt natarczywie… Poczuła nieprzyjemny dreszcz na karku i szybko wyszła na chodnik zalany wiosennym słońcem.
                Karolina stała nieruchomo przy szkolnej szafce. Minuty mijały, ale ona zdawał się tego nie zauważać. Myślami była już gdzie indziej. Przeszukiwała pamięć. Wędrowała w strasznych zakamarkach, które ukrywały przerażające wspomnienia. Wspomnienia lipca 2009 roku, od którego minęły już ponad cztery lata. Cztery długie lata a ona nadal pamiętała każdą przepełnioną strachem sekundę, każde płochliwe spojrzenie mamy, każdą ucieczkę wzroku taty, każde wzruszenie ramionami policjantów. Ale najdokładniej pamiętała Kacpra. Tak małego, bezbronnego, tak strasznie zranionego…

***

                Kacper od początku był dzieckiem, którym zachwycali się wszyscy. Zawsze uśmiechnięty, z zaróżowionymi policzkami, szeroko otwartymi oczkami pragnącymi zbadać wszystko, co spotkały na swej drodze. Maleńkie rączki pragnęły przytulać każdą żywą istotę, czerwone usta obcałowywały wszystkie policzki. I być może to go zgubiło, to, że tak ufał ludziom, tak bardzo wierzył w ich dobroć i miłość…
                Karolina miała 8 lat, gdy urodził się jej upragniony braciszek. Tak bardzo wyczekany przez nią i przez rodziców. Naprawdę bardzo się ucieszyli na wieść o pojawieniu się nowego członka rodziny. Karolina również czerpała korzyści z ich radości. Częściej przebywali w domu, nie wyjeżdżali tak często na wyjazdy służbowe, tata przestał ciągle być w delegacjach z miłymi paniami z pracy. Dziewczynka czuła, że gdy pojawi się braciszek, to wszystko jeszcze bardziej przybierze na sile, być może rodzice bardziej zaczną ją kochać.
                Rzeczywiście, gdy pojawił się Kacper, rodzina Kubackich zmieniła się nie do poznania. Wszyscy rozpływali się w zachwytach nad maleńkim chłopczykiem, który swoim uśmiechem oczarowywał każdego. W dodatku miał takie piękne oczy. Oczy, które w tych ostatnich chwilach były przepełnione bólem i strachem…
                Okres czterech lat po urodzeniu Kacpra był chyba najwspanialszym okresem życia Kubackich. Byli naprawdę szczęśliwi. Każdy weekend spędzali razem, wyjeżdżając na pikniki, biwaki, urządzając przyjęcia dla dzieci i grille dla dorosłych. Wydawało się, że ich szczęście nigdy się już nie skończy. Kacper wlał w nich nową dawkę miłości, pozytywnej energii, a przede wszystkim wiary w ludzi. Za dużo, o wiele za dużo wiary w ludzi…
                W lipcu 2009 roku Kacper obchodził swoje czwarte urodziny. Rodzice chłopca i Karoliny postanowili szczególnie uczcić ten dzień, również ze względu na to, że była to ich 15 rocznica ślubu. Planowali już od dawna wyjechać na pięciodniową wycieczkę do Polańczyka- miejsca, które szczególnie lubili. Połączenie wody i gór idealnie im pasowało, gdyż jedno z nich uwielbiało wylegiwać się na plaży, zaś drugie zdobywać górskie szczyty. Dzieciaki też cieszyły się na ten wyjazd. Lubiły spędzać czas z rodzicami, ale tez lubiły siebie.
                Karolina zawsze starała się okazywać Kacprowi troskę i miłość. Była prawdziwą starszą siostrą. Opiekuńcza, potrafiła mu czegoś zabronić, chwaliła go, ale również karciła za złe zachowanie, wymyślała coraz to nowsze zabawy, rozpieszczała go, spędzała z nim każdą wolną chwilę. Stał się jej oczkiem w głowie, jej najlepszym przyjacielem, tak maleńkim, ale tak dobrze rozumiejącym, co dzieje się w jej głowie. Sądziła, że jej brat jest nad wyraz rozwinięty. Pomimo tego, że miał zaledwie cztery lata, potrafił grać na pianinie i liczyć. Martwiło ją jedynie to, że tylko ona zauważała jego zdolności, rodzice woleli skupiać się na powierzchowności, na tym, jaki był śliczny, słodki, jak soczyste dawał buziaki i jak mocno przytulał.
                Miał bardzo jasne włosy. W ogóle niepodobne do włosów Karoliny. Ogólnie nie był do niej podobny. Pucołowaty, z okrągłą twarzą, lekkimi piegami na całej buzi. Niezwykle lubił dotyk innych ludzi, czego nie można było powiedzieć o Karolinie. Był w stanie wejść na kolana każdej nieznajomej osobie, byle tylko ona tego chciała. To nie było dobre, tego powinni go oduczyć. Ale wtedy jeszcze nie wiedzieli…
                Dwa miesiące wcześniej zamówili domek. Był przepiękny. Usytuowany na wzgórzu, w pobliżu nie było żadnych innych zabudowań. Drewniany, z pokrytym strzechą wysokim dachem. Przed domkiem znajdowało się niewielkie źródełko, ogródek pełen różnokolorowych kwiatów oraz ścieżka, która prowadziła w głąb lasu znajdującego się za budynkiem. On sam był mały, ale wysoki. Dwa pokoje sypialnianie, salon, łazienka oraz kuchnia bardzo im odpowiadały. Wnętrze urządzone było w starodawny typowo góralski sposób. Kominek na środku salonu sprawiał, że pomieszczenie wydawało się niezwykle przyjemne i rodzinne, idealne na taki właśnie wyjazd. Dom posiadał okna wychodzące na werandę, jezioro Solińskie oraz Połoninę Wetlińską. Byli pewni, że spędzą wspaniały weekend.
                Rzeczywiście, zaczął się wręcz idealnie. Wyruszyli o świcie, ubrani w sportowe bluzy i dresy, zaopatrzeni w kosze z jedzeniem. Czekała ich kilkugodzinna podróż samochodem, ale nie byli tym zmartwieni. Lubili razem podróżować. Śpiewali wtedy wakacyjne piosenki, rozwiązywali krzyżówki, zagadki wymyślane przez siebie, opowiadali bajki, planowali czekające ich dni.
                Gdy tylko dojechali na miejsce, wyskoczyli z samochodu i popędzili do domku. Niezwykle ich zachwycił. Pogoda również była cudowna. Słońce ogrzewało skórę, lecz nie prażyło, dzięki czemu upał nie był uciążliwy. Tata wniósł bagaże do salonu, dzieciaki przebrały się w stroje kąpielowe, mama założyła kapelusz z szerokim rondem i razem wyruszyli na plażę.
                Zapowiadał się naprawdę miły dzień. Plaża wypełniona była opalającymi się ludźmi, inni chlapali się w jeziorze, jeszcze inni latali paralotniami. Krajobrazy były naprawdę fantastyczne. Karolina czuła się jak w bajce. Wokół niej było tylu uśmiechniętych ludzi! Wszyscy wydawali się być szczęśliwi, przepełnieni radością, miłością, życzliwością. Trzymała za rękę Kacpra i uśmiechała się do niego. Chłopiec próbował ogarnąć otaczający go świat wielkimi oczyma. Zdawało jej się, że dostrzega w nich strach. Nie rozumiała, dlaczego. A może… może on coś przeczuwał… przecież był tak inny, tak wyjątkowy…
                Rodzice rozłożyli koce na ciepłym piasku, nasmarowali skóry olejkiem i w okularach przeciwsłonecznych patrzyli na ich dzieci bawiące się w wodzie. Karolina był taka opiekuńcza… I bardzo dorosła jak na swój wiek. Kacper zresztą też, ale on był jeszcze taki ciepły, posiadał tą dziecięcą prawdziwość, której brakowało dorosłym. Byli naprawdę szczęśliwi, że mieli tak zdolne i wspaniałe dzieci. Być może przed urodzeniem Kacpra za mało czasu poświęcali Karolinie, za dużo czasu spędzali w pracy, ale teraz starali się to wszystko nadrobić. Zresztą, musieli przecież zadbać o to, żeby ich dzieci miały zapewnioną dobrą materialną przyszłość. To też było ważne.
                Karolina trzymała Kacpra w ramionach i próbowała nauczyć go pływać. Chłopiec zabawnie machał rękoma i nogami, piszczał, śmiał się, miał takie cieplutkie i mięciutkie ciało. Dziewczyna uwielbiała bawić się z bratem. Uwielbiała czuć, że jest mu potrzebna, że uczy go czegoś nowego, że uczy go życia. Podniosła Kacpra do góry i mocno przytuliła. Chłopiec objął ją za szyję mokrymi rączkami i złożył soczystego całusa na jej policzku. Zaczęli się śmiać, a po chwili Kacper wyrwał się siostrze i zaczął uciekać w stronę brzegu. Woda nie była głęboka, ale Karolina mimo to nie czuła się zbyt pewnie, nie mając brata obok siebie. Starała się go dogonić, gdy nagle potknęła się o duży kamień spoczywający pod wodą i upadła. Niespodziewanie straciła grunt pod nogami, a przecież tu miało być tak płytko! Nie mogła się wynurzyć, wymachiwała kończynami, zaczynało jej brakować powietrza. Poczuła, że porywa ją jakaś dziwna siła, której nie była w stanie się sprzeciwić. Ściągało ją w dół, nie dostrzegała już promyków słońca, widziała ciemność, a w płucach czuła ból. Traciła świadomość, choć tak bardzo starała się pozostać wśród żywych. Przecież musiała pomóc Kacprowi, skoro ona się topi, to co dzieje się z jej małym braciszkiem… Mój Boże, co dzieje się z Kacprem?! Co dzieje się z Kacprem… co dzieje się z… co dzieje się… co się dzieje…?
                Poczuła piekący ból w klatce piersiowej. Otworzyła oczy i zaczęła kaszlać. Woda wylewała się jej ustami i nosem. Dusiła się, gwałtownie łapała powietrze, zbawienne powietrze. Po chwili siadła, oparła się rękoma o podłoże, spuściła głowę, która zresztą bardzo ją bolała. Miała ciężki, świszczący oddech. Gardło ją bolało. Bardzo bolało. Jakby ktoś podrapał je paznokciem. Stało nad nią wiele osób. Ratownik, kilku plażowiczów, mama, tata… ale kogoś brakowało, tak, kogoś brakowało. Patrzyła w ich zaniepokojone twarze i nie miała pojęcia, dlaczego nie zauważają, że kogoś wśród nich brakuje. KACPER. Gdzie jest Kacper?!
                Podniosła się szybko na nogi, poczuła zawrót głowy, zobaczyła mroczki przez oczami i osunęła się w ramiona ratownika.
-Karolina! Leż spokojnie i się nie ruszaj! Przed chwilą prawie się utopiłaś! Boże, jak dobrze, że nic ci nie jest, jak dobrze… - mówiła rozgorączkowana mama i gładziła ją po policzku.
-Gdzie jest Kacper?- wychrypiała dziewczyna. Ledwo wydobywała z siebie głos. Była taka zmęczona, chciała zasnąć, ale musiała dowiedzieć się czy nic nie stało się jej bratu.
-Tam, siedzi na kocu, nic mu się nie stało, przestraszył się tylko, jak wpadłaś pod wodę… był jakiś uskok, wir… jak dobrze, że nic ci się nie stało! – mama mówiła, ale Karolina nie słuchała jej słów. Szukała wzrokiem Kacpra. Przebiegała po wszystkich plażowiczach dookoła. Ale jej brata nigdzie nie było. NIGDZIE. Na ich kocu leżała jedynie czapeczka chłopca. Niebieski kaszkiet ze statkiem z przodu. Czerwonym statkiem.
-Mamo, jego tam nie ma, nie ma go na żadnym kocu!- krzyknęła pomimo rozdzierającego bólu gardła.
-Jak nie ma? Tam siedzi, patrz – rzekła, odwróciła się w stronę miejsca, na które patrzyła Karolina i zamarła – pewnie bawi się gdzieś w pobliżu, zaraz go znajdziemy, Rafał, poszukaj Kacpra – rozkazała mężowi. Starała się zachować spokój, ale w jej spojrzeniu dało się zauważyć czający się strach. Mechanicznie gładziła Karolinę po plecach sztucznie się uśmiechając. Dziewczynie zdawało się, że czas się zatrzymał lub płynął niemiłosiernie powoli. Nerwowo potrząsała nogą i przygryzała wargę. Wiedziała, że powinna się uspokoić, przecież Kacper pewnie po prostu bawi się z innymi dziećmi, przecież tak bardzo lubił towarzystwo innych ludzi. Za bardzo…
-Justyna, jego nigdzie nie ma, zgłosiłem to już ratownikom…- powrócił zdyszany tata i zdawał relacje żonie.
-Jak to nigdzie go nie ma? Przecież jeszcze niedawno siedział na kocu, bawił się samochodzikiem, gdzie jest ten samochodzik? – w głosie Justyny słychać było wyraźną już panikę. Zaczęła obgryzać paznokcie, co było oznaką najwyższego zdenerwowania. Dłonie miała zawsze zadbane, paznokcie idealnie pomalowane. Ale od lipca 2009 roku wszystko się zmieniło, włącznie ze stanem dłoni matki Karoliny.
                Mijały minuty, sekundy, godziny. Poszukiwania Kacpra przybrały na sile. Zaczęło się ściemniać, na niebie zbierały się chmury burzowe, słychać było pierwsze grzmoty, a chłopca nadal nie udało się odnaleźć. Najgorsze było to, że nikt go nie widział. Nie było żadnych poszlak. Kacper zniknął, po prostu zniknął. Przepadł. Jak kamień w wodzie. Jak kamień, o który potknęła się Karolina. Gdyby nie kamień, gdyby bardziej uważała, gdyby nie zaczęła się topić… Chłopiec nie zostałby sam nawet na moment. Nie zniknąłby. Karolina siedziała w domku bez zapalonego światła. Rodzice wyruszyli wraz z policjantami i strażakami na poszukiwanie syna, a córce rozkazali zostać w domu, gdyby Kacper nagle wrócił. Być może gdzieś zabłądził, zgubił się i… i zaraz wróci, przecież jest taki mądry! Dziewczyna nie potrafiła przestać się obwiniać. Mama i tata nie pokazywali, że mieli do niej pretensje, ale ona czuła, że myślą, że to jej wina. Uważała zresztą, że woleliby, żeby to ona zaginęła, żeby to jej coś się stało…
                Usłyszała dzwonek telefonu i grzmot. Po chwili niebo rozświetliło światło błyskawicy. Była odrętwiała, dzwonek dźwięczał, ale ona zdawała się tego nie zauważyć. Miała złe przeczucia. Coś podpowiadało jej, że ktoś, kto próbuje się do niej dodzwonić, ma jej do przekazania coś strasznego. Ociągała się z wciśnięciem zielonej słuchawki. Wpatrywała się w wyświetlacz. „Mama dzwoni”. Mama. Mama jej nie kocha. Może kiedyś kochała, ale teraz… teraz już na pewno przestała. Przestała, bo… Po jej policzkach spłynęły łzy. Ona to wiedziała. Nie potrzebowała odbierać telefonu.
-Tak?- rzekła cichym głosem do słuchawki.
-On…- mamie załamał się głos. Głośno załkała.
-Wiem… - odpowiedziała Karolina, rozłączyła się, skuliła i poczuła, że nie ma już po co żyć. Kacpra nie było. Więc jej też nie powinno być. Chciała zniknąć. Tak bardzo chciała zniknąć.

***

                Miała w oczach łzy. Otarła je ze zdenerwowaniem ręką. Nie lubiła okazywać emocji. Od tamtego pamiętnego dnia. Nie lubiła go wspominać. A z drugiej strony nie było dnia, żeby tego nie robiła. Codziennie po zgaśnięciu światła i położeniu się w łóżku widziała twarz Kacpra. I płakała. Tak bardzo płakała. Bo to ona powinna być na jego miejscu. TO ONA POWINNA ZOSTAĆ TAK STRASZLIWIE ZAMORDOWANA! Zagryzła wargę. Krew pociekła jej po brodzie. A więc znowu się zaczyna, znowu poczuła ulgę dzięki bólowi fizycznemu… Zarzuciła kurtkę na ramię i wyszła ze szkoły. Szybkim krokiem szła w stronę przystanku. Chciała znaleźć się już w domu. Chciała dowiedzieć się, co nowego odkryli śledczy. Chciała w końcu poznać osobę, która zrobiła coś tak okropnego małemu, bezbronnemu dziecku…
              Zapomniała o Dawidzie. Zapomniała o radosnym podnieceniu, które przepełniało ją od kilku dni. Zapomniała. I może dlatego nie zauważyła wielkich czekoladowych oczu, które wpatrywały się w nią z niechęcią. Oczy nie znoszące sprzeciwu. Oczy należące do mężczyzny, który nienawidził osób, które robiły cokolwiek nie po jego myśli. A wystawienie go nie należało do rzeczy, które mu odpowiadały. Odwrócił się ze złością. Miał plan. Miał cholernie dobry plan.


Alicja Mazurek