piątek, 3 lutego 2012

10. Koniec?


     Rozdział X
     " Koniec? "



    Potykam się. Upadam. Słyszę za sobą kroki. Wstaję. Oddycham głośno. Nie mogę oddychać, z wysiłkiem wciągam powietrze, bolą mnie płuca, coś rozsadza mi płuca. Ciemny korytarz. Szorstki dywan. Poruszam się na czworaka, muszę dojść do drzwi, muszę się stąd wydostać. Próbuję wstać, ale moje ciało najwyraźniej nie ma tego w planach. Nagle uderzam głową w coś drewnianego. Przejeżdżam ręką po przeszkodzie i wyczuwam klamkę. Wspieram się na niej i powoli wstaje, a drzwi otwierają się.
    Śnieg. Pełno śniegu. Lodowaty śnieg pokrywający wszystko wokół. Chociaż tak naprawdę wokół NIC nie ma. Tylko śnieg. Z każdej strony. Śnieżne pole. Śnieżny świat. Stawiam delikatnie stopy. Śnieg skrzypi pod moim ciężarem. Z moich ust wydobywa się para. Trzęsę się z zimna. Już chcę wrócić do ciemnego korytarza, ale zaraz przypominam sobie, że przecież nie mogę, że ciemnoskóry mag mnie dopadnie. Odwracam się, żeby zamknąć drzwi i… nic za sobą nie widzę. Rozglądam się na wszystkie strony. Śnieg. Biel. Oślepiająca biel. Mróz. Przerażający chłód. Co się stało z pomieszczeniem, z którego wyszłam?! Nic nie rozumiem, to miejsce coraz bardziej mnie przeraża. Już nie jestem taka pewna czy dobrze zrobiłam odchodząc od mężczyzny. Teraz umrę z wyziębienia, wyczerpania i głodu. Płaczę. Znowu płaczę. Mam tego dosyć! Krople spływają po policzkach i zamarzają w połowie drogi. Moja skóra pokrywa się niebieskawym osadem. Nie mogę poruszyć palcami. Przypominam sobie, że przecież niby jestem magiem. Powinnam jakoś potrafić zmusić się do przetrwania. Powinnam potrafić przezwyciężyć zwykły mróz! Jak mam uratować świat przed Złem, skoro nie potrafię wytworzyć nawet jakiegoś maleńkiego źródła ciepła?! Potrafię czarować, potrafię. Wierzę w to z całej siły, tworzę w wyobraźni małą ognistą kulkę, która powstaje w moim brzuchu i ogrzewa całe moje ciało. Wierzę, ze potrafię ją wytworzyć, wierzę, potrafię, potrafię, tworzę, tworzę. Czuję ciepło w żołądku. Ciepło w płucach. W udach. Stopach. Ramionach. Ciepło w dłoniach i w głowie. Ciepło. Jest mi CIEPŁO. Otwieram oczy i dostrzegam, że moja skóra jest lekko zaczerwieniona. Uśmiecham się. Udało mi się! A więc może jednak coś potrafię. Po raz kolejny rozglądam się dookoła. Nie wiem, gdzie iść. Wszystko wygląda tak samo. Jakbym znalazła się w śnieżnej próżni. Śnieżna pustka. Po raz kolejny zamykam powieki. Próbuję zobaczyć w głowie właściwą drogę. Może ja też potrafię porozumiewać się w myślach? W końcu jestem magiem. MAGIEM. Zaciskam powieki coraz mocniej i mocniej, jakby to miało w czymś pomóc, ale widzę tylko ciemność co chwilę przetykaną czerwonymi oślepiającymi smugami. „Proszę, proszę, proszę, powiedzcie mi, co mam robić, gdzie iść”- szepczę w myślach. Nic się nie dzieje. Siadam zrezygnowana na śnieg. Nie czuję chłodu. Chociaż tyle dobrego. Wzdycham głośno i kładę się. Niebo jest tak samo białe jak śnieg. Nawet nie widać granicy, nie mam pojęcia, gdzie jest horyzont. Tracę nadzieję na cokolwiek. Chcę zasnąć i już nigdy się nie obudzić. Mam dosyć wszystkiego. Dosyć. Dosyć. Dosyć. I nagle widzę ją. Porusza delikatnie wargami, jakby nieśmiało. Błaganie w oczach. Ból wypisany na twarzy. Libertad w mojej głowie. Staram się skupić na jej ustach. Poruszają się bezwładnie, mag zachowuje się jakby był w amoku. Jej usta. Wąskie, ale opuchnięte. Pomocy. Pomocy. Libertad prosi mnie o pomoc. A może po prostu to wymyślam. Pomocy. Słyszę jej głośne wołanie. Zachrypnięty głos. Nie, to tylko moja wyobraźnia. Pomocy! Nawoływanie staje się coraz głośniejsze. Słyszę je coraz bliżej. Jakby Libertad znajdowała się obok mnie. Pomocy!! Libertad. Czy jej głos brzmiał aby na pewno właśnie tak? Wcześniej był jakiś wyższy. Owszem, jest zachrypnięty, ale w żaden sposób nie przypomina głosu maga. Otwieram oczy. Wstaję.
-Proszę, pomóż…- słyszę cichutki głos przerywany szlochem. A więc to nie Libertad mnie wzywała. Więc kto?! Rozglądam się dookoła, ale nic nie widzę. Zaczynam się denerwować, bo głos słabnie, jakby osoba ta po prostu umierała.
-Gdzie jesteś?! Kim jesteś?! Nie widzę cię, gdzie ty do cholery jesteś?!- krzyczę, ale głos zamiera. Teraz nie słyszę nawet najmniejszego szmeru. Brodzę w śniegu, którego jakby wciąż przybywało. Chcę znaleźć błagającą o pomoc osobę, chcę ją uratować. W końcu nie będę sama. Muszę znaleźć tego kogoś! Znowu zaczyna robić mi się zimno. Mam spękaną, zaczerwienioną skórę. Moja ciepła kula grzejąca mnie od środka chyba się wypala, a czuję, że nie mam siły, aby wytworzyć nową. Oczy bolą mnie od ciągłego patrzenia na bijący oślepiającym blaskiem śnieg. Zawsze lubiłam zimę, ale mam już tego dosyć. Znowu mam ochotę po prostu siąść i zrezygnować z poszukiwania czegokolwiek i kogokolwiek. I wtedy go znajduje- człowieka o płci do niezidentyfikowania. Leży w śniegu, ubrany w brudną, starą koszulę o brunatnej barwie. Skulony, zakryty długimi czarnymi włosami. Chudy. Oplata się cienkimi jak patyki rękoma, nogi ma podkulone aż pod samą brodę. Nie widzę jego twarzy, która jest zwrócona w stronę podłoża. Na nogach ma grube rajstopy przetarte na piętach. Jego skóra jest sina. Nachylam się, aby go dotknąć. Jest lodowaty, ale wyczuwam puls.
-Hej, słyszysz mnie? – pytam cichutko, boję się, że mogę go zabić głosem. Mam wrażenie, że w każdej chwili osoba ta może rozpaść się na tysiąc drobnych kawałeczków, wymieszać się ze śniegiem. Potrząsam nim delikatnie, ale nie widzę żadnej reakcji. Odwracam go delikatnie na plecy. Teraz widzę mocno zaróżowioną dziewczęcą twarz. Zamknięte oczy o długich rzęsach, na których osadziły się maleńkie kryształki lodu. Duże czerwone usta, lekko otwarte. Włosy opadają jej na chudziutkie ramiona. Biorę ją na ręce. Jest lekka jak piórko. Jeszcze nie wiem, gdzie pójdziemy, ale nie mogę jej tu zostawić. I dzięki niej mam powód, aby szukać jakiegoś schronienia. Aby szukać ludzi. Magów. Aby szukać życia. Zdejmuję płaszcz i zarzucam go na zziębnięte ciałko tajemniczej osoby. Nagle robi mi się cieplej, być może to adrenalina, a może poczucie, że jestem komuś potrzebna. Przyciskam dziewczynę do siebie.
-Wszystko będzie dobrze. Będzie dobrze. Gdybym tylko wiedziała, dokąd iść… - mówię sama do siebie.
-Musisz… się… przekopać… - dziewczyna na moich rękach odzywa się ledwo słyszalnym głosem. Wciąż ma zamknięte oczy, ale jej skóra zaczyna przybierać normalny kolor.
-Przekopać? Jak to… przekopać? – pytam zaskoczona, bo naprawdę nie mam pojęcia, co też ma ona na myśli.
-Eh… ty chyba nie jesteś stąd. Chyba nawet nie jesteś magiem.
-Masz rację, do tej pory mieszkałam w Sferze Ludzkiej. Chociaż nie do końca jestem człowiekiem. Ale to teraz nieważne. Powiedz, o co chodzi z tym przekopaniem.
-No więc… Tutaj, w Sferze Magów, życie toczy się pod ziemią. Na zewnątrz jest tylko śnieg. Nie zawsze tak było, ale ja znam świat bez wiecznego śniegu tylko z opowieści dziadków. Ponoć Natura zbuntowała się, gdy wybuchła wojna i śniegi od tamtej pory nie topnieją. Dlatego przenieśliśmy się pod ziemię.  Niska temperatura zabija magów. Tak jak właśnie próbowała zrobić to ze mną.
-Ale przecież… macie takie zimne ciała, zimne oddechy…
-Tak, ale pewnie i u was mówi się, że to przeciwieństwa się przyciągają. Eh, mam tylko 16 lat! Jeszcze nie wszystko wiem i nie wszystko potrafię ci wytłumaczyć. Przekop się,. Bo obie umrzemy. – mówi dziwnie stanowczo dziewczyna.
-Ale jak?! Nie rozumiesz, że nie wiem o co ci chodzi?!
-Ugh. Moc. Wiesz coś o tym? MOC. Musisz użyć magii. Zaklęcia subsuelo.
-Nie rozumiesz, że nie potrafię czarować?! Subsuelo, co ty wymyślasz! Nawet nie wiem jak to poprawnie wymówić! – krzyczę, jestem wytrącona z równowagi. Ziemia zaczyna się trząść. Upadam na kolana i   upuszczam dziewczynę. Ona śmieje się aż z oczu lecą jej łzy. Widzę parę, która unosi się nad ziemią. Na śniegu pojawia się ogniste koło. Śnieg topnieje. Ziemia topnieje! Widzę, że tworzy się dziura, głęboki tunel prowadzący w głąb ziemi. Patrzę na to jak zahipnotyzowana. Po chwili wszystko ustaje, przede mną jest wielki ciemny otwór.
-Nie umiesz czarować? Nigdy nie widziałam lepszego przejścia. Chodź.  – mówi ze śmiechem dziewczyna, bierze mnie pod ramię i… wskakuje do tunelu. Jestem przerażona, zaskoczona i podekscytowana. Nie mija nawet kilka sekund, a stajemy na drewnianej podłodze. Patrzę w górę, ale nie widzę już dziwnego przejścia. Nad nami jest tylko kamienny sufit. Rozglądam się dookoła. Domy. Stragany. Sklepy. I cisza. Znów ta przerażająca cisza. Ciemność. Gdzieniegdzie w powietrzu unoszą się duże lampiony, ale nie pada z nich światło. Bród. Porozrzucane śmieci. Wymarłe miasto. Czuję zapach kurzu i stęchlizny. Robi mi się niedobrze. Spoglądam na dziewczynę. Stoi o własnych siłach, wydaje się mniej zmęczona, jej ciało jakby przybrało na wadze. Ale na jej twarzy widzę przerażenie. Z zaciśniętymi ustami omiata zlęknionym spojrzeniem okolicę.
-Nie wiem… nie rozumiem… jak to możliwe? – dziewczyna zadaje cichym głosem pytania. Nie potrafię udzielić jej odpowiedzi, czuję, że rozumiem z tego wszystkiego jeszcze mniej niż ona. 
   Po chwili postanawiam opowiedzieć jej o tym, kim jestem, co mnie spotkało. Patrzę w jej ciemne oczy i zwierzam się ze wszystkiego. Z tego jaka byłam przerażona, gdy odkryłam, że nagle pozostałam na świecie całkiem sama. Z tego jak bardzo bolało, gdy byłam poddawana próbom w białym pomieszczeniu. Z tego jak dowiedziałam się, że jestem córką Noche, jak spotkałam się z Krzyśkiem, jak zaprowadzono mnie do pięknego pokoju. I w końcu z tego jak rozmawiałam z magiem Elmal. Dziewczyna patrzy na mnie nieobecnym wzrokiem. Przez chwilę w ogóle nie reaguje. Stoi nieruchomo, ze spuszczonymi wzdłuż ciała rękoma. Powoli siada na podłogę. Podkula nogi. Chowa głowę między kolanami. Kiwa się do przodu i do tyłu. Słyszę, że płacze.
-To koniec… to koniec… - mówi sama nie wiem do kogo. Siadam obok niej. Przytulam ją. I też zaczynam płakać. Koniec. To koniec. Koniec.Czy to naprawdę już koniec...?


Alicja Mazurek







środa, 1 lutego 2012

9. Walka


Rozdział IX
"Walka"


    Idę popychana przez przerażające mężczyznę. W ogóle nie odpoczęłam, burczy mi w brzuchu, ledwo słaniam się na nogach. Boli mnie głowa, wciąż czuję na sobie naglące spojrzenie maga, który co jakiś czas popycha mnie ręką. Czuję się jak więzień prowadzony na egzekucję. A przecież jeszcze przed chwilą byłam traktowana jak bóstwo! Nic z tego nie rozumiem. Tak bardzo chcę spać, powieki same mi się zamykają. Mam chęć po prostu wrócić do pokoju, ale boję się tego mężczyzny. Mam ciarki na plecach i wcale nie czuję się z tym dobrze. Czuję jego lodowaty oddech. Dlaczego wszyscy magowie mają tak zimne oddechy? Jakby to symbolizowało ich zimne wnętrze. Tak naprawdę nic o nich nie wiem. Zastanawiam się, jak tak naprawdę ma wyglądać moja pomoc w obronie Dobra. Przecież ja po prostu będę narażać życie! I najprawdopodobniej nie tylko na tym się skończy. Przypominam sobie, jak wyglądał Krzysiek przy naszym niedawnym spotkaniu. Wyczerpany, brudny, sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał osunąć się na ziemię i… umrzeć. A co jeśli czeka mnie właśnie śmierć? 
    Zastanawiam się nad swoim życiem. Zawsze twierdziłam, że jestem szczęśliwa, ale czy to prawda? Nigdy nie miałam dobrego kontaktu z ojcem i bardzo mnie to bolało. Ale on wolał pracę niż rodzinę. Kiedyś, gdy miałam 7 lat, poprosiłam go, abyśmy poszli na lody. Wyśmiał mnie i odparł, że jestem już za duża na takie sprawy, a on jest zajęty. Za duża na takie sprawy. Mając 7 lat, byłam za duża na wyjście z ojcem na coś słodkiego! Inni ojcowie tacy nie byli, dobrze to wiedziałam. I wiem nadal. Chociaż teraz tak bardzo mnie to nie boli. Mam Krzyśka. Właśnie. Krzysiek. Gdy go poznałam, szukałam w nim… ojca. Szukałam w nim kogoś, kto będzie się mną opiekował, dbał o mnie, zabierał do wesołego miasteczka, do kina. Pragnęłam się do niego przytulać, ale przytulać jak do kogoś, kto nie jest moim chłopakiem. Chciałam rodzicielskiej czułości. Oczywiście nigdy mu się z tego nie zwierzyłam. Zresztą, nie było potrzeby, wkrótce to minęło i zaczęłam do traktować jak zwykłego chłopaka. Zrozumiałam, że nic i nikt nie zastąpi mi czasu spędzonego z ojcem. Wiedziałam, że ten czas nigdy nie nadejdzie. Było mi z tego powodu strasznie przykro. Zaczęłam oddalać się od rodziny. Nadal się od niej oddalam. Wmawiam sobie, że potrafię rozmawiać z rodzicami, ale oszukuję tym samą siebie. Nie chcę, żeby moje życie teraz się skończyło. Nie chcę, żeby skończyło się dlatego, że ktoś ubzdurał sobie, że jestem jakimś super silnym magiem. Ja i magia, bardzo śmieszne. Znowu zaczynam wątpić, że to, co się dzieje, jest prawdziwe. Idę jakby hotelowym korytarzem pod eskortą jakiegoś mięśniaka, któremu z oczu wręcz strzela nienawiść. I on ma być wojownikiem Bueno? Jest całkiem inny niż Libertad. A może zostałam porwana? Zastanawiam się nad tą opcją.
   Nagle mag zatrzymuje mnie gwałtownie. Ściska mnie mocno za ramię.
-Tu.- mówi lodowatym głosem i wskazuje drzwi, takie same jak te od mojego nowego pokoju. Wyciągam rękę w stronę klamki. Naciskam ją delikatnie, drzwi skrzypią, otwierają się. Moim oczom ukazuje się mały salonik, na środku stoi mały stolik, przy nim mała kanapa, a w rogu mały telewizor. Po prawej stronie dostrzegam biurko i obrotowe krzesło odwrócone tyłem do mnie. Przekraczam próg i drzwi się zamykają. Podskakuję ze strachu, czuje na sobie chłodny powiew wiatru. Teraz zauważam, że w pomieszczeniu jest ciemno i zimno. Krzesło odwraca się. Zamieram, wcześniej nie zauważyłam, że w pokoju znajduje się ktoś oprócz mnie. Przewiercam wzrokiem ciemną postać. Nie widzę jej twarzy, dostrzegam tylko czarną pelerynę. Nie wiem nawet czy to mężczyzna, czy kobieta. Z trudem przełykam ślinę, mam sucho w gardle, boli mnie przełyk. Nie wiem dlaczego czuję strach, ale jest on wręcz paraliżujący. W pomieszczeniu panuje napięcie. Powietrze jest tak gęste, że można by w nim spokojnie mieszać łyżką. Nie mogę znieść tej niepewności, chcę, aby osoba siedząca na fotelu w końcu się odezwała. Mam wrażenie, że nie ja powinnam zrobić to pierwsza. Z nerwów boli mnie całe ciało, pot spływa mi po karku. W moich oczach pojawiają się łzy. Co się ze mną dzieje?! Nigdy taka nie byłam, nigdy nie płakałam. Zawsze byłam twarda, tłumiłam w sobie wszystkie emocje. Nawet gdy umarł mój kochany dziadek, to ja zachowywałam się najbardziej odpowiedzialnie, nie uroniłam ani jednej łzy, zajęłam się całym domem. A teraz ryczę bez powodu. To nie jest normalne. Czyżby kolejne sztuczki magów? Czuję się oszukiwana. Nikt tak naprawdę nie chce mi niczego wytłumaczyć. Co chwilę pojawiają się nowe pytania, na które nie znam odpowiedzi. I czuję, że nigdy ich nie poznam.
-Witaj. Masz piękne oczy. – słyszę niespodziewany komplement. Po głębokim, niskim głosie rozpoznaję, że osoba na fotelu to mężczyzna. Młody mężczyzna. Być może niewiele starszy ode mnie. Nie rozumiem, w jakim celu mnie tutaj sprowadzono. Przecież wzywała mnie Libertad! Już otwieram usta, aby o to zapytać, ale mag mnie uprzedza – Jak za pewne zdążyłaś zauważyć, nie jestem Libertad. I nie martw się, słyszę twoje myśli. To nie jest porwanie. To… przejęcie. Zwykłe przejęcie. Libertad jest nasza. Biedna stara Libertad. Niewiele życia jej zostało. Ale ty… ty jesteś piękna, mądra i silna. A przed tobą jeszcze tysiące lat. Dokładnie, tysiące! Bo tyle żyją magowie Elmal. Marne Dobro nie obdarowało swoich zwolenników tak długim żywotem. Ale Zło… ach, ZŁO! Zło jest mądre. Tak jak ty. Dlatego bez żadnego sprzeciwu zwrócisz się ku naszej stronie. Bez. Najmniejszego. Sprzeciwu.
To chyba jakiś żart. To naprawdę musi być żart! Przechwyt? Jaki przechwyt? Libertad… w łapach Elmal?! Jak… jakim cudem?! Nie, to niemożliwe. Odwracam się do drzwi. Szarpię za klamkę, ale to nic nie daje. Drzwi nie otwierają się. Czuję, że mój oddech przyspiesza. Serce wali jak oszalałe. Znowu czuję identyczną panikę, jak pierwszego dnia tej szaleńczej ‘przygody’. Uderzam w drewniane drzwi, aż bolą mnie dłonie. Dostrzegam na kostkach krew. Krzyczę, wołam pomocy. Chcę się stąd wydostać, ale słyszę tylko szyderczy śmiech maga znajdującego się ze mną w pokoju. Nie mogę oddychać. Trzęsą mi się ręce, nie czuję bólu, chcę stąd wyjść! Czuję dłoń na ramieniu, GORĄCĄ dłoń. Dłoń, która parzy. Ściska mi mocno ramię i siłą odwraca mnie przodem do siebie. Widzę twarz mężczyzny. Ciemna cera, brązowe oczy, dłuższe czarne włosy opadające na oko. Pełne usta w uśmiechu odsłaniające rząd idealnych zębów. Idealnych, ale naturalnych. Boję się maga, ale jednocześnie czuję dziwne pożądanie. Kulę się w sobie, czuję się taka mała i bezbronna. Mężczyzna patrzy mi prosto w oczy, jego spojrzenie spala mnie żywcem. Z mojego gardła wyrywa się szloch, boli mnie ciało i dusza.
    -Przestań ryczeć. Widzisz, co zrobili z tobą Bueno?! To przez nich stałaś się taką… łajzą. Łajzą! Słyszysz? W tym momencie jesteś nic nie znaczącym pyłkiem, który mogę zgnieść jednym ruchem palca. Ale nie zrobię tego. Wystarczy jedno twoje słowo, a staniesz się jednym z nas. Zaczniesz służyć swojej matce. Noche. Jesteś jej winna przysługę! To dzięki niej jesteś na tym świecie. Dzięki ZŁU. Rozumiesz? Musisz zniszczyć Dobro. Musisz pokazać Postaci, kto tu rządzi. Bo rządzisz TY! Dzięki tobie Noche powróci. Dzięki tobie na świecie znów zapanuje równowaga. Dzięki tobie wszystkie Sfery będą służyły Złu. Jesteś to winna swojej matce. – mówi stanowczym tonem mag. Zbliża wargi do moich ust. Czuję jego gorący oddech. Jest coraz bliżej mnie. Widzę każdą rysę na jego twarzy. Jest piękny. Jest tak przerażająco piękny. Nie wiem, co robić. Pragnę go. Wiem, że muszę pomóc Dobru. Zło. Dobro. Elmal. Bueno. Moja dusza rozrywa się na dwie części. To tak strasznie boli! Palę się żywcem, moje wnętrzności się palą. Krzyczę. Oczy zachodzą mi mgłą. Zaczynam widzieć tylko niewyraźne plamy. Pękają mi usta, czuję na nich krew, słoną krew zmieszaną z potem. Wydaję przeraźliwy dźwięk. Mag trzyma mnie mocno w ramionach, nie pozwala upaść. Zło. Zło. ZŁO. Tak, muszę służyć Złu. Przecież to Noche jest moją matką. NOCHE. Widzę w głowie obrazy moich 5 urodzin, kiedy dostałam pierwszy rower. Widzę pierwszy pocałunek z Krzyśkiem. Widzę pierwszą noc poza domem z przyjaciółmi. Widzę zabawy w chowanego z braćmi. Widzę wspólne przyrządzanie posiłków z mamą. Widzę pieczenie ciasta z ukochaną babcią. Widzę wszystko, co jest we mnie DOBRE. Widzę Dobro. Widzę Miłość i Przyjaźń. Widzę radość. Kopię maga w piszczel, z całej siły. Mężczyzna zwija się z bólu, dopadam do drzwi. Tym razem otwierają się bez trudu. Biegnę. Biegnę przed siebie, sama nie wiem dokąd. Biegnę ciemnym korytarzem. Po moich policzkach spływają łzy, jestem tak strasznie zmęczona! Ale biegnę, muszę biec. Muszę. Dla Libertad. Dla Krzyśka. Dla mamy. Dla… dla Dobra.



Alicja Mazurek